Inne · 22 min czytania
Anioł - Kobieta Mojego Życia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Niczym we śnie oddycham i poruszam się. Automatycznie wykonuję czynności: wyjście z domu, zamknięcie drzwi, przejście przez ulicę... Kim jesteś, że udało ci się zawładnąć mną aż to tego stopnia? Tego, że w środku nocy nie potrafię spać, bo moje myśli wykrzykują twoje imię zbyt głośno, by zamknąć oczy i odpłynąć w sen. Nie szkodzi. Nie musze spać. Tak jak nie muszę jeść, pić, oddychać. Ty mi wystarczysz, bym mógł żyć. Czyż to więc takie dziwne, że umieram, przebywając z daleka od Ciebie? Tylko ty jedna możesz tchnąć we mnie oddech. Oddech, którego teraz tak rozpaczliwie potrzebuję. Ulice są mokre od deszczu, który teraz zmienił się w delikatną mżawkę, a pojedyncze postacie przemykają do domów najszybciej jak mogą. Na przystanku nie ma nikogo. Ciszę przerywają tylko przejeżdżające samochody. Dochodzę do wniosku, że nie wytrzymam tu czekając na autobus. Muszę się ruszać, muszę iść po to powietrze, bo bezczynne stanie wykończy mnie. To bez sensu, podpowiada rozsądek. Jest środek nocy, do twojego domu jest naprawdę daleko, nie znam drogi, nigdy nie szedłem tam piechotą, zaraz zacznie lać deszcz. No i najważniejsze – po co ja tam pójdę? Postać pod domem? To podpada pod chorobę psychiczną. Po powietrze, odpowiadam szeptem. Nie mogę dłużej wstrzymywać oddechu, bo umrę. Muszę otworzyć usta i nabrać go tak wiele, jak tylko zdołam. Żeby mieć siły, by wrócić i wytrwać w kolejnych dniach. Dochodzę do mostu i tu zaczyna się moja podróż. Prawdziwa, nie taka palcem po planie Wrocławia, odbywana wieczorami, kiedy myślenie o tym, że chciałbym być z tobą, odzwierciedlało się w ustalaniu drogi na mapie, w powolnym macaniu opuszkiem palca każdej ulicy, którą musiałbym minąć, począwszy od mojego domu, aż do twojego. Myślę o tobie. O tym, co robiłaś, jak mijał u ciebie czas tego wieczora, co zajęło twoje myśli i dłonie. Wielki dom. Pustka. I ty – wypełniasz ją idealnie. Nic więcej nie jest potrzebne. Powietrze nieruchome. Stukot kroków na schodach. Ktoś odkręca wodę w kuchni. Tak bardzo chcę tam być. Chcę wkraść się do twojego domu w środku nocy. Niech będzie ulewa, niech będzie burza – nikt nie usłyszy moich kroków. Chcę tylko posiedzieć i popatrzeć, jak śpisz. Jak równo oddychasz. Siedzieć tak godzinę, dwie, całą noc. Całe życie. Potem pochodzić po twoim domu. Obejrzeć album ze zdjęciami. Zdjęciami przedstawiającymi życie, którego częścią nigdy nie będę. Wdychać zapach tego życia. Coś ty ze mną zrobiła? Kiedyś oddychałem swobodnie. Kiedyś śmiałem się i robiłem głupoty. A teraz czuję się jak ranne zwierzę, które trzeba otoczyć opieką, bo zginie. I nic poza tobą nie ma już dla mnie żadnego znaczenia. W każdej chwili, kiedy nie ma cię przy mnie albo jesteś z kimś innym czuję się dokładnie tak samo. Jakbym wdrapywał się na gigantyczny wieżowiec. Wyższy niż „ołówek i kredka”, wyższy niż Poltegor. Podejmuję próbę wejścia na kolejne piętro ze świadomością, że mogę spaść i zrobić sobie krzywdę. Jeśli jednak pozwoliłabyś mi dotrzeć na sam szczyt, to jestem gotowy nawet zabić się przy spadaniu. Tylko pozwól. Mam dość budowania domku z kart w centrum szalejącej burzy. Mam dość tego, że zbudowane z takim trudem kolejne piętra rozpadają się w jednej chwili. Chcę cię słuchać, chcę, żebyś mi mówiła o wszystkim, ale kiedy słyszę, jak umawiasz się z kimś innym do kina, kiedy dowiaduję się, że spędzasz kolejny weekend z przyjaciółmi w górach, znów dociera do mnie odgłos walących się kart. Mijam zakręt prowadzący do szkoły. Do tej samej, w której pierwszego września dwutysięcznego