Fantasy · 37 min czytania
Anioł Śmierci - Rozdział I A
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZDZIAŁ 1 SEN?
Zakrzywiony palec puka w okno, Wyrywa Cię z ramion snu, trąca, Budzisz się... Powoli otwierasz oczy, liczysz na to, że jeszcze śnisz... podnosisz się i idziesz prosto do pustego okna. Zamykasz oczy... stoisz na łące, wiatr szumi, kładzie trawę na ziemi, głaszcze, pieści, to znów ją podnosi, łaskocze. Patrzysz w niebo i myślisz jak ciężko jest żyć, jak trudno zrobić, choć jeden krok... Chmury tak wolno płyną po niebie... ptak lecący obok Ciebie zwalnia i jak w stop-klatce zatrzymuje się, na moment, chwilę, godzinę, dzień, rok, wieczność?? słońce igra w jego piórach, nie wiesz nawet, jakiego są koloru. Nagle podrywa się i odlatuje, wiatr kładzie trawę na ziemi, cień migocze na niej, jak w tańcu, może z kimś tańczy... Podnosisz powieki i widzisz siebie, jak leżysz w łóżku, i wciąż śnisz... jak otwierasz oczy patrzysz na niebo nad sobą, na leniwe obłoczki żeglujące po nim, jak zbijają się razem, w gromady i suną wolno ku początkowi. Łąka jest miękka i pachnąca snem, wiatr muska Cię w ulotnym pocałunku i ciepłym szalem otula i cicho śpiewa: -Luli.. A Ty wciąż śpisz... (DWA+JEDEN lub Nieobliczalne Sny, jak kto woli.)
***
Było ciemno, tylko gdzieniegdzie przytwierdzone do ściany pochodnie dawały nikłe światło rozjaśniające tą ciemność. Korytarz był mroczny i ponury. Unosząca się w powietrzu wilgoć i zapach stęchlizny- potęgowały jeszcze ten efekt. Młody kapłan pewnie szedł tym korytarzem, a mały kluczyk przypięty do jego paska dyndał sobie wesoło. Śmiałe kroki odbijały się straszliwym echem od ścian i powracały zdwojone lub rozchodziły się dalej dudniące i przerażające. Nagły i zupełnie niespodziewany w tym miejscu – podmuch wiatru sprawił, że płomienie pochodni zatrzepotały gwałtownie, rzucając zdeformowane cienie na wilgotne, pokryte zielonym mchem ściany. Zaniepokojony kapłan zatrzymał się i obejrzał za siebie. Nie dostrzegając jednak niczego podejrzanego, poza ciemnością, (chociaż jej powinien obawiać się najbardziej), ruszył w dalszą wędrówkę. Uczucie niepokoju nie opuszczało go. Zalegało w jego sercu i duszy, jak pasożyt, mącąc spokój, jaki dotąd panował w nim. Postanowił nie poddawać się temu uczuciu i zepchnął je w najgłębszy zakamarek myśli i skoncentrował się na swoim zadaniu. Powierzono mu bardzo ważną misję, którą musiał wypełnić. Od jej powodzenia miał zależeć los milionów istnień. Kolejny podmuch wiatru przerwał jego tok myśli. Tym razem, wiatr - dużo silniejszy od poprzedniego – zatrzepotał jego szatą i zgasił kilka płomieni, tak, że mrok panujący w korytarzu stał się jeszcze bardziej (choć wydawało się to niemożliwe) mroczny. Zatrzymał się. Wszędzie panowała niczym nie zmącona cisza, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że nie jest tu sam. Wybrał tą drogę, gdyż była bardzo stara i już niewiele osób wiedziało o jej istnieniu. Większość korzystała z portali lub nowo wybudowanych szlaków na powierzchni. Miał nadzieję, że w ten sposób uniknie ciekawskich, którzy będą próbowali dowiedzieć się, co przenosi. Ten opuszczony korytarz był także idealnym sposobem by zmylić ewentualnych szpiegów. Nie wyczuwał niczyjej obecności, a znał się na tym. Potrafił wyczuć już z kilkunastu metrów każdą podejrzaną jednostkę i odpowiednio zareagować. Skoncentrował się. Nic. Takie miejsca jak to, powodują, że wyobraźnia podsuwa dziwne myśli i nie ma się, czego bać. Ale aby uspokoić swoje serce i raz na zawsze to zakończyć, drżącym głosem zapytał: ― Jest tu, kto? Lecz nikt mu nie odpowiedział, a on sam zganił się za zbytnie przewrażliwienie, gdyby go teraz zobaczył główny kapłan na pewno powiedziałby mu, że zachowuje się dziecinnie. Kiwając głową odwrócił się i raźno ruszył w dalszą drogę. Nie przeszedł jednak kilku metrów, gdy po raz kolejny silny podmuch wiatru znów pogasił kilka pochodni i w korytarzu zrobiło się naprawdę ponuro i straszno. Kapłan tak jak poprzednio zapatrzył się w ciemność. ― Czy jest tu, kto? – Powtórzył swoje pytanie już nieco pewniej, aby dodać sobie otuchy, gdyż miał złe przeczucie. – Proszę się odezwać. Odczekał chwilę, po czym odwracając się mruknął do siebie: -Przecież tu nikogo nie ma, to tylko wiatr...