Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 48 min czytania

Anioł i wilk

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Elziach wybiegł na główną ulicę i rozejrzał się w poszukiwaniu ukrytych kolegów. Powinno być łatwo ich wypatrzeć, ubrania mieli ciemne, a wszystko dookoła było pokryte grubą warstwą śniegu, ale na takim odludziu nie było dużo do roboty, więc dzieci często zajmowały się tą właśnie zabawą, co sprawiło, że byli doskonali w ukrywaniu się. Ulica była całkowicie pusta, a przy drewnianych domach nie zdołał dojrzeć żadnego z nich. Wydało mu się, że na krańcu wioski dostrzegł małą postać przebiegającą na drugą stronę drogi, więc ile miał sił w nogach puścił się biegiem w tamtą stronę. Nie dostrzegł nikogo, jednak stanął jak wryty i zaczął nasłuchiwać. Z lasu, przez który droga biegła na południe, ku bardziej zamieszkanym terenom, dobiegły go jakieś głosy. - Panie, domy przed nami. To musi być ta wioska. – Pierwszy z głosów był wyprany z emocji, zimny niczym wszechobecny tutaj lód. - Nareszcie. Zaczynałem być głodny. – Następny był niski, przywykły do wydawania rozkazów - Oczywiście, że nareszcie. Kurwa, już mi stópki odmarzły. – Trzeci zdecydowanie należał do kobiety. - Adriet, nie przeklinaj. - Tak wiem, damie nie przystoi. Ale damy nie jeżdżą w takie miejsca. - Od kiedy to narzekasz na temperaturę? - Po prostu nie byłabym sobą, gdybym trochę nie ponarzekała. Elziach odwrócił się i prędko ruszył w kierunku centrum osady, gdzie ujrzał grupkę swoich przyjaciół. Najwyraźniej oni też zauważyli przybyszy i wypełzli ze swoich kryjówek. Rzadko mieli tu gości, więc przybycie kogokolwiek było wielką atrakcją. Chwilę później ujrzeli jeźdźców parami wyłaniających się zza niewielkiego wzniesienia. Najpierw zobaczyli dwóch mężczyzn, potężnie zbudowanych, z długimi, czarnymi włosami i oblodzonymi brodami, otulonych szczelnie czarnymi szatami i futrami. Za nimi ukazali się podobnie ubrani ludzie, pierwszy był szczupły i całkowicie łysy, a drugi nosił jasne, sterczące do góry włosy i był odrobinkę wyższy od innych. Kolejnymi, których ujrzeli, był szczupły, wysoki mężczyzna z krótkimi włosami i kozią bródką, wyróżniający się nieco innymi szatami oraz drobna dziewczyna, z kręconymi, kruczoczarnymi włosami. Pochód zamykało trzech jeźdźców ubranych bliźniaczo podobnie do tych jadących na przedzie. W środku jechał stary człowiek z długimi siwymi włosami i brodą, całkowicie pokrytą lodem. Po jego lewej stronie podążał mężczyzna o czerwonej skórze i głowie najeżonej krótkimi rogami, a po prawej, równie dziwny osobnik, z zielonkawą skórą i białymi włosami spadającymi na ramiona. Wszyscy byli uzbrojeni w miecze, które już z daleka emanowały pięknem i doskonałością wykonania. Kolumna powoli wjechała do wioski, a Elziach ujrzał, że jej mieszkańcy złączyli się z grupką dzieci i przyglądali przybyszom. Niektórzy mieli w dłoniach pałki, a myśliwi noże bądź łuki. Dziewięciu jeźdźców zatrzymało się kilka metrów przed nimi, na ich czele stanął teraz mężczyzna, który wcześniej jechał obok dziewczyny, która natomiast nieznacznie zbliżyła się do Elziacha i jego kolegów i dyskretnie się im przypatrywała. - Dzień dobry! – Powiedział głośno przywódca małego oddziału. – Chociaż patrząc na temperaturę, to wcale nie taki dobry. Kto tu rządzi? Macie jakiegoś