Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 38 min czytania

Anielskie zapiski cz1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

* Miał to być pierwszy z najpiękniejszych i najbardziej wyczekiwanych dni w karierze każdego pracownika: długi urlop i awans na upatrzoną wcześniej pozycję. Miał, ale niestety nie był. W marzeniach byłem już wyciągnięty na leżaczku, leniwie sącząc drinka z palemką, delektując się ciekawą książką, którą wreszcie miałem czas przeczytać... Krótkie zdanie: „Szef cię wzywa” sprowadziło mnie z impetem na ziemię. A wszystko przez jedną nieznośną dziewczynę! Pozwolę sobie jednak zacząć od spotkania z moim przełożonym, zarysowując jednocześnie obraz sytuacji.

- Pan mnie wyzwał? – rozejrzałem się dyskretnie po pokoju mojego szefa. Jak wszystkie gabinety urządzony był z prostotą, w odcieniach ciepłych beżów. Ściany w kolorze bitej śmietany (tak przynajmniej nazywała ten kolor nasza Specjalistka od Wnętrz) odcinały się od marmurowej podłogi w odcieniu czekoladowym. Na środku leżał jasny, puchaty dywan, nadający szlachetności gabinetowi. W środku nie było osób postronnych, co oznaczało standardowe spotkanie podczas prowadzonej sprawy. Tyle że ja żadnej akurat nie prowadziłem. - Tak, wejdź proszę – odkaszlnął i spojrzał na mnie z troską. Zaniepokoiłem się. Wszedłem do środka i spojrzałem na proste, drewniane biurko zajmujące większość pokoju. Znajdowało się tam niewiele przedmiotów – klepsydra, kałamarz z gęsim piórem, kilka bardziej nowoczesnych przyborów do pisania oraz całkiem spora sterta akt. – Wiem, że właśnie zaczynasz zasłużony urlop… - tłumaczył szef, szybkim ruchem ręki odpędzając sekretarkę, która zajrzała do środka. – Jest ci on niewątpliwie należny, podobnie jak i awans, lecz zaistniały pewne okoliczności, które wymagają ręki specjalisty w tej konkretniej dziedzinie.

Nie bardzo mi się to podobało: ton głosu wskazywał na to, iż nie ma cienia szansy na wymiganie się od sprawy, a wzmianka o awansie dyskretnie sugerowała ważność zadania. Wiedząc że wszelkie protesty są z góry skazane na niepowodzenie, postanowiłem nie tracić czasu. Poza tym mój przełożony nigdy nie nadużywał swojego autorytetu i byłem przekonany, że nie chciałby tego robić teraz.

