Inne · 6 min czytania
Anioł nad Odrą
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Spotkałem dzisiaj anioła. Przynajmniej tak mi się przedstawił. Kiedy szedłem na piwo do znanego wszystkim tutejszym baru Meduza zaczepił mnie na skrzyżowaniu Kościelnej i Nad Odrą. - Witaj Andrzeju. Jestem Aniołem i Bóg wszechmogący wysłał mnie do ciebie. - Bóg mówisz? - Tak, nasz Pan w niebie przysłał mnie, byś poprawił swoje życie. (Kurwa. Przebieraniec nie dość, że przypiął sobie na plecy kawałki kartonu i oblepił piórami, to wygaduje bzdury jak po spidzie. Pierdoleniec nabija się ze mnie.) - Wszechmogący. A z czym cię ten wszechmogący wysyła? - Z dobrym słowem i ostrzeżeniem - Co? Mnie chcesz ostrzegać? - Tak, Andrzeju. Mam pokazać ci, jak marne jest twoje dotychczasowe życie i w jaki sposób możesz je zmienić. (Popatrz, popatrz. Cwaniak się znalazł. Pewnie jakiś Jehowy.) - A poza tym, co ten twój Bóg dołoży? - Czy dobre słowo nie wystarczy? - Raczej nie. - A czego byś oczekiwał? - No wiesz, jak nie kilku złotych co miesiąc, to chociaż pół litra. Klient, zdziwił się i zaczął znowu swoim mentorskim tonem. - Ależ Andrzeju, chodzi choćby o to, abyś tyle nie pił. - A tu cię mamy bratku. Sam chcesz dziabongi w tej dzielnicy obalać? - Andrzeju. Przecież nie jestem stąd. Tu mnie wkurwił. - Właśnie. Ty nietutejszy. Wchodzisz na mój teren. Przebierasz się jak kretyn i próbujesz mi mówić co mam robić. No frajer, kobzaj się na pół litra! - Nie rozumiem. - Kasę na flaszkę! - Co, chcesz bym cię upijał? - Dajesz, czy chcesz w mordę? - Nie jestem wysłany, by ci ułatwiać grzech. Pieść trafiła go w podbródek. - Dajesz skurwielu jeden? Nie odpowiadał. Po drugim sierpowym padł jak kłoda. Skopałem mu dupę. Chyba skurwiel był na to przygotowany, bo wylała się jakaś niebieska ciecz. Nieźle musiał frajer nad tym pogłówkować. Jak to dzisiaj tym z miasta odpierdala.
- No nalej Józek. Nalej. Dałem wycisk temu frajerowi. Nie dość, że przyszedł nieproszony na naszą dzielnicę, to jeszcze mówił mi co mam robić. Tak trzeba z tymi głupimi chujami. Zgadzacie się. - Jasne. Przytaknęli prawie chórem ziomkowie zgromadzeni w Meduzie. *** Schował się za kominami. Taki wstyd. Nie dość, że nie wypełnił swojej misji, to jeszcze został pobity. I przez kogo? Nagą małpę. Co za upokorzenie. Wciskał pióra w skrzydła. Wiedział, że zaraz wylecą, ale przynajmniej przez chwilę, do czasu kiedy wyrosną nowe, będzie wyglądał jak anioł. Zachodzące słońce pokrywało niebo krwawą łuną. Na dachy domów, chyba nikt nie spoglądał. Przynajmniej mógł mieć nadzieję, że nikt z mieszkańców sąsiednich górujących nad okolicą wieżowców, nie zaprzątał sobie uwagi gołębiami błąkającymi się wśród dachów starych