- Niespodziewanie usłyszał dziwne charczenie i po chwili zachrypniętym głosem zostały wyszeptane słowa: ― Ależ jest... – i zaraz potem piskliwy chichot rozległ się w korytarzu. Zimne krople potu wystąpiły na czole kapłana, który zdał sobie nagle sprawę z tego, że nie jest tu sam. W dodatku był jeszcze dość daleko od wyjścia (wiedział, że przeszedł dopiero połowę drogi), a do tego było tu ciemno i ledwo cokolwiek widział. Nie był też do końca pewny, z jaką istotą ma do czynienia, więc nie mógł przygotować sobie odpowiednich zaklęć obronnych, uniwersalne mogą nie zadziałać. Zganił się w duchu za to, że nie wziął ze sobą małego płomienia, który by go ochronił, chociaż mu to proponowano, ale sam zrezygnował z niego nie chcąc zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. No to teraz ma za swoje, serce biło mu w piersi jak oszalałe, krew pulsowała szaleńczo w żyłach, a umysł pracował na najwyższych obrotach poszukując jakiegoś wyjścia z tej sytuacji. Zachował się niewybaczalnie ignorując niebezpieczeństwo czające się w mroku, przecież tyle go uczono by zawsze uważał i był ostrożny, a teraz zupełnie nie zwrócił uwagi na dziwne zjawiska i to dziwne uczucie niepokoju... Ocknął się z zamyślenia, jeśli będzie tu tak stał bezczynnie – zginie, ale jeśli się pospieszy to może ocali życie. Wykonał pół obrotu, gdy usłyszał dziwny odgłos za plecami. Obejrzał się i w tym momencie czarna sylwetka wyłoniła się z cienia, i zamachnęła na niego. Poczuł szarpiący ból w lewej ręce. Spojrzał na nią i zobaczył jak przez rozdarty materiał nasiąkający czerwoną krwią, widać cztery głębokie zadrapania na ramieniu. Nagle coś błysnęło w powietrzu i tym razem poczuł taki sam ból w klatce piersiowej (zrozumiał, że tym błyskiem były szpony potwora). Zrobiło mu się gorąco i jakoś dziwnie słabo, zachwiał się, i żeby nie upaść oparł się o ścianę. Obraz zaczął mu się rozmazywać przed oczami, chciał się odezwać i wyjaśnić, kim jest wtedy być może on zostawiłby go w spokoju, ale nim zdołał wypowiedzieć choćby słowo, zobaczył jeszcze srebrny błysk, gdy potwór znów zaatakował. Nim upadł, druga łapa rozszarpała wcześniejsze rany na jego piersi. Trysnęła krew, plamiąc ściany i podłogę korytarza. Nie czuł bólu. Tylko błogie otępienie, ogarniające jego ciało. Zakrwawiona łapa wyrwała mu mały kluczyk – dotąd wesoło dyndający u pasa jego szaty. „A więc nie uda mu się wypełnić misji, którą mu powierzono” pomyślał z żalem w ostatnim przebłysku rozsądnej myśli. Jak przez mgłę zobaczył pochylającą się nad nim zniekształconą, włochatą głowę. Poczuł jego śmierdzący oddech na twarzy. W mętnym świetle obserwował jak jego zabójca otwiera paszczę, obnażając ostre, wielkie zębiska, które zatapia w jego szyi. Czuł jak zaciska je mocno, łamiąc mu kręgi i przegryzając tętnicę, a potem gwałtownie szarpie, rozrywając mu całe gardło. Był zupełnie świadomy tego, że ciepła krew tryska wokoło, spływa mu po szyi na kark i kapie na posadzkę korytarza. Teraz krew nie znajdowała się tylko na podłodze, ale ściekała ze ścian i cicho kapała do utworzonych na kamiennej posadzce kałuż. Całe to miejsce wyglądało przerażająco: ta krew wszędzie i to zmasakrowane ciało młodego kapłana na środku drogi. Kapłan natomiast zanim zatonął w ciemnościach ramion śmierci, ujrzał przerażający uśmiech wykrzywiający straszną twarz potwora. Widać, że był bardzo zadowolony z siebie i swojego dzieła. Lubił zabijać i lubił smak ciepłej krwi. Oblizał usta rozkoszując się tym niezwykłym smakiem. Pomyślał, że powinien odebrać nagrodę, jaką mu obiecano za usuniecie chłopaka. Zrobił to, nigdy nie rezygnował i zawsze wykonywał zlecenie do końca. Był przecież perfekcjonistą. Spojrzał jeszcze raz na swoje dzieło. Nad zmasakrowanym ciałem unosiły się delikatne opary, parującego, ciepłego ciała, puste oczy zastygły w bezruchu, zapatrzone w sufit; wszędzie pełno było krwi. Widok ten tak bardzo go rozbawił, że wybuchnął śmiechem, po czym odwrócił się i poszedł tam skąd przyszedł. A jego piskliwy śmiech dudnił jeszcze przez chwilę w pustym korytarzu, potem nad spokojnym ciałem kapłana zawisła cisza.