Spojrzałem tylko zbolałym wzrokiem w górę, na znak jak bardzo jest mi to nie na rękę i zapytałem lekko załamany: - No dobrze, więc w czym problem? Po zazwyczaj surowej twarzy mojego szefa przemknął lekki uśmiech, a w oczach błysnęło ożywienie, jak przy każdym większym wyzwaniu: - Jest pewna dziewczyna, powinieneś ją znać. Do niedawna wszystko wydawało się być w porządku, przynajmniej według raportów Damiela, lecz ostatnio wyszły na jaw jego krętactwa i zdecydowaliśmy się na zmianę Opiekuna. Jednak było już za późno: nasze wysiłki szły na marne, a kolejni pracownicy z wyższymi stopniami wtajemniczenia, nie dawali sobie rady. Sprawa jest delikatna, wymaga ręki fachowca – najkrócej to ujmując: ciebie. - Ale gdzie tkwi problem? – kręciłem głową z niedowierzaniem, z reguły pierwsze kilka zdań opisywało idealnie zaistniałą sytuację. Tutaj jednak chyba był kłopot. - Cóż, ona ma chyba lekką depresję... Uniosłem brwi w górę, zdumiony takim posunięciem – tego typu zadania zazwyczaj otrzymywały ekipy specjalne. - No dobrze, może to słowo nie specjalnie pasuje... – Mój przełożony rozpoczął nerwową przechadzkę po gabinecie, postanowiłem więc usiąść wygodnie, w oczekiwaniu na najwyraźniej interesujące informacje. – Załamanie nerwowe? Totalny brak chęci do życia? Kompletna izolacja, marazm i życzenia wszystkiego najgorszego dla całej ludzkości? To chyba odpowiednie słowa. Najgorsze jest w tym to, iż o wszystko oskarża nas! – zakończył, wbijając we mnie wzrok pełen zdumienia i przerażenia jednocześnie. Kawa, którą spokojnie popijałem bujając się w fotelu, nagle stanęła mi w gardle z przerażenia, wywołując atak nagłego kaszlu. – Jak to NAS?!?!?! Skąd ona o nas w ogóle wie?!?! - Mówiłem przecież, że to sprawa specjalnie dla ciebie, no i fakt że ją znasz... – Eleganckie pióro, które dotychczas spokojnie spoczywało na biuru rozpoczęło slalom pomiędzy palcami szefa, przechodząc następnie w salta i obroty. Zastanowiłem się przez chwilę: rzeczywiście jakieś piętnaście lat temu miałem do czynienia z „widzącą”, ale wtedy było to małe dziecko... Fakt: dzieci rosną. Chyba mi to jakoś umknęło. Wizja palemek i odpoczynku rozwiała się jak mgła, w obliczu nowego wyzwania. Na moje nieszczęście takie sprawy zawsze budziły we mnie odruch natychmiastowego działania. – To co o niej wiemy? Jakieś przyczyny? Diagnoza? Co się stało? Mamy jakieś dane? - Wiedziałem, że przyjmiesz tą robotę i nie zostawisz nas w opałach – szef wyciągnął w moją stronę zauważone wcześniej teczki, która zawierała pliki dokumentów starannie poskładanych w teczkach. – Tu są wszystkie informacje o dziewczynie, ma na imię Hanna, jej otoczeniu oraz raporty poprzednich Opiekunów. Tych od Damiela nie bierz bardzo pod uwagę – dodał lekko zawstydzony - nie wiemy jak bardzo je ubarwiał. Można na tobie polegać: dziękuję Gabrielu, naprawdę to doceniam – słowa poparte zostały przyjacielskim ściśnięciem ramienia i delikatnym nakierowaniem w stronę drzwi. - A co z moim urlopem? – przypomniałem sobie radosne wizje z przed kilkunastu minut. - Cóż... Po zakończonej akcji możemy wrócić do tego tematu – mówiąc starał się nie patrzeć w moją twarz. – Nie masz wyznaczonego terminu zakończenia, dostosujemy się do ciebie. No to idź już do pracy – poklepał mnie po plecach wypychając ze swojego gabinetu. Co mi pozostało? Smętnie pokiwałem głową i powlokłem się do mojego biurka, niosą stosy dokumentów i żegnając się na jakiś czas z palmami, leżakami i słodkim nic nie robieniem. Jednak po krótkiej chwili doszedłem do wniosku, że po pierwsze „nic nie robienie” nie leży w mojej naturze, więc prawdopodobnie po kilku godzinach umierał bym z nudów, a po drugie powierzenie odpowiedzialnego zadania łączyło się z pewnym uznaniem moich umiejętności. To był dla mnie pozytywny bodziec. Postanowiłem przestudiować dokumentację zanim młodsi koledzy przyjdą udzielać informacji o swojej podopiecznej. Mógłbym się nie połapać w sprawie, a nie o to chodzi.

I tak to właśnie wyglądało, zanim po uszy wpakowałem się w tą historię. Coś Cię dziwi? Ach no tak, nie wspomniałem nic o moim zawodzie, już to naprawiam. Nazywam się Gabriel Ryszard Zygfryd Henryk III, Anioł Stróż z poziomu V dla specjalnie wtajemniczonych. Teraz już chyba wszystko jasne, nie? Pewnie nie do końca. Już widzę jak się uśmiechasz pod nosem Czytelniku, wyobrażając sobie mnie w powłóczystej szacie, z aureolą i skrzydełkami po bokach. Owszem: od święta czy na specjalną okazję, czemu nie? Wyjmujemy szatki, uwalniamy skrzydła, które na co dzień, dla wygody doprowadzone są do minimalnych wymiarów, niektórzy wyjmują nawet miecze czy inne akcesoria. Ale na co dzień, jest to strój naprawdę niewygodny. Biorąc przykład z Was, ludzi śmiertelnych, do pracy chodzimy w spodniach i koszulach (to wersja oficjalna) lub w podkoszulkach (to już bardziej luzacka wersja). Ach tak, aureoli też nie nosimy na co dzień. W rozróżnianiu stopni pomaga nam kolorystyczny kod ubrań. Początkujący mają przyporządkowany kolor szary, poziom niższy, czyli praktykanci używają koloru jasnoniebieskiego, a im dłuższy staż, tym kolor ciemniejszy. Osoby na stanowiskach już dość poważnych noszą ubrania w kolorze kremowej bieli. Tutaj zróżnicowanie w hierarchii oznakowane jest patkami w odcieniach niebieskiego, oczywiście im wyższy tym ciemniejszy. Natomiast w czystej bieli chodzą osoby postawione najwyżej w całej naszej społeczności. Tak zwane „szychy”. Zastanawiasz się teraz zapewne, czy między nami są kobiety. Zwłaszcza zdecydowane feministki są zapewne zainteresowane tym faktem. Oczywiście, że są! Zasada była taka, że śmiertelnik płci męskiej za Opiekuna ma Anioła – kobietę i odwrotnie. Jednak po reformie, kiedy podzielono nas na dystrykty, a następnie na dywizje, oraz utworzono specjalne zespoły do spraw osób zagubionych, z trudnościami z przystosowaniem do życia w społeczeństwie czy pogrążonych w depresji, większość Aniołów płci żeńskiej właśnie tam się przeniosła. No i jeszcze do zespołu dziecięcego oczywiście. W moim dystrykcie, z tego co mi wiadomo, nie było raczej żadnych kobiet – obrały sobie inne zadania, choć to zawsze mogło ulec zmianie. Teraz już chyba wszystko wyjaśniłem? Nie? No cóż, chyba nawet Anioł na etacie ma prawo opublikować swoją historię. A że jest to nieco inne spojrzenie na rzeczywistość? Trudno.

