przygoda · 49 min czytania
Ania
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Ania
Obudziłem się o dziewiątej. Otaczał mnie pokój gościnny w domu mojego przyjaciela ze studiów. Przyjaciel, to może złe określenie, a nawet na pewno nie jest ono dobre. Od czasów szkolnych ciężko mi nazwać kogokolwiek tym mianem. Może to kwestia tego, że do nowych ludzi ciężko przywyknąć? Może z wiekiem człowiek robi się po prostu mniej elastyczny. Będąc dziećmi nie oceniamy ludzi swoją miarką. Dzieci lubią kogoś, lub nie, bazując na swoich odczuciach. Poznają swoich pierwszych przyjaciół i przyjmują ich takimi, jacy są. Nie zastanawiają się czy Jasio lubi takie same bajki, albo czy rodzice Kasi zarabiają kupę pieniędzy. Ważne jest natomiast, że mają z kim pogadać, pobawić się lub coś zbroić. W końcu samotne wędrowanie przez szkolne korytarze wydaje się potworne. I tak oto przyzwyczajamy się do naszych pierwszych znajomych z ławek, z czasem obdarzając ich przyjaźnią bezwarunkową, bo w końcu tyle już razem przeszliśmy. Idąc na studia lub nawet do nowej szkoły, często zostawiamy starych druhów za sobą. Czas zaciera znajomości. Obowiązki czy też odległość uniemożliwiają spotkania, a nawet jeśli widujemy się jeszcze, to nic nie jest już tak jak było. Spotykając się raz na dwa, trzy miesiące przestajemy dzielić ze sobą problemy dnia codziennego, wspominamy jedynie jak wspaniałe były dawne dni beztroski. Jak super byłoby cofnąć się do tych czasów, bo przecież teraz tylko nawzajem licytujemy się, kto ma trudniejsze egzaminy i więcej referatów do napisania. Zawsze kogoś brakuje, zawsze ktoś nie dojedzie. Za czasów szkolnych miałem bardzo zgraną paczkę. Powiedziałbym, że łączyło nas znacznie więcej, niż zwykłe więzi koleżeństwa. Przed komputerem każde z nas spędziło niezliczone godziny. Podczas wspólnych gier zawsze mięliśmy ze sobą łączność głosową. Czy to przez Skype’a, czy to inny komunikator, ale rozmawialiśmy godzinami. Poznaliśmy się na wylot i może to dlatego tak trudno jest mi teraz poznać kogoś, z kim rozumiałbym się równie dobrze. Paweł - kolega, u którego w domu się znalazłem, był dla mnie takim pierwszym kolegą z ławki, tyle że na studiach, a nie w podstawówce. I zanim wspólne przeżycia zdołały tę znajomość umocnić, już zacząłem dostrzegać w nim irytujące mnie cechy. Jest niesamowicie zapominalski. Zapominalski to bardzo, ale to bardzo łagodne określenie w jego kierunku. To trochę tak, jakby o Hitlerze powiedzieć, że był niemiły. Paweł wydaje się być kimś, kto zapomni pójść się odlać, jeśli mu się o tym w porę nie przypomni. Paweł ma swój kalendarz. Zapisuje w nim niemal wszystko, a jeśli czegoś tam nie zapisze, to zwyczajnie – przepada. Pewnego razu umówił się na konsultacje z wykładowcą. Trąbił o tym wszystkim w akademiku, na około calutki dzień, jednak zapomniał zanotować tego faktu w kalendarzu. Następnego dnia obudziłem się przed dziesiątą i patrzę, że mój współlokator siedzi w piżamie na łóżku i przegląda notatki beztrosko przebierając nogami. Pytam: a ty nie umawiałeś się przypadkiem na konsultacje o dziewiątej? Reakcji możecie się domyśleć. Mimo wszystko nie wypadało odrzucić zaproszenia na osiemnastkę jego dziewczyny, która odbyła się dwa dni wcześniej. Poprzedniego dnia odespaliśmy imprezę z nawiązką, Paweł pokazał mi kawałek swojego miasta. Na całe szczęście doczekałem dnia mojego powrotu do domu. Nade mną wisiał duży, czarny sufitowy wiatrak, ja leżałem i wpatrując się w niego rozmyślałem. Zza