Rodzina · 19 min czytania
Angels
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czy można żyć razem, a jednocześnie obok siebie? Gabriel siedzi na starej, skórzanej kanapie. Odziedziczył ją po rodzicach. Obok niego, choć w ogóle go nie dotykając, siedzi jego żona, Angelika. Oboje wpatrują się w telewizor, choć żadne z nich nie skupia zupełnie uwagi na nadawanym programie. Mieszkają pod jednym dachem od czterdziestu lat, od chwili, kiedy jako para dwudziestolatków wzięli ślub w małym, niezupełnie jeszcze odbudowanym po wojnie kościółku w samym środku lasu. Znają się od dziecka, jako pięciolatki biegali razem po łąkach i łapali żaby w pobliskim strumyku. Pobrali się właściwie bardziej z przyzwyczajenia do bycia ze sobą, niż z miłości. Gabriel kocha Angelikę, ale nigdy jej tego nie powiedział. Ona natomiast nie szczędziła mu słów, lecz nie zrobiła nigdy nic, co by wskazywało na miłość do niego. Oboje są pogrążeni w myślach. Zbliża się pora, kiedy trzeba zapłacić rachunki. Potem znów przez jakiś czas będą sobie wszystkiego odmawiać, aby starczyło na życie. Tak jest co miesiąc, lecz żadne z nich się nie skarży. Wychowani podczas wojny, nauczyli się żyć oszczędnie i nie tracić ani grosza. Telewizor głosem jakiegoś aktora, którego nie znają, przekonuje, że warto zaciągnąć kredyt, aby po chwili ustąpić miejsca uśmiechniętej rodzinie, siedzącej przy stole nad pysznie wyglądającą zupką z proszku. Przez tyle lat życia ze sobą można nauczyć się czytać sobie nawzajem w myślach, dlatego Gabriel i Angelika rzadko rozmawiają. Ich codzienne czynności synchronizują się ze sobą, poranna herbata ma zawsze ten sam smak, a chleb na kolację jest posmarowany tym samym rodzajem masła. Rutyna jest dobra, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Ludzie nie lubią zmian, a choć czasem ich potrzebują, sama zapowiedź nadejścia tych zmian wpędza ich w dziki strach. Jednak w życiu Gabriela i Angeliki nic się nie zmienia, wszystko jest codziennie takie samo, zmianie ulega jedynie pogoda za oknem i telewizyjne reklamy. Z myśli wyrywa Gabriela fakt, że jego żona poruszyła się. Bose nogi ma teraz podkulone, a na kolanach położyła sobie czerwoną poduszkę. Jeszcze wczoraj Gabriel nie zwróciłby zupełnie uwagi na ten fakt, ale dziś, nie wiadomo dlaczego, zauważa, że Angelika ma pomalowane na bordowo paznokcie u stóp. Budzi się w nim dziwna myśl, że chciałby jej dotknąć; położyć sobie jej nogi na kolanach i ogrzać je dłońmi. Po chwili potrząsa wolno głową, zaskoczony, że coś takiego przyszło mu do głowy. Miał w życiu wiele marzeń, ale równie wielu z nich nie spełnił, głównie z poczucia ich beznadziejności. Nie czuł nigdy, że jego marzenia są dość dobre, aby do nich dążyć. Wydawały mu się odległe jak gwiazdy, które przecież co dzień przed zaśnięciem widzi w oknie nad łóżkiem. Ale już coś się stało – jedna niestandardowa, niecodzienna myśl zburzyła mu zupełnie porządek umysłu. Dlaczego ja nigdy nie powiedziałem jej, że ją kocham? Gabriel nie wie zupełnie, co się z nim dzieje. Wstaje i nalewa sobie mleka do kubka, ale nawet mleko smakuje mu dziś inaczej, choć zostało kupione