Akta były grube: Damiel, jaki był taki był, ale zawsze starał się być dokładny. Rozłożyłem jedną z teczek i zabrałem się za czytanie. O dziewczynie wiedziałem tyle, że była „widząca” czyli potrafiła zobaczyć swojego Anioła Stróża, co zdolniejsze osoby widziały także Opiekunów innych ludzi. Z czasem jednak zatracały te zdolność, zwłaszcza gdy świat materialny coraz bardziej wciągał je do swego zaklętego koła. Tu jednak był wyjątek i należało mu się przyjrzeć. Rozpocząłem od teczki o tytule <Kamienica>.

** „Pomimo tego, że dom mieścił się w samym centrum miasta, przy jednej z jego głównych ulic, nie prezentował się wspaniale. Właściwie cała uliczka wyglądała na przykurzoną, jakby Ojciec Czas zapomniał o tym miejscu przed wielu, wielu laty. Jedynie pierwszy z budynków, stojący frontem do Głównej Ulicy był olśniewający i całkowicie nie pasował do otoczenia. Jednakże, jako siedziba jednego z bardziej znanych banków, musiał robić dobre wrażenie na przechodniach i klientach.

Przeszedłszy kilka kroków dalej uliczką Przyciasną można było ujrzeć inny świat: niskie kamienice czynszowe stały jedna przy drugiej, jak za dawnych lat, i tylko widoczne na nich zniszczenia świadczyły o upływającym czasie. Tynk był odrapany, gdzie niegdzie przeświecały gołe cegły, drzwi skrzypiały i nie trzymały się najlepiej zawiasów, jakby chciały się wyrwać na wycieczkę. Okna, często brudne i naprawiane ręką amatora wychylały się na zewnątrz, w niemym wołaniu o pomoc, straszyły dyktami wstawionymi zamiast szyb lub urywającymi się okiennicami. Nasza kamienica znajdowała się po prawej stronie za pięknym budynkiem, jako trzecia w kolejności, patrząc od Głównej Ulicy. Okolica nie cieszyła się dobrą sławą, zatem i dom nie wyglądał najlepiej. Dozorczyni przychodziła raz na kwartał, zmuszana niemalże siłą przez administrację, nigdy sama; zawsze przyciągała jakiegoś opryszka ze sobą. „Na obronę” – jak mówiła. Dom miał dwa piętra plus parter, na każdym dwa mieszkania – przynajmniej tak się zdawało na pierwszy rzut oka. Jednak po kilku godzinach obserwacji można było zauważyć większą ilość rodzin, niż wskazywała na to ilość mieszkań. Wynikało to z faktu podziału części z nich na dwa osobne, gdzie kuchnia i łazienka były wspólne, a rodziny miały do własnej dyspozycji po jednym pokoju. Ta spuścizna z lat powojennych, gdy lokale były przydzielane na co najmniej dziwnych zasadach, niektórym dość mocno ciążyła, niektórzy zdołali się przyzwyczaić. Nie był to jednak standard w tej okolicy.

