Romans · 42 min czytania
Anglik
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Anglik
Rozdział 1 W końcu nasze oczy sie spotkały. Zauważyłam go przypadkiem. Szłam plaża w porannym słońcu, morze było ciche i spokojne, lekki wiatr nasiąknięty bryzą morską przyjemnie owiewał moje ciało. W oddali widziałam jeżdźców na koniach. Byli jak małe, czarne kropki ale zbliżali się coraz szybciej w moją stronę. „Przygotowanie do wyścigów“-pomyslałam- „albo tylko też poranna przejażdzka dla przyjemności zanim słońce zacznie mocno parzyć swoimi promieniami“. Uwielbiam taki porannek nad morzem, początek dnia, jego chłodność przed upałem, cichość, samotność, tylko mewy swoją obecnością zaznaczają, że nie jestem zupełnie sama. Jeżdźcy zbliżali się coraz bardziej , słyszałam już parskanie koni i mogłam odróżnić sylwetki mężczyzn. Tak, jechali sami mężczyzni, było ich trzech. Pochyleni nad karkami końskimi, poganiali konie, czarne jak smoła. Dobrze zbudowane, o mocnych muskułach niosły jeżdźów z radościa i pewnością swojej siły. Zadrościłam tym mężczyznom, że ich dosiadają, że czują pod nogami ich ciepłość. Zawsze chciałam też jeżdzić konno, tak gnać jak oni przed siebie. Odeszłam trochę na bok, żeby zrobić im miejsce, zatrzymałam się jednak żeby zobaczyć ich z bliska. Odróżniałam już dokładnie ich sylwetki, znajowali się blisko mnie, aż w końcu zrównali się ze mną. Zapach końskiego potu uderzył mnie w nos. Miałam ochotę wyciągnać rękę i dotknać ich pysków, boków, poczuć drżenie muskuł. Byłam tak zajęta końmi, że nie zauważyłam samych jeżdźów. Byli dla mnie tylko statystami tego obrazu, liczyły się tylko konie i ich rozwiane w powietrzu grzywy. Nigdy nie zwracałam zbytnią uwagę na mężczyzn. Nie jestem feministką, ale mało który mężczyzna mogł mnie tak naprawdę zainteresować czy czymś zaimponować. Nagle poczułam uporczywy wzrok jednego z mężczyzn. Nie miałam jednak ochoty odzwzajemniać jego spojrzenia czy prowadzić nic nie znaczącą poranną pogawędkę o pogodzie i słońcu. Chciałam spokoju, ciszy i koni. To mi wystarczało w zupełności. Nie chciałam nic innego. Jednak jego wzrok nie tracił na swej sile. Pokonał mnie, poddałam się jemu i wtedy nasze spojrzenia spotkały się. Moje oczy pogrążyły się w jego błękitnych oczach, tak błękitnych jak niebo w tym dniu. Nie mogłam od nich oderwać wzroku. Patrzył się na mnie z takim napięciem i siłą, że poczułam jak mi drża nogi. „ To jest jak jakiś groszowy romans „-pomyslałam. „ Coś takiego w prawdziwym życiu się nie zdaża „. Ale zdażyło się i wiedziałam, że było mi to właśnie pisane. To spotkanie z nieznajomym i jego oczami zmieniło od tego momentu moje życie. Nie zamieniliśmy ani słowa, jeżdzcy zaczęli się ode mnie oddalać, a ja stałam tam przyrośnięta, niezdolna do ruchu i wbijałam moje spojrzenie w jego sylwetkę. Załowałam że nie odezwałam się, że nie wiem kto to był, że nic nie powiedziałam. To palące spojrzenie nie dawało mnie spokoju. W dalszym ciągu czułam je na sobie, chociaż jeżdźcy dawno już zniknęli z horyzontu. Wróciłam do hotelu, mąż czekał już na mnie, żeby zjeść razem sniadanie. Byłam rozkojarzona i trochę opryskliwa, bo zabierał mi czas przeznaczony na marzenia o nieznajomym. “Nigdy więcej go nie zobaczę“. A chciałam tego tak bardzo. Coś pchało mnie do niego, jakaś siła a może zguba. Zbliżał się już okres wyjazdu. Beztroski czas kończył się. Znowu powrót w schemat codziennego życia ze wszystkimi jego