*** Obudziła się nagle, gwałtownie wyrwana z tego koszmarnego snu. Leżała bez ruchu, zupełnie wykończona, jak po jakimś długim biegu. W uszach dudnił jej ten straszny śmiech, a przed oczami wciąż miała obraz twarzy młodego kapłana i ten wyraz żalu i smutku w jego oczach, że nie udało mu się wypełnić misji, którą mu powierzono. Zastanawiała się, do jakiego zamka był ten kluczyk, czego strzegł? Musiało to być coś ważnego, gdyż, aby odebrać klucz ktoś wysłał za kapłanem potwora-zabójcę. Przekonanie go do wykonania tego zlecenia musiało kosztować zleceniodawcę mnóstwo pieniędzy. Usługi wilkołaków nie są tanie. Tak, więc czyjeś życie zostało brutalnie przerwane przez pieniądze jakiegoś bogatego dupka, który nie potrafi sam załatwiać swoich spraw. Westchnęła ze smutkiem. Odgarnęła zlepione od potu włosy i ciepłą dłonią dotknęła gorącego czoła, jakby chcąc je nieco ochłodzić. ― Nigdy chyba nie zrozumiem mechanizmów kierujących ludzkimi poczynaniami – powiedziała do siebie podnosząc się ociężale z posłania. Ostrożnie wyswobodziła się ze skotłowanej pościeli i powoli posuwając się w ciemnościach zalegających w pokoju, podeszła do okna i oparła głowę o chłodną szybę. Była wykończona, oddychała ciężko, z trudem łapiąc powietrze. Lewą ręką otarła krew spływającą jej z nosa i stała tak jeszcze przez parę minut, zbierając siły do kolejnego kroku: Gdy już nieco ochłonęła - otworzyła okno na oścież pozwalając aby zimny powiew nocy wtargnął do pokoju, wywiał z niego resztki złego snu i ochłodził jej spocone ciało. Głęboko wciągnęła powietrze do płuc, które ją nieco otrzeźwiło i przywróciło jasność umysłu. Spojrzała w niebo i uśmiechnęła się blado do gwiazd błyszczących na czarnym sklepieniu. Jeszcze raz zaczerpnęła głęboko powietrza i tym razem uśmiechnęła się szeroko. Oparła się o framugę okna i zapatrzyła w ciemność. Lubiła noc. Jej chłodny powiew otulający ją niczym aksamit, w czasie nocnych spacerów. Uwielbiała tę ciszę i spokój, jakie roztaczała wokół siebie. Najbardziej jednak chyba pociągała ją ta aura tajemniczości, jaka ziała z jej głębokich czeluści. Czasami miała nieodpartą pokusę zaspokojenia swojej ciekawości. Wiedziała też, że być może rzeczy, o których by się dowiedziała okazałyby się zbyt niebezpieczne dla niej, a na pewno o większości nie powinna wiedzieć... Przecież ciemność nie jest czymś dobrym. – o tym wiedział każdy szanujący się mieszkaniec, Wszechwymiaru, a za takiego się uważała. To w niej skrywały się wszelkie demony i potwory, a także zabójcy, to z niej czerpali moc i inspirację czarnoksiężnicy, ale to właśnie z ciemności powstała śmierć. Jej szefowa. Na to określenie na jej wargach znów zagościł szeroki uśmiech. Ciekawe jak by zareagowała gdyby powiedziała do niej „szefowo”. Zachichotała i odwróciła się od okna. Wolała tego nie sprawdzać. Wiedziała też, że już nie zaśnie tej nocy. Podeszła do toaletki i zapaliła jedną z świeczek stojących na toaletce. Ciepłe światło rozjaśniło noc zalegającą wokół, tworząc jasny krąg pośród ciemności. Z szafy wyciągnęła czarne spodnie i golf. Ubrała się powoli patrząc jak jasny płomyczek świecy migocze szarpany podmuchami wiatru wpadającymi przez otwarte na oścież okno. Z nocnego stolika wzięła mały srebrny krzyżyk i zawiesiła go na szyji. Po czym spięła swoje długie włosy w koński ogon i założyła tak samo czarny