Jeśli ktoś zdecydowałby się przejść przez frontowy budynek, lub też minąć starą, walącą się już bramę, wszedłby na Podwórze – centrum życia mieszkańców tych kamienic. Świadczyły o tym dwie stare, wyliniałe kanapy stojące pod oknami oficyny, gdzie przeżywały swoją drugą młodość. Obok zaś stał utykający stolik, podreperowany tak, aby szklanki z herbatą się z niego nie zsuwały. Z oficyny, czyli budynków stojących w drugiej linii utrzymał się tylko parter, lecz i on groził zawaleniem. Pozostawione kikuty ścian zostały już prawie rozebrane przez lokatorów, którzy używali ich jako środka do bieżących napraw w swoich własnych mieszkaniach. Za obszarem ruin znajdowało się niewielkie wzniesienie – wysokie na tyle, aby oddzielić od siebie dwa różne światy. Na wzgórku bowiem wybudowano prestiżowe osiedle, zaopatrzone we wszelkie luksusy, ogrodzone parkanem oraz drzewami i krzewami, aby nie było widać Podwórza. Jednakże uparta osóbka mogła ominąć drzewa, wyjąć kilka prętów z ogrodzenia i zjechać po trawie na Podwórze. To wszystko pod warunkiem, że ten ktoś tego naprawdę chciał. A niewielu było takich”.

Wziąłem do ręki następną teczkę – nie zraził mnie sposób pisania raportu; sam często wolę wersje literackie od tych rzeczowych i bardzo rozsądnych. Najwyraźniej Damiel miał podobne podejście do tematu.

<Lokatorzy> „Na parterze mieszkały dwie rodziny i jeden stary kawaler. Rodziny były zwykłe, ubogie – mąż, żona i dwójka dzieci. Dzieci były średnio w wieku 5 – 7 lat, lecz nic nie wskazywało na to, aby wybierały się do szkoły. Może były jeszcze za młode? Kawaler to mężczyzna grubo po pięćdziesiątce, nazywany przez wszystkich Heniem. Nie był do końca zrównoważony psychicznie – przez jakiś czas przebywał w specjalistycznym ośrodku, jednak (w ramach cięć budżetowych) stwierdzono, że nie jest niebezpieczny dla otoczenia i może swobodnie przebywać pośród ludzi. Niestety nie wzięto pod uwagę napadów szału lub złego samopoczucia, które to skutecznie utrudniały życie mieszkańcom kamienicy. Potrafił na przykład w środku nocy włączać muzykę na cały regulator, ponieważ czuł się samotny. Nieszczęśnikowi, który zdecydował się kiedyś na radykalny krok i wezwał policję, wybił szyby w oknach, a następnie przez kilka godzin ścigał z siekierą, czego efektem były trzy stracone zęby, w tym jeden u Henia. Nie wiem co się dzieje z jego Opiekunem, który rzadko kiedy interweniuje. Sugerowałbym kontrolę działania Opiekuna.

Na pierwszym piętrze mieszkał starszy pan o imieniu Zygmunt. Na starość trochę przygłuchł, nieco seplenił i miewał ataki sklerozy, jednak nadal wyglądał dystyngowanie. Co niedziela zakładał elegancki frak, do tego melonik i laseczka. Tak przygotowany szedł do kościoła na mszę – zawsze na dwunastą w południe. Było coś intrygującego w tym staruszku, zwłaszcza że nikt nie znał jego przeszłości, choć mieszkał w tej kamienicy ponad trzydzieści lat. Jego sąsiadką jest młoda dziewczyna – Hanna – pracująca jako sekretarka, czasami także opiekunka do dzieci. Jest to osoba raczej skryta, tak zwana „szara myszka”.

Na trzecim piętrze, podobnie jak na parterze, jedno mieszkanie należało do dwóch różnych rodzin, z ta różnicą, że na parterze ludzie mieszkali tak od wielu lat, gdyż taka własność była zapisana w spółdzielni, natomiast młode małżeństwo z trzeciego piętra zdecydowało się na wynajem jednego pokoju, aby podreperować skromny budżet. Państwo Ziółkowscy nie zarabiali wiele – obydwoje nauczyciele, ona na urlopie wychowawczym opiekowała się małą Lolą. Dziewczynka nie miała jeszcze roku, a rosła jak na drożdżach. Pokoik wynajmowali młodemu studentowi – wysokiemu szczupłemu młodzieńcowi, którego treść życia wypełniały książki. Zajmowały one zdecydowaną większość jego skromnego pokoju, przy czym podręczniki stanowiły niewielki z nich ułamek. Wszystko było dokładnie skatalogowane i w miarę możliwości uporządkowane. Jan, bo tak miał na imię, studiuje polonistykę, jest chyba na czwartym roku. Czyta dużo, w bibliotece pojawia się praktycznie co drugi dzień, chyba że uda mu się coś przeczytać szybciej – wtedy pojawia się już następnego dnia. Oprócz kryminałów, literatury fantasy oraz książek historycznych wraz z kanonem obowiązujących lektur, chłopak od czasu do czasu czytał romanse. Nie zwykłe bohomazy – mało realne opowiastki do poduszki dla sfrustrowanych gospodyń domowych, lecz klasykę lub komedię, często opierające się na źródłach historycznych, z porządnym warsztatem pisarskim; jednak nikomu nigdy nie zdradził tej małej tajemnicy. Naprzeciwko mieszkała starsza pani, która praktycznie nigdy nie wychodziła z domu. Zakupy i opłaty należały do obowiązków Jana, który chętnie się ich podjął – w jego sytuacji każdy pieniądz był ważny, większość bowiem szła na uzupełnianie kolekcji. Dodatkowo oprócz pieniędzy dostawał kanapki na wykłady czy nawet obiad do odgrzania w swoim pokoju.

