Fantasy · 11 min czytania
Andre
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Historia, jaką pragnę wam opowiedzieć jest stara. Starsza niż wiele galaktyk, które człowiek w swej nieskończonej pysze chce poznać, niż cała wiedza, jaką posiada, niż wszechświat, w jakim żyje. Działo się to na krótko po tym, jak w mitycznej krainie Mnar z tumanów mgły wyłoniło się miasto Ib wraz ze swymi dziwnymi, jakby nie do końca jeszcze uformowanymi mieszkańcami. Można by o każdym z tych pionierów życia napisać tomy. Jednakże tylko jeden z nich nas interesuje. Jego imię zaginęło w mrokach dziejów, choć zapewne i tak nie bylibyśmy w stanie go wymówić, bowiem nasze miękkie gardła są dalece odmienne od aparatów mowy, jakimi dysponowały istoty z prapoczątków czasu. Nie jest jednak istota bezimienna. Wszyscy, którzy osiągnęli stan oświecenia, a my w swej bezdennej głupocie postanowiliśmy ich odizolować w gettach szpitali psychiatrycznych mówi o nim Andre. Andre był jedynym mieszkańcem Ib względnie podobnym do znanej nam rasy ludzkiej. Miał wygląd chudego młodzieńca o szarych włosach i bezdennie błękitnych, pozbawionych formy fizycznej oczach, które przyprawiłyby dzisiaj żyjących o obłęd, bowiem zdawały się być dziur w splotach rzeczywistości, którą uznajemy za swe nienaruszalne środowisko. Jednak to nie jego wygląd jest tematem tej historii, choć podobnie jak reszta pierwotnych mieszkańców Ib nie posiadał jakiejkolwiek bliżej określonej fizjologii a o zasadach, na jakich funkcjonowało jego ciało można by od nowa napisać teorię ewolucji. W tamtych czasach jasne były jedynie okoliczności powstawania nowych mieszkańców Ib, bowiem Kreator chodził po równinach tworzenia będących podwalinami pod wszechświat a z jego mocy wychodziły istoty zarówno tak piękne, że człowiek zobaczywszy je raz oślepiłby się by nie zacierać wrażenia szczęścia z oglądania ich, a także potwory, jakich moc była wyczuwalna w przestrzeni dookoła nich a ich ciała o żabich pyskach i skórzastych skrzydłach przyprawiały o pomieszanie zmysłów. Nie wiadomo było jednak, co się dzieje z tymi, których twarzy już nie widać na pokrytych mgłą pierwotnych sfer czasu ulicach Ib. Przychodzili nowi mieszkańcy, starzy znikali, jednakże nikt nie wiedział, co się z nimi działo. Nikt się tym także nie interesował. Poza Andre. Chodził po biedniejszych dzielnicach Ib z zaciekawieniem patrząc na powykręcane kreatury broczące własna krwią z powodu chorób, których opisy zaginęły, a które mogłyby zabijać człowieka w wielkich bólach przez stulecia, karmić się jego udręczoną świadomością, sztucznie utrzymując przy życiu. Choć w czasach, gdy stwórca jeszcze chodził po polach tworzenia nie było to niezwykłe, Andre bardzo przeżywał cierpienia innych istot, lecz z własnej ciekawości tego, co się widzi po tamtej stronie istnienia a nie specyficznie pojętego miłosierdzia. Raz jeden zobaczył jak demon, którego potomek kreatorze za śmierć ojca mścił się będzie, a jego imię brzmieć będzie Niosący światło, umarł, a jego ciało pomalutku opuszczała energia życia i wsiąkała w ziemię. To tylko podkarmiło ciekawość Andrego. Zajął się zaawansowanymi studiami zakrawającymi na magię. W czasie, gdy Stwórca przemierzał pola tworzenia, magia była dzika i nieokiełznana, ale także znacznie potężniejsza i łatwiejsza do wezwania niż dziś. Wielokrotnie starał się dostać na drugą stronę medalu, jakim jest życie i wrócić by zapisać to, co widział. Nigdy jednak mu się to nie udawało. Za każdym razem, gdy rytualne słowa wypływały z jego ust jak pierwotne rzeki, których skład pozostaje do dziś tajemnicą, jego umysł zbyt był zaaferowany pragnieniem ujrzenia drugiej strony, by zwracać uwagę na drobniejsze szczegóły. Nigdy mu się nie udało, bowiem zawsze jakaś kreska na pieczołowicie rysowanych mandalach była za krótka, na pole szaty zabrakło runy a posoka płynąca w arteriach Andrego upadła o jeden centymetr za blisko wewnętrznego kręgu. Chudł i marniał, bowiem lata płynęły a jego umysł nadal płonął pierwotnym ogniem. Nie znające czasu ciało nie starzało się, jednakże Andre pogrążał się we frustracji. W swej obsesji ujrzenia drugiej strony nawet nie zauważał, jak jedna z mieszkanek Ib, która biorąc pod uwagę wygląd dzisiejsi badacze i historycy zaliczyliby do anielic, starała się do niego zbliżyć. Andre nawet jej nie widział. Gdy jego dusza płonęła w chęci zdobycia wiedzy, ona płakała i błagała Kreatora by jakoś zwrócił wzrok Andrego znad ksiąg w jej stronę. Aż pewnego dnia Andre umarł. Kiedyś to musiało nastąpić i był tego świadom. Dzięki swym studiom był także świadom, że teraz stanie przed sędzią w sali losów. Czekał na to ze stoickim spokojem kogoś, kto zna na wylot reguły sadystycznej gry, jakiej jest częścią i nie chce dać przyjemności grającym. Zamiast sali losów znalazł się jednak w dziwnym, przypominającym katedrę bez wyraźnej formy, pomieszczeniu. Podtrzymujące jej znikające w mgłach sklepienie filary były zbudowane z nieznanej substancji, wielkie witraże w oknach zalewały wnętrze białym jak oblicze umarłego światłem, a ściany zdawały się nie mieć żadnej fizycznej możliwości trzymania się pionowo.