drzwi dochodziły odgłosy krzątającej się w kuchni mamy Pawła, jednak on sam jeszcze nie wstał. Teoretycznie mógłbym ubrać się i zejść na dół, ale nie zachęcała mnie perspektywa rozmowy z Panią Murawską sam na sam. Mimo, że Pani Murawska jest bardzo miła, czułbym się niezręcznie. Nigdy nie umiałem swobodnie rozmawiać z rodzicami moich znajomych czy dziewczyny. Zawsze ograniczało się to do banalnych pogaduszek albo odpowiadania na pytania o moją szkolę lub studia. Wydawało mi się bardzo niestosowne bądź zwyczajnie sztuczne, aby samemu zadawać pytania. Bo jakie to mogłyby być pytania? Co tam u pani słychać? Albo, jak tam się panie Piotrze interesy układają? Tak, więc leżałem rozmyślając. Myślałem sobie o ostatniej imprezie i o dziewczynie Pawła. Tworzą bardzo ładną parę, ale za nic nie mogę odgadnąć, co ona w nim widzi. Karolina jest wysportowana, trenuje koszykówkę. Jest piękną blondynką o nienagannej figurze i ślicznej twarzy. Jest inteligentna, w maturalnej klasie ma bardzo dobre oceny. Miło się z nią rozmawia, a to co raz rzadsze. Co raz trudniej jest mi spotkać dziewczynę, z którą jest o czym pogawędzić. Nie czuję się nią w ogóle zainteresowany, zupełnie jakby była moją kuzynką, więc o zazdrości mowy być nie może. Zwyczajnie zastanawia mnie, co taka laska widzi w gościu, któremu trzeba tłumaczyć o co chodzi w każdym filmie, który ogląda. Wstałem, poszedłem do łazienki i umyłem zęby. Po chwili przez drzwi, które zostawiłem uchylone zajrzał Paweł. - O, wstałeś już? – zapytał – ja zwykle śpię tak do dziewiątej, ale nie pomyślałem, że ty może krócej. Mogłem ci dać jakiś laptop czy coś, to byś się nie nudził. - Nie, spoko. Wstaję mniej więcej tak, jak ty. Teraz też niedawno się obudziłem. - To git – odpowiedział – chodźmy na śniadanie. Po pysznych kiełbaskach ugotowanych przez mamę Pawła spakowałem resztę rzeczy do plecaka i zeszliśmy do samochodu. Jadąc na dworzec chłopak opowiadał mi kolejne rzeczy o swoim mieście, te o których zapomniał napomknąć wczoraj. Jego miasto jest większe od mojego o jakieś parę tysięcy mieszkańców, a on podnieca się nim jakby mieszkał co najmniej w centrum Nowego Yorku. Od kiedy go poznałem, przy każdej okazji wymieniał nazwę szkoły, w której się uczył. U nich w mieście musi być to jakiś synonim Oxfordu i Pawłowi do głowy nie przyszło, że dla ludzi z poza jego metropolii to zwykła miejska szkółka i gówno mnie obchodzi, że był tam w a-klasie. Dojechaliśmy na PKP, przy wejściu minęliśmy dziewczynę siedzącą po turecku na murku z jakimś chłopakiem. Rzuciła krótkie cześć w naszą stronę i pomyślałem sobie, że musi być to kolejna z miliona pięćset stu dziewięćset znajomych Pawła. Rzeczy, które irytują mnie w tym człowieku pojawiają się z postępem logarytmicznym i zupełnie nie wiem jak mogłem nie zwracać na nie uwagi na początku roku akademickiego. Zupełnie nie wiem, czemu przyjąłem zaproszenie na tę osiemnastkę. Pewnie dlatego, że przez dwa miesiące wakacji zdążyłem zapomnieć jak ten koleś na mnie działa. Pewnie dlatego, że miałem ochotę wyrwać się z domu, w którym tkwiłem od powrotu z Paryża, nieefektywnie próbując robić coś konstruktywnego. Kolejka do kasy była długa, a ja nie mogłem przekonać Pawła do tego, że z kupnem biletu poradzę już sobie sam. Trudno, będzie mi towarzyszył, aż zniknę za drzwiami pociągu - pomyślałem. Na peronie, na trzy minuty przed odjazdem pojawiła się dziewczyna z murku. - Hej, hej! – krzyknęła – zostawiliście mnie tam samą z tym gościem. Przysiadł się