Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 11 min czytania

Aniele Boży, stróżu mój

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mężczyzna w podkoszulku wolnym ruchem zgasił papierosa wciskając niedopałek w wygryzioną ranę jabłka. – Dobrze ci ? – wymamrotał, kiedy żar zasyczał w zetknięciu z kwaśnym sokiem. – Ale nie tak dobrze jak tobie – odpowiedział chrapliwy głos za jego plecami. Zaskoczony poderwał się z miejsca. Krzesło, na którym siedział zachwiało się po czym upadło z tępym hukiem. Mężczyzna wbił wściekły wzrok w twarz stojącej w drzwiach zjawy. – Misiaczek nie idzie spać? – rzuciła przesuwając się w stronę kranu, z którego miarowo kapały ciężkie krople wody. Była okutana w wyblakły żółty szlafrok, przesiąknięty wonią nikotyny i alkoholu. Jej wiotkie włosy opadały na ramiona i kleiły się do spoconego czoła. Z cieniami wokół oczu przypominała bardziej upiora niż człowieka, a co gorsze była jego żoną. – A co to ciebie obchodzi. Pójdę jak mi się zechce! – warknął w jej stronę. – Byle nie ze mną – syknęła otwierając szafkę nad kranem. Z górnej półki wyciągnęła butelkę do połowy wypełnioną brunatną cieczą, przystawiła ją sobie do ust i pociągając kilka solidnych łyków uniosła głowę. Mężczyzna patrzył jak miarowo przełyka alkohol. Wydawało się, że pije zwykłą wodę, nawet nie zamknęła oczu, a on miał diabelną ochotę poderżnąć jej to wstrętne, blade, wypełnione gorzałą gardło. Ale tylko zacisnął pięści. – I nie próbuj się znów dobijać do drzwi – wysyczała , kiedy przestała już pić i wytarła usta rękawem szlafroka – obudzisz Justysię. Mężczyzna stał nieruchomo zaciskając pięści. Zbyt długie paznokcie wykrawały we wnętrzach dłoni krwawe półksiężyce. Czuł jak wzbiera w nim złość. Jej gorące źródło umiejscowione poniżej mostka uwolniło niekontrolowany strumień energii. – Tego twojego bękarta! – wrzasnął. – Ciiiii – położyła palec na ustach. Nie mógł dłużej wytrzymać. – Jesteś zwykłą dziwką, zwykłą pijaną dziwką! – Złapał ją za ramiona i potrząsnął tak, że omal nie upuściła butelki. – Uważaj sobie ! – tym razem ona wrzasnęła próbując się wyrwać – puszczaj, albo sprowadzę tu całą pieprzoną wieś! – No to spróbuj, każdy wie kim jesteś! Czuł jak jej zwiotczałe ciało wije się w jego dłoniach. Szybkim ruchem chwycił ją oburącz za gardło, ścisną z całych sił i w tej samej chwili poczuł silny, promieniujący ból głowy. W jednej sekundzie pociemniało mu przed oczami. Kiedy rozluźnił uścisk kobieta wprawnym ruchem wymierzyła kolejny cios. Butelka trafiła go w skroń. Na pół przytomny osunął się na podłogę. – A teraz kochanie czy jest ci tak samo dobrze jak mi ? – zachichotała na odchodne znikając w korytarzu. Po chwili z głębi domu dobiegł szczęk klucza przekręcanego w zamku. Leżał na chłodnej posadzce kuchni z rozrzuconymi szeroko nogami. Głowa mu pękała. Ból wypełnił dokładnie całą czaszkę próbując ją rozsadzić. Czuł jak skronie pulsują mu żywym ogniem. Był wściekły na swoją bezsilność ale wiedział, że musi chwilę odpocząć, teraz i tak nie będzie z niego pożytku. Przycisnął chłodne dłonie do czoła i usnął.

Obudził się po godzinie. Ból trochę przytępiał. Nie czuł się najlepiej ale postanowił nie marnować więcej czasu. Teraz jego ruch. Nie pozwoli żeby go tak traktowała, już nigdy. Chwycił za blat stołu i ostrożnie stanął na nogach. Z zadowoleniem stwierdził, że nie ma zawrotów głowy. Powoli podszedł do mebli, otworzył kilka szafek jednak ich zawartość go nie zadowalała. Musiał poszukać gdzie indziej. – Mam nadzieję, że na mnie zaczekasz kochanie – wyszeptał do siebie. Wyszedł przez skrzypiące kuchenne drzwi na taras z tyłu domu. Stał tu pomalowany na biało stół i dwie pary starych krzeseł zrobionych dawno temu przez jego dziadka. Zeszłego lata jedli tu we troje wszystkie posiłki. A dzisiaj… Oczy mężczyzny zaszły mgłą. Dzisiaj skończy z tym wszystkim. Z tylnej kieszeni spodni wyjął wymiętą paczkę papierosów. Wyciągnął jednego zębami. Po chwili koniuszek papierosa ogarnął pomarańczowy żar. Grafitowa smużka gorzkiego dymu uniosła się w niebo. Powiódł za nią wzrokiem. Ciemnogranatowa przestrzeń była czysta i rozgwieżdżona. Wysoko nad jego głową przelatywał samolot. Umieszczone pod skrzydłami czerwone i białe światła zapalały się i gasły na przemian. Tak bardzo chciał być teraz w tym samolocie, daleko od tego całego bagna. Jak bardzo ci ludzie muszą być szczęśliwi patrząc z góry na wszystkie kłopoty tego przegranego świata – pomyślał. Przez moment w jego głowie zakołatała myśl ,żeby stąd po prostu uciec, szybko ją jednak przegonił. Nie jest przecież tchórzem. Miał tu pracę do wykonania. Coś sobie postanowił. Dziadek ciągle powtarzał mu, że mężczyzna powinien trzymać się swoich postanowień. Uśmiechnął się na to wspomnienie, wypluł niedopałek daleko przed siebie i ruszył w stronę ogrodu. Warzywa mieli zawsze swoje, chociaż ona nie lubiła zajmować się roślinami. Zawsze twierdziła, że nie ma czasu na zabawy w błocie. Teraz wiedział, co tak bardzo ją absorbowało.Minął grządki z marchewką i równe rzędy uwiązanych do tyczek krzaczków pomidora nakrytych folią. W drewnianej szopie za ogrodem trzymali narzędzia. Osunął nogą podpierającą drzwi cegłę i wszedł do środka. Wnętrze wypełniał zapach suchego drewna. Wpadający do środka blask gwieździstego nieba pozwalał na niezłą…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%