jak spodnie i golf płaszcz. Była gotowa do drogi. Zamknęła drzwi na kluczyk, a potem przymknęła jedną połówkę okna, by zbyt dużo zimna nie wtargnęło do pokoju, a potem nie rozeszło się po całym domu i nie obudziło jego mieszkańców. Wskoczyła na parapet i założywszy kaptur na głowę zeskoczyła na ziemię. Przebiegła ogródek i przeskoczyła przez płot okalający posiadłość. I tak rozpoczęła swoją codzienną... co nocną wyprawę. Nogi same ją poniosły znanymi uliczkami i zakamarkami. Po godzinie szwędania się, skręciła w jedną z uliczek przy starej fabryce. Znalazła metalowe drabinki i wdrapała się na dach. Powoli przeszła całą jego długość i przeskoczyła na sąsiedni budynek. Tu pokręciła się chwilę, a potem przysiadła na gzymsie i spuściwszy nogi w dół zaczęła obserwować. Przesiedziała tak kilka godzin, aż kilka bladych promieni zaczęło przedzierać się przez nocne chmury, sprawiając, że noc zaczęła jaśnieć i szarzeć. Podniosła się rozprostowując zesztywniałe mięśnie pleców i karku. Żałowała, że było tak spokojnie i nic się nie działo. Nie lubiła jak było tak spokojnie, prawie aż za spokojnie – pomyślała, taka cisza mogła oznaczać tylko jedno, że nie długo coś się wydarzy. Nie musiała długo czekać na odpowiedź. Niespodziewany ruch przy ścianie budynku naprzeciwko, jakieś siedem metrów od niej, przykuł jej uwagę. Zgarbiona postać skradała się w mroku. Przykucnęła na gzymsie, żeby nie zostać zauważoną i wbiła wzrok w ciemny cień skradający się w mroku. Gdy przechodził pod latarnią dostrzegła jego rysy. Leniwy uśmiech zagościł na jej twarzy. Zastanawiała się też nad pewnym pytaniem, które nie dawało jej spokoju: Co w środku nocy robi Fahrenejczyk w obcym mieście, tak daleko od domu? Oczywiście nie wiedziała tego, ale jednego była pewna – był tu nielegalnie, zapewne po to, aby przeprowadzić jakiś ciemny interes z tutejszymi kupcami i handlarzami. A jedynym sposobem, aby odkryć, co go tu sprowadza, było udanie się za nim. Więc nie pozostało jej nic innego jak iść za nim, aż do miejsca, do którego zmierzał i tam postarać się jakoś przeszkodzić w przeprowadzeniu transakcji. Bezszelestnie zeskoczyła na schody przeciwpożarowe i zsunęła się po nich na ziemię. Powoli, tuż przy ścianie zaczęła iść za nim. Starała się trzymać w pewnej odległości od niego, aby czasem nie wyczuł jej lub nie usłyszał, a jednocześnie dostatecznie blisko, by nie tracić go z oczu. Nagle gwałtownie się zatrzymał. W pierwszej chwili nie zareagowała, zreflektowała się dopiero po paru sekundach i szybko skryła się za najbliższym pojemnikiem na śmieci. Skarciła się w duchu, mogła wszystko przepaścić. Miała tylko nadzieję, że jej nie zauważył. Ostrożnie wychyliła się zza pojemnika i zerknęła na chodnik. Mężczyzna stał tuż pod latarnią, więc doskonale widziała każdy jego ruch i całą sylwetkę: Krępe ciało odziane w stary garnitur, łysą głowę, od której odbijało się żółte światło płynące z latarni i mały worek przerzucony przez plecy. Znała go. ― To ta szlama, Salyem. – Pomyślała, gdyż bała się odzywać żeby jej nie zauważył. Znów się uśmiechnęła, miała z nim stare porachunki. – I jak widać dzisiaj je wyrównamy. - Wiedziała, że ten ohydny typek zajmuje się nielegalnym handlem, lecz do tej pory, z powodu braku dowodów nie udowodniono mu tego. Być może dzisiaj... Pocieszała się i nie spuszczała z niego wzroku