do mnie i zagadywał. Dawałam wam znaki, żebyście mnie uwolnili od niego, a wy nic. - Nie widzieliśmy znaków – odpowiadziałem. - Ja to myślałem, że to twój chłopak – dodał Paweł – tak w ogóle, to wy się nie znacie. To jest mój ziomek ze studiów, Adam. A to Ania, koleżanka Karoliny. - W zasadzie, to znamy się z Karoliną tylko z widzenia, byłyśmy po prostu parę razy na tej samej imprezie – wyjaśniła Ania – wyjeżdżacie gdzieś ? - Tylko ja jadę, Paweł mnie tylko odprowadza. Wracam w swoje strony – okolice Warszawy. - O, to wypada nam wspólna podróż. Ja jadę odwiedzić ciocię w Warszawie Na peron podstawił się pociąg, więc pożegnałem Pawła i weszliśmy z Anią do środka. - O, trafił nam się nowy, bezprzedziałowy – zauważyła dziewczyna. Nasze miejscówki były oddalone od siebie, ale Ania usiadła obok mnie, ponieważ pociąg był prawie pusty i nie robiło to żadnej różnicy. Zaczęliśmy gawędzić. Rozmawialiśmy o tym o czym przeważnie rozmawia się z nowopoznaną osobą. Opowiedziałem jej, skąd znam Pawła. O tym, co razem studiujemy i z jakiej okazji znalazłem się tam, skąd właśnie wracam. Ona opowiedziała podobne rzeczy o sobie. Dowiedziałem się, że dopiero co zdała maturę. Była w klasie o profilu biologicznym i wybiera się na studia do Poznania, na kierunek Bioinformatyka. Powiedziała, że to bardzo przyszłościowe, bo mało jest specjalistów w obu zupełnie niespokrewnionych dziedzinach, a przecież bazy danych przeróżnych klinik, szpitali czy koncernów farmaceutycznych same się nie stworzą. Pomyślałem, że wcale nie i że pewnie skończy w najlepszym wypadku w dziale IT jakiegoś korpo, biorąc nadgodziny za grosze, ale przytaknąłem i pochwaliłem wybór. Z tematów „ogólnopoznawczych” rozmowa przeszła na wydarzenia bieżące, mijające wakacje i plany na następne dni. Pochwaliłem się niedawną wizytą w Paryżu i zdałem relację, będąc wciąż mocno oczarowany miastem zakochanych. Opowiadałem o zapierających dech w piersiach obrazach, które podziwiałem w Luwrze i muzeum d’Orsay. O klimatycznych uliczkach w dzielnicy Montmarte, o bazylikach i katedrach ze słynną Notre Dame na czele. O wieży Eiffla. Ania jak się okazało, również była we Francji podczas tych wakacji, jednak jej wyjazd miał inny charakter. Odwiedziła jedynie swoich znajomych Francuzów, więc jeśli chodzi o stolicę, to widziała tylko jej przedmieścia. Słuchała mnie z zaciekawieniem, rewanżując się informacjami o tamtejszej kuchni, jakie zdobyła podczas wizyty. Pogawędka z Anią była bardzo miła. Okazało się, że nie tylko podróże leżą w kręgu wspólnych zainteresowań, tematów do rozmowy nie brakowało, a dwie godziny podróży upłynęły stokroć szybciej niż gdy jechałem w poprzednią stronę. Dojechaliśmy na dworzec centralny i przyszła pora się pożegnać. - No to na mnie pora – powiedziała. – Teraz jeszcze muszę trafić do metra i lecę do ciotki, nie widziałam jej wieki. Zostanę u niej kilka dni, możesz się odezwać jak chcesz. - Nie mam twojego numeru, ale możemy się wybrać do kina któregoś dnia – odpowiedziałem. Nie wiem czemu to zaproponowałem, chyba po prostu nie miałem co robić w domu, albo może byłem pod wpływem ciekawej rozmowy, która nie zdarzała mi się zbyt często. Na podwarszawskiej wsi nie ma zbyt wielu osób do ciekawych rozmów. Tak czy inaczej wymieniliśmy się numerami i Ania wysiadła. Zerkałem kątem oka przez okno ciekaw, czy się obejrzy. Przeszła wzdłuż peronu prowadząc swoją walizkę na kółkach. W ostatniej chwili zanim zniknęła dostrzegłem ruch głowy w kierunku wagonu.