burmistrza? Przed sporą już grupę mieszkańców wysunął się Makrah, najlepszy z myśliwych, pełniący dominującą rolę w tym małym społeczeństwie. Wysoki, bardzo umięśniony mężczyzna był odziany w skóry. Brodę miał zaplątaną w trzy warkoczyki, a jego długie, brązowe włosy wylewały się spod kaptura. - Ja rządzę. Kim jesteś? - Nikim. Z nikąd przybywam i bez celu jadę. - Chciałbym znać imię człowieka, z którym przyszło mi rozmawiać. - Możesz nazwać mnie Duchem. - Dobrze. Ja jestem Makrah. - Miło mi cię poznać. Tak jak i twoich przyjaźnie nastawionych znajomków. Możecie pochować broń, nie jesteśmy wam wrodzy, wręcz przeciwnie. – Makrah chwilę przypatrywał się przybyszowi, po czym skinął głową na swoich ludzi, a ci opuścili broń. - Jedziemy dalej na północ. Szukamy noclegu i chcielibyśmy uzupełnić zapasy. Szczodrze zapłacimy za pomoc. - Oczywiście, udzielimy wam pomocy. Podróżni są naszymi przyjaciółmi. Musicie nam wybaczyć ostrożność. Niebezpieczeństw w tym miejscu nie brakuje. - Rozumiem. Skoro o niebezpieczeństwach mowa, kilka kilometrów stąd natknęliśmy się na grupę kilkunastu ludzi. No mili to oni nie byli. Podejrzewam, że jacyś bandyci. W każdym razie już nie musicie się nimi martwić. - Pamiętasz może, jak wyglądał ich przywódca? - Twojej postury. W sumie podobny był. Wszyscy są tu dla mnie podobni. Miał dziwne oczy. Prawe zielone, a lewe niebieskie. - Firther. Rozbiłeś jedną z najgroźniejszych band jakie tu grasują. Jesteśmy ci wdzięczni. - Cudownie. Czy w ramach wdzięczności moglibyśmy zwiedzić gospodę? Jesteśmy głodni i zmęczeni. - Oczywiście, chodźcie za mną. Przy karczmie jest też porządna stajnia. - Pysznie. Prowadź. Mieszkańcy wioski rozproszyli się, a jeźdźcy ruszyli za Makrahem, który skierował swe kroki ku budynkowi karczmy, który był jednym z największych w wiosce. Potężny, piętrowy dom z grubych bali stał w samym centrum osady. Dopiero wtedy Elziach spostrzegł, że towarzyszka groźnie wyglądających przybyszów wpatruje się w niego z uśmiechem. Gdy spojrzał jej w oczy, miał wrażenie, że wirują różnymi kolorami oszołamiając go i hipnotyzując. Przestraszył się już nie na żarty, gdy piękna dziewczyna sięgnęła do juków, wyciągnęła jakieś zawiniątko i rzuciła lekko w jego kierunku. Odruchowo złapał niewielki przedmiot, ona pośpiesznie dołączyła do swoich towarzyszy, a chłopiec pozostał na ulicy z tabliczką najprawdziwszej czekolady w dłoniach.

Makrah pozwolił nam używać całej karczmy, wedle uznania. Nie mieli innych gości. Na parterze mieściła się główna sala, której ściany były obwieszone bronią i skórami, którymi to wyłożona była także podłoga. Za barem była spiżarnia, a na piętrze kilka dobrej jakości pokoi do wynajęcia. Rzuciłem tłustemu karczmarzowi pełną sakiewkę, a jego mina świadczyła o tym, że nigdy nie widział takiej ilości złota na raz. Szybko udostępnił nam pokoje, a gdy już się rozgrzaliśmy, zawołano nas na ucztę. W głównej sali zestawiono stoły w jeden, zastawiono go jedzeniem, a ogień szybko zapłonął w ozdobnym kominku. Dosiedliśmy się do Makrah i kilku wojowników już pozbawieni tych wszystkich uciążliwych szat i futer, które w drodze tutaj pomogły nam nie zamarznąć. Kiedy już najedliśmy się do syta, a byliśmy bardzo głodni, Makrah rozpoczął rozmowę. - Duchu, zaznaczyłeś wcześniej wyraźnie, że nie chcesz wyjawić mi celu waszej