Religia · 11 min czytania
Anioł Stróż
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Anioły bieszczadzkie bieszczadzkie anioły dużo w was radości i dobrej pogody ---------------------------------
- Tu misja 2568. Na drugiej widzę czerwony dym. Ktoś wzywa pomocy. Nie mam paliwa by podjąć akcję. Przyślijcie ekipę ratunkową. - Misja 2568, tu kontroler. Zlokalizowaliśmy was, wysyłam zespół.
....
Nad południowowietnamską bazą lotniczą nr.21 rozniósł się głos alarmu. Podrywano zespół ewakuacyjny. Do akcji startowały dwa śmigłowce typu Sea-Stallion, pięć typu Cobra i kilka turbośmigłowych samolotów ciężkiego wsparcia. Dotarcie w miejsce wskazane przez kontrolę lotu zajęło im pół godziny. Już z daleka zobaczyli unoszący się nad dżunglą kłąb czerwonego dymu. - Cobry! Sprawdzić teren i usunąć co niepotrzebne. – rozkazał dowódca operacji. Przed formację wyleciało pięć maszyn szturmowych i rozpierzchły się nad koronami drzew. Po sekundzie wszystkie śmigłowce odpaliły rakiety i rozpoczęły ostrzał z działek pokładowych. - Szefie! Tu jest pełno Wietnamców. Tłuką do nas z czego mogą. – wydarł się jeden z pilotów Cobry. - Rozumiem. Wysyłam wsparcie. Śmigłowce, trzymać się z dala od siekaniny! Dowódca misji leciał jednym z samolotów wsparcia. Pomachał skrzydłami na kolegów i pierwszy zanurkował w dół w stronę drzew. Śmigłowce oznaczyły teren pociskami dymnymi, więc piloci samolotów mogli skoncentrować się na celowaniu. Dowódca nie musiał nic mówić, cały oddział pracował jak automat. Kolejnymi zbiornikami napalmu zaczęli wycinać kwadrat wokół wzywającego pomocy pilota. Wkrótce sytuacja została opanowana na tyle, by ciężki śmigłowiec ratowniczy mógł wejść do akcji.
Część 22 / 2
Ratownik Mat Reggins wpiął się do liny wyciągarki i rozpoczął zjazd z pokładu śmigłowca prosto na dno koreańskiej dżungli. Zjazd trwał około minuty. W tym czasie strzelcy pokładowi wypluwali ze swych działek kosmiczne ilości ołowiu, pokrywając całą okolicę ogniem. Mat dotknął w końcu ziemi. Odpiął linę i poinformował przez radio, że rozpoczyna poszukiwania na ziemi. Odpiął od plecaka swojego m-16, przeładował i rozejrzał się dookoła. Po prawej, w odległości około stu metrów, unosił się kłąb czerwonego dymu. Ruszył w tamtym kierunku. Dym unosił się z kępy krzaków. Rozejrzał się dookoła. Nie dostrzegł nikogo. Zawołał więc w kierunku krzaków: - Służby ratowniczo poszukiwawcze wojsk lotniczych! Wyjdź w moim kierunku! Brak reakcji. Kilkadziesiąt metrów dalej coś poruszyło się między drzewami. Wymierzył w tamtym kierunku, ale nic się nie działo. Nadwrażliwość, pomyślał. Znów zawołał w kierunku krzaków, z których unosił się dym. Tym razem coś w nich zaszeleściło i po sekundzie ukazała mu się postać w kombinezonie pilota z pistoletem w dłoni. - Boże, szajbusy, oni są wszędzie dookoła! Zwiewajcie! Uciekaj! Słyszysz mnie?! - Spokojnie. Przylecieliśmy po ciebie. Zaraz cię stąd zabiorę. Postać skoczyła w jego kierunku. - Uciekaj póki możesz! – wołał pilot łapiąc go za mundur – Znikaj stąd! Oni zaraz cię dorwą! - Uspokój się! Przylecieliśmy ci pomóc. Rozwaliliśmy wszystkich żółtków w okolicy. Zaraz przyleci śmigłowiec i nas stąd zabierze – to mówiąc Mat wyjął zza pasa żółty granat dymny, sygnał dla pilota, że ma ich podjąć, i wyrwawszy zawleczkę rzucił przed siebie. Pilot nadal trzymał go za mundur. - Spieprzajcie stąd! Rozumiesz! Oni was zabiją! – ryczał obłąkańczo pilot. Jego oczy wyglądały jak oczy narkomana po przedawkowaniu. – Boże, człowieku zabieraj się stąd! – krzyczał mierząc do niego z pistoletu. Mat natychmiast uskoczył z linii strzału i wybił pistolet z ręki pilota, podciął go i całym ciałem zwalił się na niego. - Chłopaki, facet sfiksował, dajcie wsparcie! – krzyknął do mikrofonu radiostacji dociskając łokciem przycisk nadawania. Po pół minucie nad ich głowami zawisł śmigłowiec. Z bocznych drzwi spuścił linę desantową, po której zjechało trzech ludzi: drugi ratownik i dwóch strzelców. Jeden ze strzelców niósł lekki karabin maszynowy typu m-60 i natychmiast zajął pozycję obronną. - Co jest? – spytał ratownik. - Zdaje się, że przez ten ostrzał facet zwariował. Musimy go stąd zabrać. - Dobra. Spróbuję z nim jeszcze pogadać, a ty przygotuj jakąś metodę wyniesienia go stąd. Mat zdjął z pleców apteczkę i z ampulatorium wyjął środek nasenny i podał go drugiemu ratownikowi, który właśnie pochylał się nad pilotem. - Jak tam? – spytał. - Boże jedyny! Więcej was przybiegło? Jesteście nienormalni! Oni was zaraz rozwalą. Rozwalą was wszystkich. Zwiewajcie! - Wyluzuj. Nikt nas nie rozwali. – to mówiąc ratownik wbił pilotowi w ramię igłę i nacisnął tłoczek strzykawki. Efekt nadszedł po kilku długich niczym godziny minutach. Pilot popadł w apatię. - Dobra nasza. Mat dawaj uprząż. Wywozimy go stąd. - Trzymaj. Ja wezwę śmigłowiec. Już po chwili dwa śmigłowce wciągały na pokład ratowników, pilota i strzelców. Po pół godzinie przebywania nad dżunglą, cała eskadra ruszyła do domu.
...
- Uwaga, do wszystkich. Tu oficer operacji lotniczych. Natychmiast zakończyć wykonywane procedury i przygotować się na lądowanie śmigłowca ratowniczego. Na pokładzie lotniskowca USS „Orsikany” na chwilę zamarło życie. Po chwili wystrzelono dwie…