*
Zaproszenie na Facebooka. A więc jednak. Jak mnie znalazła ? Pewnie wystarczyło poszukać we wspólnych znajomych Pawła i Karoliny. Napisała. Zapytała jak reszta podróży, czy dotarłem. Od kilku godzin byłem już u siebie w mieście, aktualnie w trakcie odwiedzin u babci. Po powrocie do domu kontynuowaliśmy rozmowę. Ta podobnie jak w pociągu gadka kleiła się całkiem nieźle. Po pewnym czasie Ania podjęła temat wspólnego kina. Przejrzałem aktualny repertuar. Dyskusję o filmach mieliśmy już za sobą, więc znając jej zamiłowanie do filmów akcji, za którymi ja nie przepadam, wybrałem jeden z nich. Następnie w zestawieniu z moją nieśmiałą propozycją czegoś gatunkowo różnego od tępej strzelaniny, podesłałem Ani do wyboru. Mimo to bez zdziwienia przyjąłem informację, że padło na Niezniszczalnych III. Kolejna produkcja o pseudo herosach, ratujących świat przed zniszczeniem przez bezwzględnych i aroganckich złoczyńców. W scenerii ruin, wybuchów i ciężkiego sprzętu. Oczywiście z tandetnym wątkiem psychologicznym głównego bohatera. Ale o tym miałem się dopiero przekonać. Ciocia Ani postanowiła wystroić ją na spotkanie. Ona chyba myśli, że to randka - napisała Ania. Chyba Ty się zastanawiasz czy to randka, pomyślałem delikatnie ignorując temat. Dziewczyna jeszcze raz spróbowała zwrócić na niego uwagę, jakby próbowała mimo wszystko wydobyć tę informację ode mnie. Ponarzekała, czego to jej ciotunia nie nawymyśla, a ona przecież biedna przywiozła ze sobą tylko t-shirty i jeansy. Bo uważa to za jedyne słuszne ubranie – po co się stroić, jest przecież taką luzaczką. Nie zrozumcie mnie źle, wszystko ok jeśli naprawdę tak uważa. Ale pisała o tym w ten sposób jakby naczytała się w gazetach, że chłopcy lubią naturalne dziewczyny i koniecznie chciała mnie tym do siebie przekonać. I pomyślicie, że znowu mogłem to po prostu skończyć. Sprowadzić na ziemie prostym tekstem, że to żadna randka, że zwykłe spotkanie. Ale nie jestem tak pewny siebie, żeby być wtedy przekonanym o tym, że jestem podrywany. Nie miałem tez pojęcia jak ta historia może się rozwinąć i jak zakończyć. Nie chcąc psuć dobrej atmosfery wolałem przemilczeć kwestie randki. Byłem też lekko zaciekawiony tym, że ktoś (nawet jeśli nie odwzajemniałem fascynacji) może być mną zainteresowany. Za to ukłucie pychy przyszło mi później troszkę zapłacić.
Część 22 / 2
*
Spotkaliśmy się przy metrze centrum, żeby nieznająca Warszawy Ania trafiła bez błądzenia. Zobaczyłem ją na peronie w kierunku Młocin. Dotarło do mnie, że po raz pierwszy widzę ją dobrze przodem z dalszej odległości. Na peronie u Pawła również miało to miejsce, ale nie zwracałem wówczas na nią uwagi, poza tym głupio taksować kogoś wzrokiem z bliska. W pociągu zaś cały czas siedziała do mnie bokiem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie tylko nie jestem nią zainteresowany, ale że jest zupełnie brzydka. Miała sporo nadmiarowych kilogramów, ale głównie to pokaźnych rozmiarów buźka odpowiedzialna była za odrzucające wrażenie. Efekt potęgowany był kaskadą ciemnobrązowych loków rozpływających się w nieładzie dookoła ogromnej twarzy. Przywitaliśmy się i pojechaliśmy do centrum handlowego Arkadia, gdzie mieliśmy zarezerwowane bilety. Do seansu było jeszcze trochę czasu, więc zrobiliśmy kilka kółek wśród sklepów, rozmawiając. Ania miała przykazane od cioci, aby być w domu przed dwudziestą. - Jest troszkę starej daty – wyjaśniła – ale bardzo lubię do niej przyjeżdżać. Przynajmniej tyle, po filmie pojadę do domu i będę miał spokój, pomyślałem. Najwyraźniej Ania zrobiła znacznie