Filozofia · 6 min czytania
Angelique
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wszędzie była biel. Szklana, idealna, anielska. Płynna atmosfera wypełniała ów mikroświat po same brzegi. Czysto, cudownie, perfekcyjnie. Szare tafle leżące gdzieniegdzie i przeplatające porysowane srebrnymi intruzami dno świata. Czasami, kiedy coś zaburzyło tą wewnętrzną harmonię, unosiły się lekko z impetem hamowane przez sferę, która wtedy przybierała kształt łuku z setek różnych odcieni przeźroczystości. Zaraz po tym ponownie opadały delikatnie wracając na swoje ustalone z góry miejsce w ładzie tego mechanizmu. Nieraz z dna podążały kapsuły wypełnione czymś zupełnie przeciwnym do tego, co tworzyło otoczenie. Wypływały, z każdą chwilą unosząc się coraz szybciej i w końcu trafiając na bratni stan skupienia.
Puch! Niczym kula w poduszkę przerywa sferę wielki, jeszcze bielszy krążek. W czas, kiedy sfera hamuje go, ów wyczynia niestworzone piruety, rodząc pęcherze podążające ku górze, miejscu skąd nigdy nie mogły wrócić. Wielkie bąble rozpryskiwały się jak promienie wychodzące z głowy mitycznego Heliosa. Choć wydawało się niemożliwym, wraz z kręgiem tworzyły strukturę jeszcze bielszą od całości. Wydawały się scalone z kręgiem, chociaż podążały w przeciwnym kierunku. Piękno jednego pozwalało odkryć bóstwo jego zaprzeczenia.
Jasne, jaśniejsze, doskonale jasne. Skrząco przezroczyste. Powierzchnia kręgu stawała się coraz bardziej chropowata, w dół opadały szybciej od niego, pomniejsze kawałki, oddzielone przez pęcherzyki. Szare tafle obserwowały jak piękno zmierza ku nim. Zabójczo wspaniałe jak sztorm na pełnym morzu.
Upadek. Krąg zaczął toczyć się powoli po płaszczyźnie, docierając do krzywych krawędzi świata. Upuszczał szczątki siebie. Umierał, choć kreował nowe, autonomiczne życia zasiedlające świat bieli. Zostawiał je jakby na wzór ich szarym poprzednikom z lichego kamienia. Powstałym nędznie z plugawej sfery. Otóż sfera, która była w tym świecie została już oczyszczona. Z wyjątkiem tych resztek przyglądających się szyderczo niczym stare socjalistyczne bloki, wielkie kołchozy, w których gnieżdżą się setki ludzi, stale uprzykrzających sobie życie. Tutaj również było ich za dużo. Zdecydowanie za wiele. Jednak to nie oni – szarzy się tu liczyli. Prawdziwą wartość osiągnęli ci nowi. Przecież to dla nich ten cały świat istnieje przez tą krótką, acz wartościową chwilę. To dla nich oczyszczono sferę, dla nich pozostali szarzy, dla nich to wszystko dzieje się w tym otoczeniu. Dla nich bąbelki antysferyczne wzbijające pionowo i łamiące powierzchnię zamkniętego świata. Cudownego, pięknego. Tylko piękno ma to do siebie, ze po prostu przemija i nic tego nie zmieni. Tak ludzie z czasem tracą urodę, pieniądze - wartość, moda…