za tę samą cenę, w tym samym sklepie i ma dokładnie ten sam rodzaj i tyle procent tłuszczu, co zawsze. W zamyśleniu nie zauważa, że cienki biały strumyczek cieknie mu po brodzie, co nigdy w życiu mu się nie zdarzyło. Widocznie jak raz przełamie się rutynę, wraz z tą jedną zmianą wszystko idzie naprzód. - Gabriel? Głos Angeliki wyrywa go znów z zamyślenia. Przygląda się dokładniej i widzi nagle, że jej włosy nie są już tak długie, jak dawniej, a wokół oczu pojawiły się nowe zmarszczki, czego przez tyle lat mieszkania ze sobą jakoś nie zauważał. Jednak nadal jest piękna, tak samo, jak czterdzieści lat temu, kiedy przyrzekała, że nie opuści go aż do śmierci. Nie jest klasyczną pięknością, jednak jak na swój wiek wygląda uroczo. Jest wysoka i szczupła, pofarbowane czarne włosy, choć cienkie, opadają łagodnie na plecy, tworząc delikatne fale. I ma najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział. Ciemne, prawie czarne, głębokie jak studnia bez dna. - Wylałeś mleko – mówi ona, nie odrywając oczu od ekranu. - Wiem, zaraz posprzątam – mruczy Gabriel, dopiero teraz zauważając, że to się stało. Na ten dzień to już koniec rozmowy między nimi. Po chwili leżą, jak co dzień, obok siebie. Angelika już śpi, ale do Gabriela sen nie przychodzi. Wpatruje się w Wielki Wóz nad swoją głową, w lśniącą jasno Gwiazdę Polarną. Światło księżyca oświetla twarz śpiącej obok niego żony. Ma lekko rozchylone usta, włosy rozrzucone w nieładzie na poduszce. Jest piękna. Gabriel unosi się ostrożnie na łokciu i uśmiecha się do siebie, czując się nagle tak, jakby znów miał o połowę lat mniej. Jednocześnie świta mu myśl, że coś tu jest nie tak. Nigdy, odkąd pamięta, nie przyglądał się w ten sposób Angelice. Zawsze kładli się i po prostu zasypiali, czując się bezpiecznie obok siebie i nie potrzebując do szczęścia niczego więcej. Teraz coś się zmieniło. Ma ochotę ją obudzić i pokazać jej pełnię księżyca nad ich głowami. Przecież świeci tak pięknie. Nie robi jednak nic; niech sobie śpi. Wpatruje się w jej wargi jeszcze przez chwilę, a w końcu, zrezygnowany, opada na poduszkę i zamyka oczy.
Nowy dzień staje się jeszcze dziwniejszy, niż poprzedni. Zaczyna się od tego, że Gabriel robi sobie na śniadanie kawę zamiast herbaty. Angelika nic nie zauważa, nie zwraca zupełnie uwagi na ten fakt. Siadają razem przy stole. Gabriel nie może przestać patrzeć na jej twarz, kiedy je. Czuje się tak, jakby po wielu latach znów zakochał się w swojej żonie, choć przecież nigdy nie przestał jej kochać. Nieśmiało wysuwa pod stołem nagą stopę z wysłużonego kapcia i powoli wędruje nią po nodze Angeliki. - Brak ci miejsca? – pyta z troską ona i odsuwa trochę na bok swoje krzesło. – Teraz już powinno być dobrze – uśmiecha się. On, zrezygnowany, wkłada kapeć i w milczeniu dopija swoją kawę. Nie ma odwagi powiedzieć ani zrobić nic więcej w jej kierunku, jego możliwości na ten dzień wyraźnie się wyczerpały. Za oknem wstaje słońce, kolejny ranek właśnie się zaczyna. Jak co dzień, czeka ich wiele pracy. Gabriel musi na początek skosić trawę w ogrodzie. Wkłada spodnie, przypominając sobie nagle lato sprzed