problemami. Ostatnio czułam że zyje tylko... od...do... Że mam wytyczone granice w jakich muszę się poruszać. Spotkanie z jeżdzcem naruszyło ten schemat. Ale niestety nigdzie już go nie mogłam spotkać, jakby zapadł się pod ziemię. Pogodziłam się już z tym faktem, chociaż nocami dalej widziałam jego płonące niebieskie oczy. Nadszedł ostatni wieczór. Zaplanowany z muzyką i tańcami. Nie miałam ochoty tam iść, ale jako żona znanego działacza musiałam tworzyć jego wizerunek. To był mój obowiązek. Na wszystko inne dał mi “wolność”, ale z tej jednej rzeczy nie chciał mnie uwolnić. Zresztą tak samo jak nie chciał mi dać rozwodu. Wolał dzielić mnie z innymi niż zgodzić się na jedno szybkie cięcie naszego „pseudo małżenstwa“, które zresztą już dawno przestało istnieć. Ubierałam się więc mysląc, że czeka mnie znowu nudny wieczór o nic nie znaczących rozmowach, uśmiechaniu się do osób, których nie lubię albo mi są zupełnie obojętni, o tańcach, które nie sprawiały mi przyjemności, bo były obowiązkiem. „Trudno, przeżyję ten wieczór, jest w końcu ostatni“. Z tą myslą wybrałam sukienkę, która opinała ciasno moje ciało, bo tego on oczekiwał. Miałam pokazywać swoje wdzięki, inni mieli mu zazdrościć takiej żony. Wszystko z góry zaplanowane i rozgrywane. Szach mat. Weszliśmy na salę, przykładne małżenstwo, aż śmiać mi się chciało, jak bardzo przykładne. Dlaczego ludzie chcą widzieć tylko to co chcą widzieć? Zamykają oczy na cała resztę, „brudy należy prać we własnych ścianach“ taka jest ich dewiza. Wieczór mijał zgodnie z planem, rozwój akcji nabierał mocy, wszystko działo się tak jak za każdym razem. Powtarzający się schemat. Zmęczona i wyczerpana ciągłym uśmiechem, rozmową o nic nie znaczących rzeczach, podeptana w tańcu przez partnerów, którym się wydawało, że są mistrzami w tej dziedzinie, wyszłam na taras, żeby oddalić się od tego kłębowiska ludzi i odetchnać powietrzem nie zniszczonym jeszcze przez fałsz, obłudę i zazdrość panującą na sali balowej. Oparłam się o balustradę, zamknęłam oczy i usilowałam odtworzyć obraz pędzących koni i tego intensywnego spojrzenia. Poczułam, że znowu drże. Nagle ktoś cichym krokiem zblizył się do mnie. Wyszedł z ciemności i stanął kolo mnie. Podniosłam oczy i nogi ugięły się pode mną. To byl On. To spojrzenie, ta siła, ten błękit. Zaczerwieniałam się jak nastolatka, którą pierwszy raz jakiś chłopak się zainteresował. Przemówił do mnie, miał głęboki, aksamitny, namiętny głos. Pochodził z Nowego Yorku, był tutaj na krótkim wypoczynku, zamin wyruszy do Afganistanu, tam gdzie linia życia i śmierci przebiega tak blisko siebie. Opowiadał mi o swojej pracy, a raczej o swojej pasji przebywania w tamtym miejscu, utrwalania go przez zdjęcia i słowo. Zafascynowana sluchałam go zatapiając się w jego oczach i ustach. Opierał się ramieniem blisko mojego, czułam go tak blisko, a chciałam jeszcze bliżej, powstrzymywałam się ostatkiem siły przyzwoitości - czy była mi ona rzeczywiście potrzebna? Na imię miał Timothy, ale miałam mówić do niego Tim. Stał się moim Timem. Żadno inne imię tak nie działało na moją wyobraznię jak jego. Oboje czuliśmy się przyciągani do siebie, chcieliśmy się dotykać, smakować, kosztować siebie nawzajem. Energia, która między nami wybuchła jak bomba atomowa, była nie do powstrzymania. Wiedziałam, że oddam mu się, nawet od razu, nie patrzać się na konwenanse, nawet tutaj, w mroku nocy, pod bokiem męża i wszystkich innych „porządnych“ ludzi pozbawionych namiętności. Ostatkiem sił powstrzymywałam się od tego. Nigdy przedtem nie czułam się tak pobudzona, obrazy nas dwojga złączonych ze sobą nie przestawały mi się przesuwać przed oczyma. Tim widzial to, był bystry, zauważył moją nerwowość i podniecenie. Jego wielkie oczy patrzyły na mnie ze zrozumieniem i czułością, które tak dawno u żadnego mężczyzny nie widziałam. Był uosobieniem spokoju, męskości i wielkiej delikatności. Byłam zdziwiona jak taki mężczyzna, z taką swoją wrażliwością, jest w stanie jechac do kraju wojny i terroru, widzieć to, pisać o tym, fotografować. A może właśnie dlatego, że taki był, potrafił tak przerażająco pięknie pokazać tragedię tamtych ludzi. Nie wiedziałam wtedy dokładnie co niesie ta praca za sobą. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z niebezpieczeństw na jakie mógł być narażony, ale uwazałam, że mimo wszystko tacy ludzie są pod szczególną ochroną, nawet u terrorystów. Oderwaliśmy się od siebie z trudem, żadno z nas nie chciało zakończyć rozmowy, nie chciało powiedzieć „żegnaj“. A pozostało to właśnie słowo, na drugi dzień Tim już wyjeżdżał. Tylko krótka noc dzieliła nas od tego nieuniknionego, bolesnego, niespełnionego. Mąż odnalazł mnie wreszcie i po krótkiej wymianie zdań, pożegnałam Tima. Odprowadzał mnie smutnym wzrokiem. Leząc w łóżku nie mogłam jednak zasnać, byłam cała roztrzęsiona, prawie histeryczna. Pragnęłam go…. Tak…teraz zdałam sobie z tego sprawę. Był inny od innych a zarazam taki mi znany, taki bliski. I nie grało żadnej roli, że dopiero go poznałam. Był moją drugą polówką, znalazłam ją i nie chciałam jej teraz stracić, za żadna cenę, którą musiałabym zapłacić. ”Jutro wyjeżdża...” ta myśl nie dawała mi spokoju.Podjęłam decyzję. Nie mógł mnie tak opuścić, a ja nie mogłam go tak wypuścić. Znalazłam Tima w barze, grał na pianinie jakąś nastrojową melodię. Nie wiem, czy był to Mozart czy Bach,a może mi zupełnie ktoś nie znany. Wiem, że stałam w kącie i patrzyłam się na niego pochylonego nad klawiszami. Smukłymi palcami przesuwał po nich, zgrabnie wydobywając dzwięki. Mogłabym tak stać na zawsze, zastygnąć w kącie, bez ruchu, słuchając jak gra. Nagle podniósł głowę i spojrzał mi wprost w oczy. Wyczytał z nich natychmiast wszystko. Nie musiałam nic mówić, nic wyjaśniać, nic tłumaczyć. Wszystko było jasne. Podszedł do mnie szybkim krokiem, otoczył ramionami i zamknął pocałunkiem moje usta. Byliśmy siebie spragnieni... o boże... jak spragnieni. W ciemności jego pokoju oddałam mu się cała, bez zastanowienia, bez żadnych skrupułów, że zdradzam w tym momencie mojego męża. Był nim tylko zresztą dla innych, dla mnie już dawno nie. Tim był sprawny w sztuce miłości, dynamiczny, przejął rolę dominanta i poprowadził mnie do nieba. Jego ręce doprowadzały mnie do szału. Jego język poznawał szczegóły całego mojego ciała, wszystkie zakamarki, rozchylałam się dla niego, zapraszałam, uwodziłam. Czułam się pewnie, byłam kochana i kochałam. Nasze ciała stawały się coraz bardziej mokre, oddechy ciężkie, szybkie, gryzłam go w ucho, jezykiem wchodziłam w jego głębie, pieściłam i podniecałam zarazem. Tim śmiał się, jego śmiech był zarażliwy i taki chłopięcy. Chciałam zapamiętać całe jego ciało, jak się pręży od moich pocałunków, jak patrzy mi w oczy z namiętnością i ochotą na więcej. Byliśmy jak dwojga topielców, chcących wykorzystać każda chwilę, zanim pójda na dno. Nasze