roku spotkałem Anioła. Anioła z boską mocą, która odmieniła moje życie. Nie od razu odkryłem, że jesteś Aniołem. Potrzebowałem czasu, prawie dwóch lat. I nie wiem dokładnie, w którym momencie zrozumiałem, że to ty. Może wtedy, kiedy zapytałaś, czy mój pies gryzie, a może wtedy, kiedy podziękowałaś za plakat, który ci przyniosłem. Zakochujemy się w szczegółach. Kiedy dostrzegłem tą cząstkę boskości, nic już nie było takie samo. Zupełnie, jakbym urodził się na nowo. Po 18 latach, jeszcze raz. Wtedy właśnie opętałaś mnie, zawładnęłaś mną totalnie. Nie ma takiej rzeczy, której bym dla ciebie nie zrobił, a ty nawet nie masz o tym pojęcia. Tylko że już od tamtego cudownego momentu wiedziałem, że w końcu cię stracę, a wszystko, co zrobimy razem będzie tylko kolejnym przystankiem na drodze do nieuniknionego końca. Dochodzę do zupełnie pustego skrzyżowania. Tylko zmieniające się światła dają wrażenie czyjejś obecności tu, ale nie ma nikogo. No, poza dwoma osobami. Jedną jestem ja. A ty jesteś druga – zawsze przy mnie, bo moje myśli nie opuszczają cię ani na krok. To prawda, chcę cię chronić przed całym złem tego świata, nawet mimo tego, że wiem, iż poradzisz sobie sama. Czasami nawet chcę, żeby ktoś tobą wstrząsnął, skrzywdził, tak, bym mógł cię uratować. Z drugiej jednak strony chcę, byś przeszła przez życie ani razu nie zaznając cierpienia. Najsilniejsza osoba, jaką znam. Wiktoriańska szkatułka-zagadka – otwiera się jedną, a tam następna i następna, i następna... Nigdy nie będzie mi dane cię poznać do końca – boskość jest odwiecznie trudna do pojęcia. Jest zimno i zaczyna padać mocniejszy deszcz. Zapinam polar i odruchowo przyspieszam kroku. Tak idą ludzie, którzy w domu chcą szukać schronienia przed złą pogodą. Ja idę w zupełnie odwrotnym kierunku. Dochodzi pierwsza, jest zimno, ale nie mógłbym teraz zawrócić. Wiem, że jestem głodny, jest mi zimno, ale najlepsze jest to, że nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Tak jakby moje podstawowe potrzeby przestały istnieć. Tak, jakbym był w zupełnie innym świecie. Rozglądając się dookoła, nie słysząc nic i nie widząc nikogo, zaczynam się śmiać z samego siebie. Kto normalny szedłby o tej porze taki kawał, taki naprawdę poważny kawał drogi tylko po to, by zawrócić. Zamykam oczy, znów pojawiasz się ty – i wszystko staje się jasne. Podróż staje się pielgrzymką do ziemi obiecanej. Wiem, że to nie ma sensu – śmiertelnicy nie mogą być z Aniołami i koniec, ale przecież ludzie nie chcą, żeby wszystko miało sens. Ja na pewno. Gdybym chciał wszystko ułożyć, ty musiałabyś zniknąć. Przewracasz mój świat do góry nogami, a ja wcale nie chcę składać jego porozwalanych kawałków z powrotem w całość. Ja już nie wiem, co się dzieje. Od momentu, kiedy to wszystko się zaczęło, przestałem rozumieć cokolwiek. To kolejny dowód na to, że jesteś Aniołem, a ja narodziłem się dopiero, kiedy to zrozumiałem. Dotknęłaś moich ust i odebrałaś mi pamięć. Od półtora roku nie żyję tak naprawdę – chyba że dla ciebie. Wiem, że to nie ma szans i po prostu wędruję sobie przez każdy kolejny dzień, izolując się coraz bardziej. Jestem jak pies, który biega za swoim panem, żebrząc o chwilę uwagi. I teraz, kiedy mijam wejście na parking, wiem, że wkrótce znów cię zobaczę. Serce zabije pięć razy mocniej, nogi się ugną, ręce zaczną drżeć. Moja dusza krzyczy, wykrzykując twoje imię raz po raz. Żeby choć raz mogły je wykrzyczeć usta... Zrywa się wiatr i wiem, że się przeziębię. Niespodziewanie mija mnie autobus. Uśmiecham się i patrzę na niego – będzie tam szybciej niż ja. Ale to nic nie szkodzi. Szczerze mówiąc, mógłbym iść tak