dwudziestu kilku lat, kiedy po raz pierwszy (i jednocześnie ostatni) wyjechali razem na wakacje. To była końcówka stanu wojennego, ale dla nich, którzy przeżyli wojnę, nie stanowiło to niczego nadzwyczajnego. Pamięta, że wybrali się nad morze, do Kołobrzegu, pożyczonym od znajomych starym samochodem. Tylko we dwoje, tak, jak żyli całe życie. Spędzili cudowne kilka dni, na czas tych wakacji stając się innymi ludźmi – częściej śmiejącymi się, weselszymi, nie bojącymi się ryzyka. Razem pokonywali fale Bałtyku, wypływając na głębiny i dla zabawy zasypywali się po szyję w drobniutkim, morskim piasku. Pamięta, że nigdy tak często, jak wtedy, nie trzymał żony za rękę, że nigdy nie byli ze sobą tak blisko, jak wtedy. Ale nawet wówczas nie powiedział jej ani razu, że ją kocha. Wspomnienia sprawiają, że oczy Gabriela stają się zamglone i przez chwilę ma wrażenie, że zaraz popłyną mu łzy. Ale przecież on nigdy nie płacze. Nie on, nie ten silny mężczyzna, tak skrzętnie przez całe życie ukrywający swoje uczucia. Otrząsa się z niezwykłą u siebie złością. Nie chce być słaby. Przez całe życie był silny i taki pozostanie do śmierci, nawet, jeśli była to tylko poza. Już i tak pewnie niewiele mi tego życia zostało, więc nie ma sensu teraz nic zmieniać, tłumaczy sobie. Po chwili wyprowadza kosiarkę z szopy i pochłonięty koszeniem, zupełnie zapomina, o czym przed chwilą myślał.
Angelika nadal siedzi przy stole nad pustym kubkiem. To zabawne, ale w jej wspomnienia wkrada się dokładnie ta sama myśl, co u jej męża parę minut wcześniej. Ona nigdy nie wspomina. Żyje chwilą, z założeniem, że skoro przeszłości i tak nic nie zmieni, to nie ma sensu jej rozpamiętywać. Są przecież szczęśliwi, a to najważniejsze. Nic więcej im nie potrzeba. Angelika płucze pod kranem dwa kubki. Zimna woda zmywa po chwili również to wspomnienie. I znów jest tak, jak przedtem. Niczym nie zmącony spokój codzienności.
Tymczasem Gabriel kończy już kosić niewielki ogród. Lubi to zajęcie i nie traktuje go jak obowiązku. Przy drzwiach szopy zauważa kilka małych, różowych stokrotek. Rozczulają go. Zdaje sobie sprawę, że przez tyle lat nadal nie wie, czy jego żona lubi kwiaty. Niezgrabnie, wielką, spracowaną ręką, zbiera stokrotki i idzie do domu. Mają nierówne łodyżki, ale on nie zwraca na to uwagi. Wkłada je do słoika z zimną wodą i stawia na komodzie w przedpokoju, nie przejmując się, że słoik jest za duży i kilka kwiatków zupełnie w nim tonie. Jest z siebie dumny i pewny, że Angelika też ucieszy się z niespodzianki. Siada na fotelu przed zimnym kominkiem, chcąc widzieć jej uśmiech, kiedy zobaczy stokrotki. Żona pierze coś w łazience, zaraz powinna, jak co dzień, wyjść i wywiesić mokre rzeczy na sznurku przed domem. Jeszcze nigdy Gabriel nie czekał tak niecierpliwie. Czuje się, jak pięciolatek wyczekujący w oknie pierwszej gwiazdki przez Wigilią. Wreszcie idzie! W oczach Gabriela zapalają się wesołe ogniki. Angelika uśmiecha się do niego, przechodząc obok, ale… nie zauważa stokrotek. Wychodzi. Iskierki w oczach Gabriela gasną, smutno wbija wzrok w podłogę, przygarbia się jeszcze bardziej. Jednak tli się w