zespolenie było ekstazą zmysłów, wybuchem fajerwerków, niekończącym się jękiem rozkoszy. Pozniej lezałam w jego ramionych, bez zmysłu, ociekająca potem, zaspokojona. Czułam jak pieści językiem moją pierś, a reką dotyka moich zmierzwionych włosków, zazwyczaj tak skromnie leżących a teraz tak swawolnie stojących w nieładzie. Jego męskość opierała się na moim brzuchu, ciągle nabrzmiała i pełna. Tim był jeszcze gotowy do następnego aktu zespolenia, a ja byłam już mokra na samą mysl o tym. Noc nie kończyla się dla nas, zasłonięte ciężkimi i ciemnymi kotarami okna nie dopuszczały dnia do środka. Niestety telefon dotarł do nas, przerwał naszą wędrówkę w nieskończoność i spadliśmy z obłoków na ziemię. Wstrząs był silny. Tim nie chciał wyjeżdżać, chciał odwołać spotkanie, ale sytuacja się dramatycznie zmieniła i nie mógł tego zrobić. Był potrzebny teraz, od razu, tam, w tym kraju wojny i cierpień. Czy mogłam go zatrzymać, czy byłam w stanie ? Czy mogłam go odciągac od jego powołania? Bardzo tego chciałam, ale wiedziałam, że nie mogę tego zrobić. A tak bardzo chciałam być egoistyczną.Wziaść wszystko dla siebie, nie patrząc się na innych. Czy jednak miłość nie wymaga poświeceń? Tak, kochałam go, wiedziałam to teraz z pewnością, nigdy do tej pory nic takiego mnie nie spotkało. Zawsze byłam rozsądną i ostrożną w miłości. Długo rozważałam czy to jest napewno to. Z Timem nie miałam żadnych wątpliwości. Czasami wie się od razu, czasami spotyka się swoją wielką miłość nagle, nie planując jej, nawet przyjmując, że ona nieistnieje, że to bajka dla dorosłych dzieci, dopóki nagle nie przyjdzie. I wtedy idą w kąt wszystkie wątpliwości, niepewności, zwątpienia. Wtedy miłość po prostu jest. Tak czułam się wtedy z Timem. Świat go wezwał znowu do siebie. Pożegnaliśmy się z nadzieją szybkiego spotkania. Pozostawał kontakt tylko telefoniczny i to też ograniczony. Byłam szczęśliwa, że chociaż to jest możliwe. Mąż nie powiedział ani słowa na moją nieobecność. Nie musiałam się też tłumaczyć. Zachowałam się dyskretnie, żaden jego szanowny przeciwnik nic nie wiedział. Był więc zadowolony na swój chory sposób, że jestem jego lojalną żoną. Za tą dwulicowość nie mogłam się na niego patrzeć. Widziałam z okna jak Tim wchodzi do samochodu. Patrzył się w moją stronę, a ja nie mogłam nawet pomachać mu na pożegnanie. Mąż stał za moimi plecami i syczał mi w ucho, żebym zachowała się jak jego szanowna małżonka, a nie jak ladacznica. Odwróciłam się i z całej siły uderzyłam go w twarz. Czerwona pręga zawitała na jego policzku. Była dla mnie za małą satysfakcją za jego słowa.
Rozdział 2 Tim odjechał a ja zostałam sama. Co noc marzyłam że jest przy mnie, że obejmuje mnie swoimi szerokimi ramionami, że zespalamy znowu nasze ciała. Tim dzwonił do mnie tak często jak mogł, jak pozwalaly warunki, w których przebywał. Nie chciał opowiadac dużo o tym co się tam dzieje, ale śledząc wiadomości, wiedziałam, że naraża się każdego dnia. W dalszym ciągu jednak nie dochodziło do mnie niebezpieczeństwo, na jakie codziennie był narażony. Nie chciałam, albo nie akceptowałam tego zagrożenia. Moja miłość była tam bezpieczna, dlatego że go kochałam. Nikt nie byłby tak okrutny żeby mi ją zabrać. Tym uspakajałam swoje sumienie, swoje obawy, lęki. Nie mogło mu się nic stać, bo ja na niego czekałam. Zachowywałam się jak małe dziecko wierzące w świętego mikołaja, a nie jak dorosła, inteligentna kobieta. Chciałam być