podróży, ale… przecież jesteśmy na tak dalekiej północy, że dalej nie ma już prawie nic. - Jest Gulak. – Wtrącił jeden z jego żołnierzy, wpatrując się we mnie. - A tak… - Kontynuował przywódca wioski. – Starożytne, magiczne więzienie. Za wiele o nim nie wiemy, nie zapuszczamy się tam. - Nie, to nie tam jedziemy. Ciekawi nas zupełnie co innego. - Ale nie powiesz nam co. Umiem to zrozumieć i uszanować. Jednak muszę Cię ostrzec, że tam jest bardzo niebezpiecznie. Roi się tam od wilków i niedźwiedzi. A dalej, już przy Morzu Północnym, występują też niedźwiedzie albinosy. O tych bestiach krąży tu wiele legend. Dość przerażających. - Rozumiem. Dziękuję za rady, ale zwierzęta nam nie straszne. Kurczę, dobre to jedzenie tu macie, nie spodziewałem się tego po takim wygwizdowie. Z całym szacunkiem. - Tak, wiemy gdzie mieszkamy. Cóż, wybór naszych przodków. Ale nie narzekamy, żyje się tu dobrze. Dość spokojnie, jeśli nie liczyć leśnych bestii i bandytów od czasu do czasu. Lecz ci już w większości nauczyli się, że jesteśmy wioską myśliwych, nie rolników, których można sobie bezkarnie najeżdżać. - Radzicie sobie jak możecie. I w dodatku nie narzekacie. Wielu mogłoby się nauczyć od was takiego podejścia. Powiedz, czy to miejsce ma jakąś nazwę? - Być może kiedyś miało. Teraz nikt jej nie pamięta. - No tak. Zapomniana wioska, odizolowana od świata, za którą nie ma już nic. To przerażające. I piękne. - A wy jedziecie do tego „niczego”. - Ha ha… owszem. Taki los szaleńców. - Duchu, to droga do piekła. - Piekło mi nie straszne. Byłem w nim nie raz i nie raz z niego wróciłem. Tylko twoje piekło, najwyraźniej zamarzło, przyjacielu. - W naszych legendach piekło jest zmrożone, nie płonące, jak w większości. - Tak, to ciekawe… A teraz muszę cię prosić o wybaczenie, ale chcielibyśmy udać się na spoczynek. Chcemy wyruszyć rankiem, a jesteśmy już zmęczeni podróżą. - Oczywiście. Zobaczymy się rano, gdybyście czegoś potrzebowali, karczmarz jest na wasze skinienie. Każę oporządzić wasze konie i zebrać dla was zapasy. - Dziękuję ci bardzo za pomoc. Powiedz rano ile będą kosztować nas te przyjemności i nie żałuj sobie, pieniądze nie grają roli. - Na tych ziemiach trzeba się wspierać, nie musicie płacić. - Spodziewałem się takiej odpowiedzi, ale powiedz… co powstrzyma mnie przed podrzuceniem ci kilku sakiewek pod próg?

Zajęliśmy trzy dwuosobowe pokoje. Trzech Ścigaczy miało stale pełnić wartę, tak dla zasady. Im wystarczało kilka godzin snu na trzy dni. Nam niestety nie. Kazałem karczmarzowi przynieść nam dwa dzbanki z winem, herbatę i jakieś przekąski. Adriet miała lubiła się czasem obudzić w środku nocy i zjeść kawałek sera, na przykład. Poprosiłem też o balię i gorącą wodę. Od tygodnia byliśmy w drodze, wszyscy mieli ochotę na kąpiel. Gdy tylko karczmarz zostawił nam te wszystkie rzeczy, Adriet zrzuciła buty i bluzę. Zawahała się przy klamrze od spodni. - Nie obrażę się jeśli się odwrócisz. Obsesyjnie i ceremonialnie stanąłem twarzą do potężnej szafy. Poczułem mocny i wyraźny zapach sosny. - No tak, żebym przypadkiem nie zobaczył twoich pleców. Mogę po prostu wyjść. - Nie, wtedy nie mogłabym z tobą rozmawiać. - Co tylko sobie zary… zażyczysz, wasza wysokość i mądrość i jasność i wspaniałość. Usłyszałem cichy plusk i poczułem jak w głowę i plecy spadają mi gorące krople.

