Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 11 min czytania

Aniij już tutaj nie mieszka.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Aniij Fortrock niosła tacę. Szła równo a tacka nawet nie drgnęła. Nie mogła drgnąć. Przecież Akn Ad'Farroth Viss Deteroth, jej pan, nigdy nie przystałby na taką niekompetencję. Aniij weszła powoli do pokoju gdzie dwoje elfów zażywało, jakże niezrozumiałej dla niej, konwersacji. Widać było jak napawają się każdym słowem, udawali nie zauważać zbliżającej się dziewczyny. Udawali. W rzeczywistości rozmowa wznosiła ich na wyżyny zadowolenia, gdyż dostrzegali jak niezrozumiały dla niej elfi język wprawia ją w zakłopotanie. Zielonooka, speszona, dziewczyna czym prędzej po tuptała ze swoją tacką w stronę konwersujących. Odstawiła ostrożnie tackę z parafką i dwoma kielichami. Odstąpiła na krok, ukłoniła się i zadowolona z braku karcącego spojrzenia właściciela ruszyła ku wyjściu. Wyszła z biblioteki, przebiegła salon i wpadła do kuchni. Czym prędzej zdjęła swój biały fartuch, skrzętnie w owej białej czystości utrzymywany ale bowiem każda plamka mogła stanowić o karze, odetchnęła z ulgą. Ogarnęła ją euforia, błogie, niedające się opisać uczucie spływające na nią za każdym razem gdy mogła opuścić dworek Akn Ad'Farroth Viss Deteroth'a. Przed samym wyjściem zatrzymał ją kucharz pracujący w ów kuchni, jak zresztą można było się domyślić. Dość obszerny brunet z obfitym zarostem i nosem do złudzenia przypominającym kartofla od którego zresztą wziął się jego pseudonim. Kartofel. Jego fartuch bynajmniej nie był najczystszym. To już żeś ma skończyli ? - spytał swym miłym acz stanowczym basem – hę ? A już już. Nie trza uszastemu wszak żadnej pomocy. A mi się tam na siłę ku niem pchać nie lza. Ot co. Zważaj co gadasz – zagroził jej palcem, w formie żartu rzecz jasna – bo jeszcze uszasty tu wleci i ci tyłek przetrzepie. Ha Nie odpowiedziała. Dotknęła delikatnie pleców. Nadal czuła każdy raz wymierzony jej zeszłego dnia pejczem do poganiania konia, za karę. Kartofel zrozumiał swój błąd, pamiętał zajście. Wstydził się przecież do dziś swojej postawy tamtego dnia. Uśmiechnął się lekko, po czym odkrajał kawałek słodkiej bułki leżącej na, zakrytym mąką stole. Łap – zawołał, rzucając w jej stronę – należy ci się przecie. Ot co ! - odkrzyknęła, wybiegając z kuchni. Wpadła na brukowany dziedziniec dworku. Minęła odźwiernego, małego, łysego jegomościa i trafiła na ulice. Chciwie połknęła w biegu bułkę i już była tuż-tuż obok swego domu. Nie zatrzymała się, zwolniła jedynie by odpowiedzieć matce, która była na podwórku, pieliła grządki. A dokąd to ? - powiedziała unosząc się znad grządek – Za chwilę jemy. Ja tylko na chwilkę – odpowiedziała delikatnym, proszącym, melodyjnym głosikiem – Do Thoot'a idę, na momencik. Dobra, - zagroziła jej palcem – ale na kolację masz być z powrotem. Skinęła głową. Biegła. Wieś w której mieszkała była raczej mała, już wkrótce była na obrzeżach. Minęła ostatni, należący do rodziny Krakenthersów dom, znalazłszy się na płaskowyżu górującym nad wioską, zwolniła. Wystające tu i ówdzie kamulce i głazy nie pozwalały jej na zbytnie szarżowanie po zboczu. Nie martwiło jej to jednak ale bowiem miała już w zasięgu swych zielonych oczu chatę Thoot'a. Miejsce do którego zmierzała. Sam Thoot stał, jak zwykle podpierając się laską, tuż-tuż nad krawędzią zbocza. Słońce znajdowało się nieomal nad jego głową, każde więc spojrzenie bolało. Kuło w oczy ostrym, jasnym światłem. Stanęła przed nim zdyszana, spocona, zadowolona z siebie. Koniec końców dopięła swego, dziś zdążyła dobiec przed zachodem. Słony pot spłynął po policzkach wprost na wargi. No no, - zaczął Thoot, starzec o krótkich, szarych włosach i obfitym zaroście – dopięłaś swego, kocie. Brawo, ale to nie koniec. Ba, to dopiero początek, wszak pamiętasz o naszej umowie ? Pamiętam, pamiętam – wzięła się pod boki – dlaczego miałabym niby zapomnieć ? Ho ? To dlatego żem dziewczynka ? Ja ci jeszcze pokaże, zobaczysz jak skończę ćwiczyć to pokonam wszystkich, brata, ciebie i nawet... Nawet elfy ! Ha ! No – przerwał jej ostro – bacz na słowa. Wiesz, że oni nie zdzierżą takiego gadania. A teraz biegiem po miecz, nie trzeba ci przecież odpoczynku, hę ? Przecież zwykłemu chłopakowi nie trzeba by było. Jasne, że nie trza – parsknęła – Jestem rześka, że ho ho. Nie była. Mimo to z entuzjazmem malującym się na twarzy pobiegła po miecz. Był tam gdzie zawsze, w atrapie ławki wykonanej z przepiłowanego w pół pnia, pod siedziskiem. Miecz był już przestarzały. Tak klinka jak i rękojeść były przerdzewiałe, głowica nadłamana. Ząb czasu odgryzł się na nim dobitnie. Mimo to świetnie się sprawował podczas ćwiczeń. Gdy wróciła zza chaty gdzie stała ławka, starzec siedział już na kamieniu, zadowolony z wykonanej przez się, dnia zeszłego, kukły służącej do treningu. Dał jej znak, więcej nie potrzebowała. Ruszyła na słomianego przeciwnika z całą energią jaką zdołała jeszcze z siebie wykrzesać. Uderzała z całych sił lecz manekin ni myślał dać się przeciąć czy choćby obalić. Źle – Thoot pokręcił głową – za wolno, za długo przechodzisz z cięcia do uniku i z dźgnięcia do parady. Nic na to nie poradzę – wydyszała, pot dostał się do ust, był słony – nie da się szybciej. Choćbym flaki se tu wypruła szybciej nie dam rady. Dasz rade, - głos miał szorstki, lecz tajemniczo motywujący – Tylko musisz zaakceptować ostrze, musisz zrozumieć,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Aniij już tutaj nie mieszka. — czytnik · opowiadania