tym dzieckiem. Tygodnie mijały, czasami bez znaku życia od niego. Nauczyłam się czekać, a w międzyczasie żyć dalej utartym rytmen. W końcu wiadomość od Tima „ mogę przyjechać na tydzień „. Cały tydzień dla nas - byłam jak pijana od tej wiadomości. Oczywiście zgodziłam się bez wahania. Mąż dowiedział się, że wyjeżdzam sama, ale nie zaniepokoiło go to. Nie wiem nawet czy zainteresowało. Od dłuższego czasu był obojętny na wszystko, pogrążony we własnym świecie, który sobie pomału układał i który miał go kiedyś zniszczyć. Spotkałam się z Timem w Paryżu, mieście miłości, który od tej pory zawsze wiązał się mi tylko z nim. Czekałam na niego w holu hotelu. Pojawił się jak zawsze zupełnie nagle, a ja patrząc na niego czułam, że serce bije mi jak szalone. Nie zmienił się nic od naszego pierwszego spotkania, był dalej taki męski, pewny siebie, a spojrzenie jego oczu było znowu pełne zrozumienia i czułości. Padłam mu w ramiona, nie patrząc się na obsługę hotelu, zresztą przyzwyczajonych do takiego zachowania gości. Niecierpliwie, rozbierając się wzrokiem dotarliśmy do pokoju. Ne mówiliśmy za dużo, nie potrzebowaliśmy tego, ściągając pośpiesznie ubrania. Tim pociągnal mnie do łóżka. Drżałam nie z zimna, ale na samą myśl, że jego ręce znowu mnie dotknął, będa badać, a usta zacisnął się na moich sutkach. Cały ten tydzień przeżyłam jak we śnie, w dnie chodziliśmy po Paryżu trzymając się za ręce, Tim pokazywał mi go, znał go dosyć dobrze, a w nocy przeżywaliśmy ekstazę naszych zmysłów. Rozmowy bez końca o wszystkim, poważne i mniej poważne, śmiech, który pomału zapomniałam, uczyłam się go na nowo z nim. Wprowadzał mnie w świat, gdzie wszystko było możliwe. Tim pochodził z bardzo bogatej rodziny, nie chciał jednak zajmować się interesem rodziców, chciał robić dokładnie to co robił. Pisać i fotografować, być na pierwszej lini frontu, tam gdzie każdy przy zdrowych zmysłach by już dawno uciekł. Podziwiałam go za to, za jego odwagę i pasję, tak różna od mojej. Po tym pierwszym tygodniu nastapiły dalsze tygodnie, gdzie spotykaliśmy się w różnych miastach europy. Nasza wzajemna namiętność, nasza chęć bycia razem, nasze porozumienie się bez słów nabierało coraz większej mocy i stabilizacji. Ufałam mu bezgranicznie, dzieliłam się z nim moimi myślami, moimi problemami, wszystkim tym co działo się w moim życiu. Tim odwzajemniał się tym samym. Rozumieliśmy się telepatycznie, potrafiłam nawet przewidzieć kiedy zadzwoni. Było to niesamowite. Mężowi powiedziałam, że kocham innego i nie zamierzam rezygnować z niego.Proponowałam rozwód, ale oczywiście bez skutku. Nie przywiązywał do tego wagi, do mojej niewierności, do tego że inny mężczyzna mnie zadawalał. Liczyło się tylko, żebyśmy na zewnątrz pokazywali się razem jako małżenstwo, ktore nie ma problemów. W końcu przyzwyczaiłam się do tego stanu i przestał mi on przeszkadzać. Żyłam ze współlokatorem, czasem nieprzyjemnym i nietolerancyjnym, ale byłam tak pogrążona myślami o Timie, że nie docierało to do mnie. Tim zabierał mnie w różne zakątki europy, pokazywał te rzeczy ukryte przed innymi, nie były to nigdy szlaki turystyczne, utarte, wydeptane, ale zawsze coś szczególnego, gdzie inni nie docierali. Miał wielką wiedzę na prawie każdy temat i uczyłam się jej od niego, wchłaniałam w siebie, zawisałam na jego ustach jak opowiadał, lekko i wrażliwie, połykałam jego słowa, spijałam je z jego pełnych, namiętnych i słodkich ust.
