Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 11 min czytania

Anioł Coomaty, czyli (nie)ziemska metamorfoza

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ech życie, życie… Nie ma co kryć, że… no, nie układa mi się finansowo najlepiej. Krzywe to koło fortuny. Niby się kręci, ale nic z tego dobrego nie wynika. Chyba zwycięstwo jest na zakrzywieniu koła. A może czasoprzestrzeni?

— Ech, mój Boże – westchnąłem. – Czemu mnie tak doświadczasz?

— Dałbyś mi spokój, co? – odezwał się Mójboże. – Mów cicho, kaca mam.

I bądź tu człowieku bogaty!

Rzeka jest dziś spokojna, ale stanowcza. Nurt przepycha się między moimi stopami, szemrze coś w gałęziach zwalonego drzewa. Lotnicy znowu ćwiczą moją cierpliwość, krążąc nad wodą. Czy muszą w niedzielę? Cały tydzień mają na naukę, psiakrew. Diabli ich nadali.

— To moja wina.

Usłyszałem głos. Dochodził ze wszystkich stron, odbijał się echem, dudnił. Z niebios? Chyba nie Boga. Trochę zbyt młody. Kojarzył mi się z naburmuszonym chłopcem. Ale skąd? Kto mówi? Wokół nikogo. Niebiosa zwarte.

— Przepraszam.

Pojawił się. Na powalonym drzewie siedzi… Anioł? Przecieram oczy - Anioł. Mrugam - Anioł. Potrząsam głową - Anioł. Skulony, z opadłymi skrzydłami, smutny.

— To przeze mnie. — Wycierał nos rękawem. — Przepraszam.

Podałem mu chusteczkę. Zatrąbił. Odgłos niósł się dudniąco po całym terenie. Aż się skuliłem. Coś gdzieś gruchnęło albo mi się zdawało. Oczy miał mokre, usta w podkówkę. Spojrzenie zawiedzionego psa. Piękna choć smutna twarz. Młody, wielki, wspaniała prezencja, imponująca postura, gdyby nie ta rezygnacja.

— Mógłbyś wyłączyć reverb? — poprosiłem. Patrzył zdezorientowany. — Chodzi mi o pogłos. — Anioł sięgnął pod pachę. — I surround też, poproszę.

— Dolby stereo 5.2 — uśmiechnął się nieśmiało. — Siedem kanałów audio. Najnowsza wersja. — Znów posmutniał. — Taki tam… gadżet.

— Mówiłeś, że coś przez ciebie... A co konkretnie?

Oddał mi zmiętą chusteczkę. Co ja mam z nią zrobić? Przecież higieniczna jest. Anioł nie Anioł — jednorazowa. A, tak. Nie ma kieszeni. Rozumiem. Dobrze, ja schowam.

— Wszystko. — powiedział. — Jestem twoim Aniołem, mam się tobą opiekować, wspomagać cię, ale… ale ja mało zdolny jestem. Źle mi idzie z tym anieleniem. Wciąż się mylę, nie to ci zsyłam, co powinienem… Kumasz? – Spojrzał. Ale smutny! – Przepraszam. — Pokręcił głową. Patrzył na rzekę. — Już w szkole było źle. Wciąż się spóźniałem albo zasypiałem na lekcjach, bo nudy straszne! Wierz mi. Przepychali mnie z klasy do klasy, żeby nie zaniżać średniej naszej szkole. Mówiłem, że się nie nadaję, że nie chcę. Ale oni, tam, na górze, nie słuchali. Gadali tylko wciąż o wstydzie, lenistwie… Krzyczeli na mnie, kręcili głową, skrzydła załamywali i przepychali. Potem na siłę przypięli mi te pióra i wysłali na praktyki do Starego, tak nazywaliśmy jednego z najbardziej doświadczonych nauczycieli. Starał się, bardzo, ale ja taki mało kumaty jestem i wciąż mi się wszystko myliło. — Spojrzał na mnie i rozpłakał się. — Przepraszam.

Biedny – roztkliwiłem się. Podałem mu chusteczkę. Dmuchnął z całych sił. Poleciała do wody. Gdzieś coś załoskotało w oddali. Starał się rękoma zetrzeć smarka ze spodni. Rozmazał. Mocniej się rozpłakał.

— No widzisz?! — krzyknął zeźlony.

Usiadłem obok. Objąłem go serdecznie.

— Nie jest aż tak źle. Przesadzasz. Sporo w życiu mi się udało. Hej. Usz… Skrzydła do góry. No!

— Mówisz tak, by mnie pocieszyć, a ja wiem, że jestem do d… — Zerknął w górę przestraszony – Do bani. Jutro złożę rezygnację. Rzucam tę robotę. Wkur… Wkurza mnie, bo wszystko nie tak. A ty zasługujesz na więcej. Mimo wieku.

— Dzięki — mruknąłem.

— O widzisz?! Ja zawsze muszę coś chlapnąć. Pier… chrzanię to. Zawiodłem cię. Może nie wiesz tego, ale ja to wiem. Nie nadaję się. Nie nadaję… — Płakał. Zgarbił się jeszcze bardziej.

— Uspokój się! — powiedziałem mocno, po męsku, ojcowsku. — Weź się w garść, do diabła! Dasz radę. Potrzebujesz czasu, żeby się doskonalić. Poddawanie się nic tu nie da. Masz misję i już. Co mógłbyś innego robić? Przecież jesteś Aniołem.

— Chciałem… — Chlipał. – Chciałem… — Spojrzał na chusteczki w moim ręku. Wyciągnął jedną i zatrąbił. Gdzieś coś się posypało. Mam nadzieję, że tynk, nie mur. – Chciałem zostać… piosenkarzem… – Rozpoczął ryczytal.

Biedny Anioł. Taki nieszczęśliwy. Chyba jest ofiarą systemu. Z czułością patrzyłem na dawno nieczesane skrzydła, brudne trampki, zaschnięty ketchup na suknie pod brodą. Pewnie kapnęło z hot doga – pomyślałem.

— Masz wspaniałą misję. Weźże się już wyprostuj, no! — Klepnąłem go w plecy. Pomogło. — A wypełniając ją, możesz śpiewać. Mnie to nie przeszkadza. — Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Serio — powiedziałem. Znów oklapł. Nie uwierzył. Może śpiewa disco polo?

Nie wiedziałem, jak go podnieść na duchu. Westchnąłem bezradny.

— Te, Anioł! — Zrobiło mi się gorąco. Za mną stał Diabeł. Dłubał w zębach końcówką ogona. — Show must go on, czaisz? — Beknął. — Nie jesteś może orłem, ale zmyły masz takie, że wydrapałem sobie kudły na dupie przez ciebie. — Podrapał się po zadku. — I nie pieprz, tfu!, nie pierdol mi tu o dymisji tylko wstawaj i do roboty. Jeszcze stracę przez ciebie premię. — Chwycił jeden pośladek, odchylił, wypiął się troszkę, cichutko pierdnął. — Pardonsik.

— Ty jesteś moim Diabłem? — spytałem.

— Mów mi Bubek. Do usług. — Wyciągnął rękę. Uścisnąłem.

Naszła mnie ochota, żeby zaciągnąć Bubka na piwo i pogadać, ale przypomniałem sobie o smutnym Aniele.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%