Meriadok, Hamervrein i Saamehor, siedzący w dolnej sali nad drewnianą planszą do gry, której nauczył ich Saamehor, spojrzeli po sobie znacząco, co było reakcją na chóralny śmiech, dobiegający z pokoju Skazy i Adriet. - Pięć złotych monet, że nie zasną przed północą. - Dziesięć, że rano będą narzekać na wczesną porę. - Uspokójcie się i skupcie, już jedną grę tutaj mamy. Twój ruch, Mer. Uważaj na swojego smoka, bo go zaraz stracisz. - Widzę, martw się o siebie. Wtedy główne drzwi energicznie otworzyły się i do środka weszła para ludzi. Wyglądający podobnie do wszystkich myśliwych mężczyzna trzymał w ramionach malutkie dziecko owinięte w kilka koców. Ścigacze powoli wstali, kładąc ręce na rękojeściach mieczy. - Panowie… - Odezwał się myśliwy. Jego żona stała obok niego w milczeniu. Ręce miała złożone, a wzrok wbity w podłogę. - Czego szukacie? – Zapytał Saamehor i wbił wzrok w zatroskaną parę. - Chcielibyśmy porozmawiać z Duchem. - Nie możecie przyjść rano? - Proszę, to ważne. – W jego głosie pobrzmiewała pewność siebie. - No dobrze. – Oznajmił najstarszy Ścigacz po chwili wahania. – Chodźcie za mną. Chłopcy, zostańcie tutaj. I niech pan zamknie te przeklęte drzwi. Po chwili stanęli przed drzwiami, zza których wciąż dochodziły śmiechy, teraz jednak nieco cichsze. Saamehor przewrócił oczami, w myślach przeklął swój los i zapukał trzykrotnie. Sekundę później otworzył Skaza, całkowicie ubrany, co nieco zdziwiło Ścigacza. Żeby się upewnić wetknął głowę do środka pokoju i zobaczył Adriet, siedzącą na krzyżaka na łóżku, machającą mu z rozbrajającym uśmiechem, jej także nie brakowało żadnej części garderoby. Saamehor kilka razy uderzył się otwartą dłonią w czoło. - No o co chodzi? – Spytał się władca, przypatrując się dziwnie Ścigaczowi. - Ci ludzie chcą z tobą porozmawiać. Ja wracam na dół, bo mi gnojki pionki poprzestawiają. - Jasne. Witajcie, czego potrzebujecie? - Panie… chcemy się zwrócić z niecodzienną prośbą… - To już wiem. Inaczej nie przyszlibyście tutaj o takiej porze. Przejdź do rzeczy. - Oczywiście. Jestem Natrib, a to moja żona Seleha. Jestem jednym z najważniejszych myśliwych. - Poznaję cię. Jadłeś z nami kolację. - Tak, panie. Widzisz, mamy czternaścioro dzieci. W tym pięć córek. Chłopcy się przydadzą, zostaną wyszkoleni i w przyszłości będą rządzić wioską. Czterej najstarsi już chodzą z nami na polowania. Ale w tym miejscu kobiety są niezbędne tylko do tego, byśmy mieli kolejnych synów. Szanujemy je i kochamy, ale na tym przeklętym odludziu… - Rozumiem. - Oto najmłodsza z naszych córek. Ma ledwie kilka miesięcy. Zgodnie z naszymi zwyczajami jeszcze nie otrzymała imienia. Chcemy, byś zabrał ją ze sobą. Wybraliśmy ją, bo inne są starsze i przeżyłyby mocniej rozstanie z nami. - Że jak? Chcecie mi oddać waszą córkę? Dlaczego? - Jak już mówiłem - Wypowiadanie tych słów wyraźnie sprawiało trud mężczyźnie, a oczy kobiety zaszkliły się delikatnie. – Nie potrzebujemy tu wielu kobiet. Nie pójdą na polowanie, a jeść muszą. Brutalna prawda. - Widzisz tę dziewczynę na łóżku? W pojedynkę poradziłaby sobie z całą waszą wioską. Kobiety też mogą walczyć. - Być może, ale nasza kultura… - W takim razie to głupia kultura. Ale rozumiem Cię. Tutaj dziecko będzie stanowić problem, a dla niej także życie tu nie będzie łatwe i przyjemne. Masz nadzieję, że zabiorę dziewczynkę, wyszkolę ją, wykształcę i będzie żyła jak bogini, a najlepiej jak za kilka lat powróci do rodziny i wyciągnie was z tego miejsca. Mężczyzna z poważną miną skinął głową. Skaza wpatrywał się w niego kilkanaście sekund, a tamten nie zniósł jego spojrzenia i wbił wzrok w podłogę. - Jedno pytanie, skąd pewność, że jestem w stanie zapewnić twojej córce te wszystkie wspaniałości? - Nosicie piękną broń. Wasze konie są warte więcej niż cała nasza wioska. Rzucasz sakiewkami ze złotem na wszystkie strony. A Duch… słyszałem już to imię. Dawno temu kazał się tak nazywać ktoś niezwykle potężny. Dziś przezywa się inaczej. Skaza. Twoja sława cię wyprzedza, panie. Władca jeszcze mocniej spiorunował go wzrokiem i wydawało się, że wybuchnie gniewem. Jednak po chwili odezwał się całkowicie spokojnym głosem. - Na pewno nie wezmę jej teraz. Jedziemy na północ. To nie jest miejsce dla dziecka, a ja nie zamierzam pozwolić, żeby moje myśli zaprzątała mała dziewczynka. Ale musimy tędy wracać, innej drogi nie ma. - Wtedy ją weźmiesz? - Zastanowię się. Być może. - Dziękuję. - Natrib wyciągnął potężną dłoń w kierunku Skazy. Król uścisnął ją mocno. - Nie dziękuj jeszcze. A teraz wybaczcie, ale chcielibyśmy odpocząć. - Oczywiście. Wybacz, że zaprzątnęliśmy twój czas. Dobrej nocy. - Nawzajem. Uważajcie na siebie.