większy użytek z pisemek dla nastolatek niż myślałem, bo w trakcie spaceru opisując swój charakter, dołączyła kilka kolejnych jego składowych, które w połączeniu z zamiłowaniem do kina akcji trafiały perfekcyjnie w obraz dziewczyny, jaką nie jestem zainteresowany. W parze z nonszalancją w kwestii doboru ubioru, szła oczywiście antypatia do sklepów, galerii handlowych czy butików. Sam nie jestem fanem mody i nie spędzam zbyt dużo czasu w takich miejscach, ale przykładanie uwagi do swojego wyglądu wydaje mi się cechą wybitnie kobiecą. Zatem negowanie jej z takim zapałem, z jakim robiła to Ania, zmniejsza moje postrzeganie jej jako kobiecej. Jakby na potwierdzenie tego wrażenia Ania dorzuciła do pieca swoje zamiłowanie do motoryzacji, wojska i militariów. Wow, niezłe kombo. Trudno o trzy inne rzeczy, o których miałbym równie mało do powiedzenia. Motoryzacja ? Owszem, jestem na kierunku technicznym. Mam pojęcie o tym jak działa silnik. Z grubsza jak działa samochód. Lubię sobie pojeździć autem czy nawet motocyklem. Ale na tym koniec. Nie mam listy ulubionych modeli, nie znam na pamięć danych katalogowych najnowszych bryk, a gdyby zepsuł mi się skuter, którym jeździłem do osiemnastki, to nie umiałbym go samemu naprawić. Jeśli znajomi w towarzystwie zaczynają rozmowę na tematy zbliżone, po prostu wyłączam się – nie mój świat, nie moje zabawki. Ojciec Ani okazał się być zawodowym żołnierzem, więc pozostałe dwie kwestie są niejako naturalną konsekwencją. Cieszę się, że są ludzie, którzy chcą chronić nasz kraj i w razie potrzeby staną w jego obronie. Ale jednocześnie chciałbym mieć z nimi jak najmniej wspólnego. Może to przypadek, ale w moim życiu wszyscy napotkani przeze mnie wojskowi nie mieli do końca równo pod sufitem. Objawiało się to przeważnie niezdrową fascynacją organizacją jaką jest wojsko, tak mocno zakorzenioną i rozwiniętą, że przesłaniała ona wszystkie inne aspekty tego cudownie ogromnego świata. Kiedy raz na jakiś czas spotkam mojego kolegę z wojska, mogę tylko próbować opowiadać mu o sobie. Próbować rozmawiać o filmie, muzyce, książkach, polityce, grach, innych znajomych, koncertach, wydarzeniach ze świata i o czymkolwiek zapragnę mówić to i tak rozmowa skończy się na jego jednostce. Inną kwestią rzucającą się w oczy w kontaktach z moimi znajomymi z wojska, jest autorytatywność tych ludzi. Silne charaktery, własne zdania w każdej dziedzinie. Zdania utwierdzone i bronione tak zaparcie, że nawet w świetle dowodów jednoznacznie im zaprzeczających, nie są w stanie odpuścić i przyznać się do błędu. Niektórzy ludzie uważają, że wojsko to szkoła, że hartuje ducha. Z chłopców robi mężczyzn i uczy ich życia. Że w dzisiejszym świecie tym wszystkim lalusiom przydałby się rok przymusowej służby, tak jak to było za dawnych dobrych czasów. Moim skromnym zdaniem – gówno prawda. Jest wiele rzeczy w codzienności każdego z nas, które uczą życia. Wiele sytuacji które od nas wymagają i zmieniają nas w dorosłych ludzi. Jeśli ktoś nie jest zaradny i nie umie nauczyć się życia samemu, to wojsko by mu nie pomogło. Wojsko by tylko odcisnęło na nim piętno na całe życie, zostawiając go z poczuciem własnego niedołęstwa i braku pewności siebie. Ale zostawmy ten szeroki temat w spokoju. Grunt, że wiecie jakie skojarzenia budzi we mnie ta organizacja i tam w Arkadii, podczas rozmowy z Anią, pomyślałem, że nie ma mowy, aby zawód taty nie odbił się na charakterze córki. Nadszedł czas filmu, który mimo wszystko zniosłem dość dzielnie, wysilając się nawet na ciche komentarze szeptane na