Rozdzial 3 La Scala...pierwszy raz zobaczyłam przepych i atmosferę tej opery, tak znanej i podziwianej. Duchy zmarłych chodziły po krużgankach, siedziały w lożach, klaskały orkiestrze i podziwiały piękno muzyki Verdiego. Byłam tam na operze La Traviata razem z Timem. Oparta o balustradę w loży, wsłuchiwałam się w boską muzykę i śpiew. Zapomniałam w tym momencie o świecie, gdzie jestem, czułam się lekka, jakby mój duch też unosił się z innymi już duchami, tymi którzy już dawno odeszli z tego świata, ale nie potrafili opuścić La Scali. Byli tutaj stałymi mieszkańcami. Tim położyl mi ręke na mojej dłoni i popatrzył mi się w oczy z taką miłością i oddaniem, że na moment staciłam oddech. Kochałam go każdą cząstką mojego ciała. Był moim bogiem, przyjacielem, kochankiem, był całym kosmosem, światem. Ten jedyny, wyjątkowy, wyśniony, wymarzony. Już dawno odrzuciłam myśl, że może mnie coś takiego jeszcze w życiu spotkać. Czasami bałam się, że mam za dużo szczęścia, że pryśnie to wszystko...nie....nie mogło….Tim byl naprawdę, tutaj, wszędzie. Mężczyzna, na którym mogłam się oprzeć, który dawał mi poczucie bezpieczeństwa, który nigdy mnie nie zawiódł i na którego zawsze mogłam liczyć. Obojętnie w jakiej części świata przebywał, mój jeden telefon i zjawiał się. Rzucał wszystko w tym momencie, gdy ja potrzebowałam jego pomocy. Czyż nie tego pragnie każda kobieta? Ale jak niewiele z nich dostaje to od swoich partnerów ? Wmawiamy sobie, ze jesteśmy szczęśliwe, zadawalamy się namiastką tego, co powinno być nie namiastką, ale całością. Tragizm małżenstw, żle dobranych i tkwiących w tym stanie. Sama byłam tego przykładem, ofiarą, która zgadzała się na taki stan. Po operze Tim zabrał mnie na kolację. Jeszcze pełna muzyki, która przeżywałam ponownie, nie zauważyłam jego lekkie zdenerwowanie. Restauracja była pusta, oprócz nas nie było nikogo. Rozmawialiśmy o operze, wymienialiśmy nasze myśli, ale Tim był tym razem mało skoncentrowany. Nagle wyjął czarne, małe pudełko. Myslałam, że jest to znowu jakiś drobiazg dla mnie, co robił dosyć często, jakby chciał tym wynagrodzić mnie te momenty, gdy byłam sama bez niego. Ale tym razem Tim zachowywał się inaczej. Wyczuwałam, że chce mi coś ważnego powiedzieć. W momencie jak ukląkl przede mną, nie miałam już wątpliwości. „ Nie mogę bez Ciebie żyć, jesteś całym moi światem, chcę się budzić koło Ciebie i zasypiać przy Tobie do końca moich dni. Czy zostaniesz moją żoną? „ Słowa, które każda kobieta chce usłyszec. Ja je uslyszałam i przestraszyłam się . Nie żebym nie chciała być z nim razem. Chciałam, pragnęłam tego, wyobrażałam sobie nas razem, jak jesteśmy już starzy i trzymając się za ręce spacerujemy wzdłóż morza. Moich uczuć do niego byłam pewna. Jego zreszta też. Tylko jedna rzecz, tak mała a zarazem tak wielka nie dawała mi spokoju. Dla Tima jego praca była powołaniem, pasją. To nie było „tylko pracą“. Tim był korespondentem wojennym z powołania. Nie zważał na niebezpieczeństwa, nie myslał o nich. Wierzył w swoją szczęsliwą gwiazdę. Ja niestety miałam duże wątpliwości. Byłam w rozterce co odpowiedzieć. „ Pozwól mi to przemyśleć. Wiesz że Cię kocham, co do tego nie powinieneś mieć wątpliwości, ale potrzebuje trochę czasu na odpowiedż “ – tylko te słowa wypłynęły ze mnie. Wiedziałam, że nie tego oczekiwał, że go tym trochę zraniłam, ale nie mogłam inaczej.Chciałam być pewna swojej decyzji, albo przynajmniej mieć pewność, że dobrze robię. Chciałam powiedzieć “tak”, ale słowa nie przechodziły mi przez gardło. “ Czy to chodzi o mój majątek? O to że jestem bogaty ?”-Tim uważał, że to jest dla mnie przeszkodą. Zawsze podkreslałam, że nie zależy mi na jego pieniądzach, każdy prezent, który mi robił