śledząc każdy jego ruch. Z wewnętrznej kieszeni brudnego płaszcza wyjął małe srebrne urządzenie. ― Mój nadajnik – szepnęła do siebie nie odrywając wzroku od srebrno –niebieskiego urządzenia. Sprawdził odczyt, rozejrzał się wokoło i ruszył dalej, kierując się namiarami z nadajnika. Teraz była już pewna, że chodzi o jakąś transakcję. Ciekawe, o jaką? Zastanawiała się wychodząc zza kosza i podążając za nim. Kiedy skręcił w uliczkę prowadzącą do portu, pomyślała, że może przemycane rzeczy... lub osoby będą wywiezione statkiem. Nocny zapach morza był tak przyjemny i orzeźwiający, że kilka razy głęboko wdychała ten cudowny aromat i nieco zwolniła. Miała teraz utrudnione zadanie. Tu w porcie, gdzie większą część terenu stanowiły otwarte przestrzenie – trudniej było się skryć, nie mówiąc już nic o śledzeniu kogokolwiek, zwłaszcza, że śledzony przez nią osobnik szedł środkiem głównego placu. Na chwilę chmury zakryły srebrną tarczę księżyca i całkowita ciemność zapadła nad portem. Wykorzystując nadarzającą się okazję, przyspieszyła. Gdy znów się rozjaśniło, przystanęła za magazynem czekając, aż chmury powrócą. Kryjąc się za łodziami i między skrzyniami po ładunkach, starała się nie stracić go z oczu. Przykucnęła za małą łódką rybacką stojącą na lawecie i spojrzała na niego – zatrzymał się i szybko obejrzał za siebie. Stał tak parę sekund nim zniknął w drzwiach magazynu, do którego zmierzał. Odczekała piętnaście sekund, po czym skradając się niczym kot podbiegła do magazynu i przylgnęła do bocznej ściany. Przez chwilę stała bez ruchu próbując wyczuć ochroniarzy wałęsających się w pobliżu, ale nic nie wyczuła. Widocznie wszyscy byli w środku. I nie myliła się. Przy głównych drzwiach zlokalizowała trzech mężczyzn. Nie mogła wejść jak przemytnik. Pozostało jej, więc znaleźć inną drogę. Powoli przesunęła się pod oknami w stronę pustych skrzyń stojących nieco dalej. Weszła na nie i przytrzymując się wystających desek wdrapała się na dach. Starała się poruszać jak najciszej, by nie zdradzić swojej obecności. Zbliżyła się do małego okienka w dachu, otworzyła je i wślizgnęła się do środka. Było tu cieplej niż na zewnątrz, zdjęła kaptur i odetchnęła, w powietrzu unosił się dziwny zapach: mieszanka starych ryb i rozkładającego się drewna. Roztarła zziębnięte dłonie i przechodząc na wąskich belkach stropowych spróbowała zbliżyć się do oświetlonego miejsca w głębi magazynu, gdzie zapewne miała się odbyć transakcja. Poruszała się powoli, bała się, że stare belki mogą zdradzić jej obecność trzeszcząc niespodziewanie pod jej ciężarem. Zbliżyła się do grubego filara podtrzymującego dach i wychyliła zza niego. Trzech mężczyzn ubranych w garnitury siedziało przy biurku, przy nich stało kilku innych, dużo bardziej postawnych (zapewne, tzw. „goryle”). Przed biurkiem stała czerwona kanapa, na której siedziała jakaś kobieta, ubrana w dżinsy i białą koszulkę. Lewą ręką opartą o poręcz przeczesywała ze zniecierpliwieniem, swoje krótkie blond włosy. Jej szczupła twarz była szara i nieciekawa mimo obficie nałożonego krzykliwego makijażu. Z obrzydzeniem spojrzała na sadowiącego się obok niej Fahrenejczyka i odsunęła od niego na drugi koniec kanapy. On zadowolony z pozyskania tak ogromnej ilości miejsca, rozsiadł się wygodnie, założył ręce za głowę i wpatrzył się w trzech mężczyzn. Po chwili,…