ucho, szczególnie wtedy kiedy komizm scen wyświetlanych na ekranie przewyższał w moich oczach ich założony przez twórców dramatyzm. Po ponad godzinie strzałów, pościgów i efektów specjalnych, szczęśliwy, że będę mógł wrócić do domu opuściłem salę kinową. Ania podjęła jeszcze przez moment temat filmu, a potem zapytała: - Wiesz, tak w zasadzie to nie muszę wracać tak na dwudziestą.. napiszę cioci smsa, to może pójdziemy coś zjeść ? - Czemu nie – odpowiedziałem, mając nadzieję, że wystarczająco dobrze ukryłem swoją niechęć. Chociaż pewnie nie musiałem ukrywać, Ania najwyraźniej zadowolona wspólnie spędzanym czasem zrobiłaby wszystko aby przedłużyć spotkanie. Posiłkowi w KFC towarzyszyła rozmowa o szkole. Opowiadaliśmy sobie o dawnych perypetiach, śmiesznych sytuacjach, rówieśnikach lub nauczycielach. - W liceum miałam ksywę chomik – powiedziała Ania. - Czemu? – zapytałem i po chwili zdałem sobie sprawę z idiotyzmu tego pytania. Przecież to oczywiste. Z tak ogromną mordą i polikami taka ksywa była jak marzenie. Przez myśl przeszło mi przynajmniej dziesięć gorszych przezwisk jakimi mogli ochrzcić ją znajomi. Kto wie czy i tego nie robili za jej plecami. Sądziłem, przez ułamek sekundy, że się zmiesza, ale odpowiedziała: - Podobno mam „chomiczy śmiech”… Co kurwa? Chomiczy śmiech? To chomiki się w ogóle śmieją? Miałem dwa chomiki przez kilka lat i ani razu nie słyszałem nic prócz hałasu klatki, popiskiwania i kilku innych typowych dla gryzoni dźwięków, ale ani jeden nie przypominał śmiechu. Nie zdziwiłbym się, gdyby nawet nie potrafiły odczuwać emocji która może wywołać reakcję śmiechu. Ale zadowolony, że być może nietaktowne pytanie nie spowodowało katastrofy postanowiłem w ogóle nie drążyć tematu, wręcz zmienić go szybko na inny. Tymczasem za ścianami Arkadii już zmierzchało i Ania poprosiła o odprowadzenie do mieszkania cioci. W prawdzie miałem ochotę zmierzać już na pociąg, ale nie wypadało w końcu odmówić, nie ważne jak dziwne spotkanie to było. Kiedy dotarliśmy na Metro Racławicka, dziewczyna zapewniała, że to kawałeczek drogi, który w rzeczywistości okazał się sporym kawałem, tak więc słońce już zdążyło skryć się za horyzontem i jego ostatnie promienie znikały za rozciągającymi się wzdłuż ulicy budynkami. A ja co raz częściej zerkałem na zegarek i obliczałem ile czasu zostało mi do ostatniego pociągu. Gdy doszliśmy do bloku cioci, Ania zaczęła przeciągać chwilę rozstania. Zaczynała wciąż nowe tematy, które ja starałem się kończyć i wreszcie poruszyła ten najbardziej niezręczny, a ja wiedziałem, że muszę uważać, aby nie zdarzyło się nic głupiego. - To co, pewnie teraz długo się nie zobaczymy… co? – nieśmiało zaczęła. - No pewnie tak – odpowiedziałem – ja mam naukę do kampanii wrześniowej, a ty wracasz do siebie, w końcu to spory kawałek… Bogu dzięki – dodałem w duchu. - No trudno, jakoś się zgadamy… To leć, leć. Bo spóźnisz się na pociąg - To paa. W tym momencie Ania zrobiła krok do przodu, nieuchronnie zbliżając swoją twarz w kierunku mojej. Ale ja byłem przygotowany. Wyczekałem ten moment. Błyskawicznie zrobiłem krok w jej kierunku, przyspieszając to spotkanie dwóch twarzy w taki sposób, aby odbyło się na moich warunkach. Aby nie powierzyć nic roli przypadku, nie zostawić cienia szansy, żeby moje usta trafiły na usta Ani. Trafiłem idealnie w punkt, gdzie chciałem, gdzie miałem trafić. Idealnie w wypatrzone wcześniej powietrze obok policzka dziewczyny, zupełnie jak podczas pożegnania ze starą ciocią. W tył zwrot, naprzód marsz. Powrót do metra. Metrem do centrum. I na