całą noc. Nie ma po co tego przyspieszać. To nie ucieknie. I ja nie ucieknę. Mogę próbować, pewnie, ale tylko się zmęczę. Wpadłem w sieć. Chwyciłem się twoich skrzydeł i jakimś sposobem nawet gdybym chciał, to nie mogę ich puścić. Bo złapałem je w locie i jeśli puszczę, to się zabiję. Idę naprawdę bardzo długo. Dochodzę do zajezdni tramwajowej i jest to połowa mojej drogi. Drugie tyle i będę tam, gdzie chcę, gdzie muszę. Wciąż mam przed sobą twój obraz, twoją uśmiechniętą twarz, twoją skupioną twarz, twoją rozzłoszczoną twarz... Ludzką i anielską. Chryste, jaka jesteś piękna. W jakimś tramwaju pali się światło i ktoś siedzi z głową opartą o szybę. Czuję, że bardzo bolą mnie nogi i chciałbym usiąść, ale z jakiegoś powodu to pragnienie odpoczynku dodaje mi nowych sił. Sił, żeby iść. Sił, żeby walczyć. Oglądałem kiedyś film „Dwie matki” – konflikt matki adopcyjnej i biologicznej. One mogły iść do sądu, mogły wygrać zabranie swoich ukochanych do własnego domu. Ja nie mogę walczyć o ciebie w sądzie. Jakie to niesprawiedliwe. Dbałbym o ciebie, nosił cię na rękach. Nikt cię tak nigdy nie pokocha. Myślę o tobie zasypiając i budząc się, jedząc i myjąc zęby, oglądając telewizję, czytając książki, spacerując, zmywając naczynia i robiąc zakupy, przy stole, podczas spotkań ze znajomymi, na lekcjach, przerwach, sprawdzianach i podczas oczekiwania na tramwaj. Nie ma dnia, żebym o tobie nie myślał. Nie ma czynności, która odwróciłaby moją uwagę od ciebie. Jak wiele mi umknęło w ciągu ostatnich miesięcy, bo myślałem wyłącznie o tobie... Mijam kiosk i wtedy pojawiają się oni. Trzech facetów. - No cześć – odzywa się jeden z nich. – Masz jakieś drobne? Zatrzymuję się, ale powaga sytuacji jakoś do mnie nie dociera. Powinienem się przestraszyć. Jaką mam szansę z trzema starszymi ode mnie mężczyznami? Wokoło nie ma nikogo, kto mógłby mi pomóc. Patrzę na nich, ale w zasadzie nie potrafię ich dostrzec. Jestem ja, jest droga prowadząca na twojego domu. Czy jest coś ponad to? Nie ma. I w tym momencie nie wiem, czemu to robię, ale zaczynam się śmiać. Histerycznie śmiać. Jak totalny szaleniec. Jakby mi odbiło. Zginam się w pół i śmieję się, śmieję, przerywając tę ciszę. Jest środek nocy, pada deszcz, jest zimno, a ja, zamiast być teraz w domu i spać, stoję na środku chodnika, naprzeciwko trzech podpitych, lubiących zaczepki facetów i śmieję się w niebogłosy. Oni patrzą po sobie, robią krok w moją stronę. Nie wiedzą, o co chodzi. Zaczynają się zastanawiać, czy przypadkiem nie mają do czynienia z wariatem. - Co cię tak śmieszy? – odzywa się wreszcie jeden z nich z wyczuwalna agresją w głosie. Nie mogę zebrać w sobie słów, które by to wyjaśniły. Podnoszę głowę i patrzę im w oczy, nie przestając się śmiać. - Muszę... – wykrztuszam. – Muszę wyznać pewnej dziewczynie, że ją kocham... – kolejny atak śmiechu ponownie zgina mnie wpół. Jeden z mężczyzn robi kolejny krok naprzód i zaciska pięści. - Zamknij się albo będziesz jej to wyznawać na migi – ostrzega. Nie potrafię przestać. Nagle zdaję sobie sprawę, że nieznajomy wstawiony mężczyzna jest pierwszym człowiekiem, przed którym zdołałem wypowiedzieć te słowa. Tamtych dwóch macha ręką i odchodzi tam, skąd przyszło. Trzeci patrzy na mnie przez chwilę, po czym idzie za swoimi przyjaciółmi. Znów jestem sam i kiedy tylko orientuję się, że ich nie ma, ruszam w dalszą drogę. Wiem, że byłbym w stanie przystać na każde warunki, byle tylko być blisko ciebie. Może kiedyś zrozumiesz, ile dla mnie znaczyłaś. Może nawet podziękujesz w jakiś sposób, że zawsze byłem przy tobie, zawsze po twojej stronie, że zawsze wszystko było dla ciebie.…