Obudziłem się, gdy jeszcze było ciemno. Ale zazwyczaj nawet w nocy widzę lepiej niż zwykli ludzie, a tym razem… no cóż, widzę, że nie widzę, a w dodatku coś miażdży mi żebro. Ponieważ nie była to pierwsza taka sytuacja, szybko zorientowałem się, że to nie coś, a ktoś. Ktoś, kto szybko został delikatnie usunięty z mojego żebra i pozostawiony samemu sobie w łóżku, gdy ja wstałem by się ubrać. Swoją drogą to niesamowite, że po dziesięciu godzinach snu jestem pół żywy, a po czterech pełen energii. - Kwiatki nie rosną na wierzbach. – Odezwał się cichy głosik za moimi plecami. - Słucham? - Kwiatki. Różowy słoń. Mieszczuch. - Śpisz jeszcze, prawda? - Anioł i wilk. - Tak, śpisz. W całym swym miłosierdziu pozwolę ci jeszcze pospać, a potem w całej swej złośliwości cię obudzę. Ale na razie śpij. Ubrałem się. Sprawdziłem czy Ścigacze jeszcze śpią. Oczywiście okazało się, że już właściwie gotowi do drogi. Kazałem im poczekać jeszcze chwilę i wróciłem na górę, do naszego pokoju. - No dobra, koniec tego dobrego. Wstawaj. - Pięć minut. Proszę. – Powiedziała Adriet i zakopała się pod kołdrą i poduszkami tak, że widoczna była tylko burza włosów wylewająca się spod pościeli. - Czekają na ciebie. Wstawaj. - Kurwa… to znaczy kurczę, jeszcze ciemno… - Rozjaśni się jak wypełzniesz spod kołdry. No już, ruchy. - No dobrze, dobrze… co tylko każesz, mój panie. - Takie podejście mi się podoba. Przyjdź na dół, gdy się wyszykujesz. Zostawiłem ją samą, gdy tylko upewniłem się, że przynajmniej usiadła na posłaniu. Na dole zastałem Makraha. - Życzę wam powodzenia. Cokolwiek planujecie zrobić. - Dziękuję. Powodzenie zawsze się przyda. Jeśli nie będziemy tędy wracać w przeciągu tygodnia, możecie uznać nas za martwych i wybrać się po nasze rzeczy. Są warte tyle, że moglibyście się stąd wyrwać. - Kusząca propozycja, ale gdybyśmy chcieli stąd odejść, to zrobilibyśmy to już dawno temu. Lepiej, żebyście nie umierali. - Słusznie. W takim razie, do zobaczenia, przyjacielu. - Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy. Bywajcie z zdrowiu!

