Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 15 min czytania

ANIELSKIE OBŁĄKANIE

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

(...)bo to wszystko wygląda, że snem jest tylko, koszmarem bo to wszystko wygląda, że nieprawdą jest bo to wszystko wygląda, że absurdem jest bo wszystko tu niszczeje, gnije i nie masz tu nic trwałego poza tęsknotą za trwałością bo już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem bo wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku bo już nie potrafię kochać ziemską miłością bo noli me tangere bo jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony bo już wycierpiałem bo już zostałem, choć to się działo w obłędzie, najdosłowniej i najcieleśniej ukrzyżowany i jakże bardzo i realnie mnie to bolało bo chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich i świat cały i jeżeli się tak nie stało, to winy mojej w tym nie umiem znaleźć bo wygląda, że już nic tu po mnie (...) *fragment „Listu do Pozostałych” Edwarda Stachury

Usiadła w kącie pokoju skąpanego w ciemności. Nikłe światło latarni wpadało majestatycznie przez okno, ledwo co oświetlając wysoki stół, przy którym rodzina Anny codziennie jadała obiad. Przywołała w pamięci twarze członków rodziny. Mamy, taty i siostry. Jeszcze bardziej przycisnęła kolana do piersi. Po chwili poczuła, że zaczyna się kiwać do przodu, i w tył. Do przodu i w tył. Do przodu i w tył, nie zważając na to, że dłonie, którymi objęła kolana, kaleczą się wzajemnie paznokciami. Do krwi. Nie czuła bólu. Urywki rozmów, jakie cały czas słyszała unosiły ją gdzieś daleko, powodując, że zupełnie straciła cielesność i zaczęła się unosić po nieznanych jej okolicach. W zdematerializowane płuca łapczywie łapała powietrze, a dłońmi machała agresywnie udając ruch skrzydeł ptaków. Wszak teraz czuła się wolna. Wolniejsza od ptaków fruwających po niebie, wolniejsza od koników polnych skaczących po łące, wolniejsza od tych liści, które teraz pomiatane przez wiatr przelatywały z każdym podmuchem z jednej strony ulicy na drugą. Była wolna – przez te kilka godzin kiedy zostawała sama w domu. W głowie miała pustkę, a w ustach smak żelków o zielonym kolorze, na których paczuszkę codziennie czekała z utęsknieniem. -...Czy nie sądzisz, że lepiej byłoby odejść?...- usłyszała cichy głos o zielonej barwie. -...Powinieneś powiedzieć inaczej... łatwiej byłoby odejść... -...To miało być pytanie...- wzburzył się zielony głos i powoli zmienił barwę na czarną. -...A to była odpowiedź... Rozmowa się urwała, lecz głowę Anny szybko wypełniła kolejna. Kobieta zeszła na ziemię i z powrotem znalazła się w ciemnym pokoju jadalnianym, który służył zawsze jako pokój do rozrywki i spożywania posiłków. Noga zaczęła jej energicznie drgać, a gałki oczne powędrowały ku górze. Zawsze tak miała, kiedy przemawiał głos zielony. Zawsze miał w sobie to coś... to coś zielonego. Był inny od tych wszystkich szaro-czarnych postaci, które przewijały się przez jej życie. Przez przypadek przygryzła sobie dolną wargę do krwi. Jakiś głosik zaczął jej coś śpiewać do ucha. Jakaś kołysanka, albo opowieść o szczęśliwym śnie. Wiecznym śnie? Dla niej to było to samo. Marzyła o szczęśliwym śnie – czyli odejściu. Żaden jej sen nie był szczęśliwy. Od wtedy, kiedy skończyła 15 lat – czyli od czasu, kiedy ostatni raz pokazał jej się anioł. Do dziś czuła tą białą szatę i świeże muśnięcie błyszczących jak śnieg skrzydeł, w których znajdowała tak długo ukojenie. Teraz wszystko odeszło, przez pięć lat musiała iść przez swoje paranoje bez pomocnego skrzydła. Przestała się kiwać. I w przód i w tył. Teraz położyła się na zimnym, pachnącym pastą podłogową parkiecie. Dziwne skręcanie w żołądku. Porównywalne do tych słodkich motyli właściwych dla stanu zakochania. Lecz całkowicie inne. Powodujące nie szczęście, ale odruchy wymiotne. Zrobiła orła na śniegu, wśród śmierdzącej pasty. Machała rękami i nogami z całych sił, żeby ją zetrzeć. Nie wyszło. Wstała i otworzyła okno, bo poczuła się jak w klatce. Lodowate powietrze wypełniło pomieszczenie. Zdjęła bluzkę i rozpuściła włosy. Stanęła przed lustrem wiszącym na wschodniej ścianie pokoju jadalnianego. Czarne oczy przenikały równie czarne spojrzenie półnagiej kobiety po drugiej stronie lustra. -Kim jesteś?