pociąg. Cały czas w wielkim pośpiechu, żeby nie przegapić tego ostatniego środka transportu, jaki tego dnia odjeżdżał w kierunku mojej miejscowości. Na miejscu jestem na chwilę przed odjazdem i słyszę komunikat o opóźnieniu. Opatrzność jak widać nade mną czuwała i dała chwilę zapasu, gdybym zamarudził po drodze odrobinę dłużej. Czekając na transport czuję wibracje w kieszeni. SMS: Zastanawiałam się przez całą drogę czy mnie pacniesz… Że jak ? Jak pacniesz, co pacniesz ? Odesłałem znak zapytania, proszący o wyjaśnienie. SMS: No normalnie, czy trącisz w rękę, tak niby przypadkiem. Jak szliśmy koło siebie. Tak myślałam tylko, ale przecież to nie była randka… Odpowiadam: Przecież sama mówiłaś wczoraj cioci, że to zwykłe spotkanie :-) SMS: Ach, no tak.. Jakby to była randka, to pewnie inaczej by się skończyła :> Jak tam, na pociąg zdążyłeś ? Ciocia nakrzyczała, że Cię na kawę nie zaprosiłam.. Myślę sobie, taa. Jeszcze czego. Odpowiadam: Nie trzeba, przecież wtedy bym na pewno nie zdążył. Tak, jeszcze nie przyjechał. Jest opóźniony i zaczynam się bać, że w ogóle nie przyjedzie. SMS: Jak nie przyjedzie, to wrócisz do mnie na Mokotów. Zasłane mam w prawdzie tylko połowę łóżka, ale to da się naprawić… :> Co do chuja? Czy ona tak na serio? Przecież to jest kurwa niepoważne… W prawdzie zdarzały jej się w trakcie rozmów niezręczne dla mnie stwierdzenia, ale pierwszy raz wprawiła mnie w zakłopotanie. W prawdzie sms to sms, można go zignorować, nie odpisać. Nie mniej jednak trochę mnie zamurowało. Sytuację uratował nadjeżdżający pociąg, o którym raczyłem poinformować Anię. Następnie zmieniłem temat konwersacji odbiegając od tego frasobliwego momentu. Dziewczyna najwyraźniej zmęczona wrażeniami zasnęła nim dojechałem do domu i dalsza część wieczoru spędzona została podobnie do całej reszty wieczorów mojego życia.
*
Ostatnie dni sierpnia mijały. Ania wróciła do domu od cioci, ale wciąż pisała do mnie w trakcie dnia, lub wieczorami. Mimo, że postanowiłem nie spotykać się z nią już więcej, to nie umiałem jakoś przestać jej odpisywać. Nie umiem tak po prostu spławić kogoś, kto jest dla mnie miły i na dodatek jest o czym porozmawiać. Tym bardziej, że odległość między naszymi miastami jest na tyle duża, że miałem pewność, (jak później okazało się – złudną) że rozmowy pozostaną przecież tylko rozmowami i inne kłopotliwe sytuacje nastąpić nie mają prawa. Jednak co nie mogło wydarzyć się naprawdę, znajdowało ujście w rozmowach. Bardzo szybko zyskałem pewność, że Ania jest we mnie zadurzona, a teksty podobne temu z smsa stawały się co raz częstsze. Nie wywoływały jednak już takiego zdziwienia, ale czysty śmiech i ubaw, bo niesamowicie blisko im było do tandety klasycznego „bolało jak spadłaś z nieba”, tyle że w wersji damskiej. Ania nagminnie pytała co robię, relacjonowała całe swoje dni i starała się jak mogła, aby wydobyć ze mnie chociaż najmniejszy sygnał zdradzający moje nią zainteresowanie. Nie mogąc się doczekać takiego znaku, robiła co raz bardziej desperackie rzeczy. Zaczęła od obejrzenia całego poleconego przeze mnie serialu w zaledwie jeden lub dwa dni. Kolejny zaczęła zaraz potem. Na wzmiankę o tym, że lubię pływać i dosyć często odwiedzam pływalnie, sama zaczęła tam chodzić. Przynajmniej kilka razy próbowała namówić mnie na zakład, którego przegrany robi wygranemu obiad. Sprytnie, tak czy siak, ty wygrywasz – pomyślałem. Pewnego dnia niedługo po przebudzeniu powitała mnie wiadomość na fejsie, rzecz jasna od Ani. Zapytała czy wstałem i jak mi leci. Odpowiedziałem, że tak, że dopiero