Adriet wkrótce do nas dołączyła i jak najszybciej wyruszyliśmy w drogę, pozostawiając za sobą budzącą się do życia wioskę. Jechaliśmy zaśnieżoną, od dawna nie używaną drogą, nie szczędząc koni. Koło południa przystanęliśmy na krótki posiłek. Miałem straszną ochotę na chleb, więc wrąbałem cały bochenek. Nie wiem dlaczego. Ruszyliśmy dalej i w milczeniu pędziliśmy jak najszybciej się dało chcąc przebyć dziś jak najwięcej drogi. W końcu jednak słońce zniknęło za drzewami, a my wyciągając ostatnie metry, zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na obóz. Na nasze szczęście po chwili wjechaliśmy na sporą polanę, która jednocześnie stanowiła rozdroże. W miejscu gdzie droga się rozwidlała stał drewniany znak. Drewno już trochę zbutwiało, ale nie było tu nikogo kto mógłby go zniszczyć, więc mimo tego, że stoi tu już pewnie długi czas, można było odczytać, co mówi. Pod namalowaną białą farbą strzałką wskazującą prawą odnogę drogi widniał napis „Gulak. Płatne przy śmierci.”. Gdy odwróciłem się od znaku, którego odśnieżenie zajęło mi kilka sekund, zobaczyłem, że na środku polanki już ułożono stos pod ognisko. Usłyszałem także dyskusję na temat czy rozsądnie jest rozkładać się na noc w miejscu, gdzie będziemy tak doskonale widoczni. - Uważam, że lepiej byłoby wejść w głąb lasu. - Bzdura. - Ciężej nas tam będzie zauważyć. - A kto będzie cię tu wypatrywał? Za dużo ludzi tutaj nie ma. - Wilki. Wioskowi mówili o niedźwiedziach. - Owszem. I to właśnie my ich nie zobaczymy w lesie, a tutaj będziemy mieli więcej czasu na reakcję. O ile w ogóle odważą się zbliżyć do ognia. - Tak, byłoby tak, gdybyśmy byli zwykłymi ludźmi i gdybyśmy nocą byli totalnie ślepi. Na szczęście nie jesteśmy. Poza tym szukamy miejsca, bądź co bądź, magicznego. Kto wie co jeszcze nas tu czeka? - Dość. - Przerwałem rozmowę. – Zostajemy tutaj. I tu i w lesie jest tak samo niebezpiecznie, więc nie ma znaczenia gdzie się rozłożymy, jeśli coś ma nas dopaść, to i tak to zrobi. A tutaj przynajmniej mamy ładny widok na niebo. Patrzcie, jaki śliczny księżyc. Ścigacze kilka sekund patrzyli się na mnie, po czym jednocześnie przyznali mi rację i zaczęli wyciągać z juków koce i pożywienie. Spojrzałem na Adriet, która dotychczas milczała. Kucnęła sobie przy stosie drewna i bawiła się kilkoma iskierkami krążącymi wokół jej prawej dłoni. Spojrzała na mnie pytająco. - Śmiało. Tylko się nie oparz. Przyłożyła dłoń do drewna i uwolniła iskry, które przebiegły ostatni raz po jej skórze i z opuszków palców ześlizgnęły się na gałęzie. Kilka chwil później mieliśmy całkiem porządne ognisko. Rozsiedliśmy się dookoła, obłożeni kocami i futrami przystąpiliśmy do prowizorycznej kolacji. Jedliśmy głównie chleb i mięso, zapijając winem i wodą. Każdy co jakiś czas pociągał z manierki łyk gorzały na rozgrzanie. - Tak się zastanawiam… - Zaczął Rinedun, który zazwyczaj nie był zbyt rozmowny. - Tak? - Skoro jesteśmy tacy potężni, to czemu nie możemy się ogrzać jakimś zaklęciem czy coś… - A znasz jakieś odpowiednie? - No nie… ale może ktoś zna. - No właśnie w tym problem. – Zaczął mu tłumaczyć Saamehor, a gdy mówili para buchała im z ust. – Możemy sobie pierdyknąć tutaj ognisko, zacząć rzucać ogniem na prawo i lewo, ale czy to nas ogrzeje? - Wątpię. Miałem na myśli coś innego… - Wiem. Jedyne co możemy zrobić w tej sprawie, to podnieść trochę odporność na zimno i wewnętrznie rozgrzać organizmy, co najprawdopodobniej każdy już dawno zrobił. Ale nie możemy całkowicie zlikwidować mrozu. - No tak. Jak bardzo pomaga nam to wewnętrzne ogrzewanie? Przyznaję, zrobiłem to, ale wielkiej różnicy nie poczułem. - Jakieś siedem stopni. - Czyli… - Wtrącił Meriadok pomiędzy dwoma kęsami chleba. - … nadal odczuwamy jakby było gdzieś… minus miliard.