Ogólnie rodziny te żyły w jako takiej symbiozie i spokoju, zakłócanej od czasu do czasu przez złośliwego Henia. Budynek pod stałą pieczą Zygfryda z IV poziomu, raporty i przeglądy w załączniku, sporządzane na ostatni dzień każdego miesiąca.”

Postanowiłem sięgnąć do tych raportów, aby dokładniej zapoznać się z sylwetką mojej nowej podopiecznej, pomyślałem że zabierze mi to trochę czasu...

*** Na zewnątrz było zimno i ciemno – typowy listopadowy wieczór, kiedy twoją jedną myślą jest zaszycie się w ciepłym łóżeczku, z gorącą czekoladą w jednej dłoni i ciekawą książką w drugiej. Niestety nie wszyscy byli w tak komfortowej sytuacji – choć przynajmniej w tramwaju było trochę cieplej niż na zewnątrz. Szkoda tylko, że nie każdy kierowca komunikacji miejskiej zauważał, że ujemne temperatury utrzymują się już od dwóch tygodni. Z reguły zapominali oni włączać ogrzewanie – pomijając swoje kabiny oczywiście… Hania siedziała wtulona w siebie, żeby utrzymać jak najwięcej ciepła. Jej szary płaszcz pamiętał wiele zim, lecz nigdy nie był tak ciepły, żeby ją ogrzać. Z upływem lat jego właściwości tylko się pogarszały. Naciągnęła mocniej kaptur, a dłonie w przetartych rękawiczkach schowała do przydługich rękawów. W tramwaju powoli robiło się tłoczno, niewątpliwy znak, że zakończył się kolejny dzień pracy. Dziewczyna wpatrywała się tępo w okno, a jej myśli nie były zbyt różowe. - Jaki jest sens życia? Wszyscy wszystkich wykorzystują, nikt nie zwraca uwagi na innych, każdy stara się wyciągnąć z tego wielkiego tortu jakim jest nasze życie przynajmniej kawałek dla siebie. A gdy jesteś nikim, skazanym na szarą egzystencję pionkiem w grze, to po co w ogóle się starać, po co żyć? Z tych poważnych rozmyślań wyrwała ją czyjaś brutalna ręka. - Może byś ustąpiła starszym od siebie? Jesteś młoda, stanie dobrze ci zrobi! Hania spojrzała półprzytomnie na starszego pana, który wymachując laską inwalidzką, starał się znaleźć sobie miejsce do siedzenia. Pech chciał, że trafiło na nią. Przez moment gdzieś tam w podświadomości błysnęła iskierka buntu, oczy powędrowały w poszukiwaniu miejsca dla osób uprzywilejowanych, lecz lata życia w posłuszeństwie wobec starszych osób odniosły swój skutek. Dziewczyna wstała i bez słowa ustąpiła miejsca wrzeszczącemu mężczyźnie. Spojrzała tylko przez chwilę w jego oczy i dostrzegła tam ten sam błysk, który towarzyszył jej przez kilkanaście lat życia. Zmarnowanego życia. Ale dzisiaj wszystko miało się zmienić, ten dzień, najważniejszy w roku, miał być ostatnim takim dniem w jej smutnej, bezbarwnej rzeczywistości.

Tramwaj wreszcie dotoczył się na ostatni dla Hani przystanek, jeszcze kilkanaście kroków i będzie w domu. Jednak ta myśl nie napawała jej zachwytem, budziła raczej niechęć i znużenie. Szybkimi krokami weszła w uliczkę i po chwili weszła do kamienicy, odruchowo spojrzała do skrzynki, choć nigdy w życiu nie dostała żadnego listu, a rachunki płacone były za pośrednictwem jakiegoś biura. Tymczasem w skrzynce leżał list: piękna ozdobna koperta, z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Anielskie zapiski cz1 — czytnik · opowiadania