- szepnęła cicho tłumiąc szczękanie zębów. Kilka liści wpadło do pokoju – do tej pory wolnych, a teraz uwięzionych. Postać za lustrem bezczelnie powtórzyła jej pytanie. -Nie chcesz odpowiadać!?- wyrzuciła z gniewem. Nienawiść spływała z ust i rozpalała wzrok. -...nie chcesz odpowiadać?...- zadrwiła Kobieta. W oczach Anny zapaliły się płomienie złości. W oczach Anny z przeciwnej strony lustra tak samo. Prawdziwa Anna krzyknęła i chwyciła wazon z kwiatami stojący na stojaku na wina. Druga Anna zrobiła to samo, powodując przerażenie drugiej. -Chcesz mnie zabić? -...chcesz mnie zabić?... Prawdziwa Anna przełamała się i rzuciła z całą mocą chińskim wazonem w lustro. Woda i szkło rozbryzgały się po pokoju. Przysięgłaby, że ta druga Anna przed Śmiercią uśmiechnęła się tryumfalnie. Ciekawe czemu? Dobrze chociaż, że nic nie zaśpiewała. Anna nie lubiła muzyki z jej świata. Z tego drugiego też – żadnej muzyki nie lubiła. Może z wyjątkiem Anielskiej Muzyki, którą śpiewał jej Anioł przed snem. Mimo tego, że znała cały tekst kołysanki na pamięć, nie potrafiła jej zaśpiewać, gdyż zdawało się, że jest w zupełnie innym języku. Pogładziła się po alabastrowym ramieniu. Była taka blada – prawie tak jak Anioł. Podeszła ponownie do okna, które już zdążyło się otworzyć na oścież. Na Alabastrze pojawiła się gęsia skórka, a sama Anna poczuła, jakby temperatura jej ciała spadła o kilkanaście stopni. Ale czy to źle? Zawsze miała o wiele za wysoką. Pozbierała wszystkie liście, a potem z kolejnym podmuchem wiatru wypuściła je na wolność. Była szczęśliwa, bo cudownie jest dawać wolność... tylko dlaczego nikt jej tej wolności nie chciał dać. Chwilę spacerowała po pokoju zatrzymując wzrok na każdej fotografii wiszącej na ścianie. Widziała zdjęcie ślubne rodziców i setki pojedynczych fotografii z czasów ich małżeństwa. Była malutka Kornelia, a nawet malutka Anna. Były nawet te zdjęcia, które kilka lat temu kazała schować i poniszczyć. Etap Marcina uważała za zamknięty. Nie widziała go od pięciu lat. Żadnych swoich znajomych nie widziała od pięciu lat... od czasu, kiedy Jej Anioł wybrał inną drogę. Marcina już właściwie nie pamiętała. Wiedziała tylko, że był wysoki, miał bliznę na brzuchu i uwielbiał jak się go gryzło w ucho. Ona nigdy tego nie zrobiła. Może dlatego odszedł Anioł? Pamiętała również, że zawsze pachniał charakterystyczną dla niego wodą kolońską i lawendą. Pewnie od tych okrągłych przedmiotów odganiających mole. Zatrzymała się przy gorącym piecu kaflowym. Przytuliła do niego swoje nagie ciało i nareszcie poczuła ciepło. Twarde kafle przy skórze i płomienie buchające w jego wnętrzu. Znów odpłynęła. -...Czy nie sądzisz, że łatwiej byłoby zostawić to wszystko i pójść do kostnicy?... -...Nie, myślę, że wolałbym pójść w ogień... tak jak ona.... -Ja?- szepnęła w ciemność Anna i przylgnęła mocniej do pieca. Czuła jak wrzące kafle wypalają jej skórę. To czuła! Ale chciała wiedzieć. -...Tak... Niemalże mistyczność wypełniła pomieszczenie i pomieszała się z szaleństwem, które do tej pory wypełniało pokój jadalniany. -Ja nie idę w ogień!- krzyknęła w ciszę. Drewno w piecu zaczęło strzelać, na tyle głośno że Anna energicznie od niego odskoczyła. Jak w amoku podbiegła do okna i zaczęła wdychać mroźne, listopadowe powietrze. Coś zaczęło ją kłóć w płucach. Oparła się łokciami o parapet okienny. Spojrzała na zewnątrz. Bogaty dom, z którego parteru wygląda…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
ANIELSKIE OBŁĄKANIE — czytnik · opowiadania