- Nie narzekajcie, nie jest aż tak tragicznie. - Powiedziałem. - Dobrze, że chociaż wiatru nie ma. - Wtedy właśnie w moim kierunku pomknął potężny podmuch wiatru o obsypał mnie całego śniegiem. – Który to? Bo wiem gdzie mieszkacie! Wszyscy zgodnie zanieśli się cichym śmiechem, Ścigacze unieśli dłonie w geście oznajmującym ich niewinność. Jedynie Adriet uśmiechnęła się do mnie uroczo, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolona. Ja też byłem zadowolony. Kiedyś taka prosta sztuczka wymagała od niej dużego skupienia, a teraz zrobiła to wręcz odruchowo. Jasne, mogłem jej oddać. Ale mogłem też tego nie robić, co było dla mnie wystarczającym powodem, by się nie odciąć. - No cóż, musimy sobie pocierpieć. - Najstarszy Ścigacz otarł wąsy z wina. - Skaza, wiesz już gdzie musimy jutro jechać? - Tak. Ta lewa droga będzie w porządku, choć po pewnym czasie będziemy musieli z niej zboczyć. - Wyczuwasz to? - Mhm. Przyciąga mnie. Was też, tylko pewnie trochę słabiej. Ale gdybyście mieli instynktownie wybrać kierunek, dzięki podświadomości zrobilibyście to dobrze. - Jaki macie stosunek do naleśników? – Spytała spokojnie Adriet, wpatrzona w ziemię, rysowała coś palcem na śniegu. – Patrzcie, oto słonko. – Szybko podniosła głowę i złapała się za usta. – Przepraszam… - Nic się… nie stało… - Wymamrotał któryś ze Ścigaczy, a wszyscy wpatrywali się w nią ze zdumieniem. Niedługo potem skończyliśmy jeść i powłaziliśmy do swoich posłań. Trzech Ścigaczy jak zwykle zostało na straży. Śpiwory były co prawda jednoosobowe, ale to nie stanowiło problemu dla Adriet, która momentalnie zmieściła się obok mnie. Ostatnim co widziałem przed odpłynięciem do krainy snu były gwiazdy i księżyc w pełni, częściowo zasłonięty przez kilka kosmyków kręconych włosów.

Gdzieś w dole, dość daleko… procesja. Trumna. Pogrzeb. Mój. Moje, wcale nie martwe ciało leży w trumnie, a duch unosi się gdzieś wysoko, w towarzystwie chmur. Ale oni tego nie wiedzą. Zakopią śpiącego, a gdy się obudzę, sześć stóp pod ziemią, jedyne co po sobie pozostawię to wieko trumny, podrapane od środka. Duch nie może ostrzec. Muszę krzyczeć, ale nie mam ust. Otwórzcie. Nie zakopujcie. Proszę.

Zmusiliśmy się do wyruszenia z samego ranka, choć wyjątkowo nie mieliśmy jakichś strasznych problemów z obudzeniem się. Może dlatego, że od ziemi biło koszmarne zimno, przebijając się nawet przez te sterty futer i koców, więc aż chciało się usiąść w siodle zamiast na ziemi. Tym razem kazałem jechać spokojniej. Wiedziałem, że przejedziemy tylko około piętnastu kilometrów, po czym jeszcze w dzień rozbijemy obóz. Inaczej do naszego celu trafilibyśmy pod wieczór, a ja nie mam zamiaru przebywać tam gdy jest ciemno i gorzej widzimy. Obejrzałem się na Adriet, jechała w skupieniu, wpatrzona w ziemię po swojej prawej stronie. Dobrze znam tę minę, która świadczy o ogólnym zamyśleniu. Bardzo często siadamy razem, zresztą nie tylko z nią i prowadzimy głębsze, filozoficzne rozmowy. Na różne tematy. To jest bardzo ważne, że możemy ze sobą porozmawiać w ten sposób i każde z nas jest na tyle mądre, by móc wyciągać własne wnioski, proponować rozwiązania i kształtować swoje zdanie. Myślę, że moje przekonania mają na Wróżki duży wpływ, tak samo jak ich, mają na mnie. Chwilkę później poczułem jak jej udo obija się o moje, a jej oczy wpatrują się we mnie, płonie zaś w nich ten niesamowity blask, który od czasu do czasu lubił się tam pojawić. - Zabiłeś tego człowieka. - Zabiłem wielu ludzi. - Tego pięć dni temu, na drodze. - Groził ci bronią. - Nic by mi zrobił. Był zdesperowany, chciał za wszelką cenę zdobyć pieniądze, ale zbytnio się bał, by naprawdę zrobić

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Anioł i wilk — czytnik · opowiadania