Psychologia · 29 min czytania
Anioły
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Anioły
Nie bój się, dziewczynko. Podaj mi rękę i nic się nie bój, pójdziemy razem. Nie bój się, pójdziemy razem…
I
Piasek powoli zaczynał schnąć, co w znacznym stopniu ułatwiało prowadzenie po nim drewnianego pręta, ale za to nie pozwalało na idealne odwzorowanie liter. Delikatny wietrzyk z wyjątkowym upodobaniem zasypywał dopiero co wyżłobione dróżki i skutecznie niweczył zamiary wielkiego kaligrafa, usiłującego wypisać na piasku pewne słowo. Brodaty, siwy mężczyzna w skupieniu przyjrzał się swojemu niedokończonemu dziełu, w którym najwyraźniej pragnął dostrzec zalążki jakiegoś niezmierzonego tematu; postukał krótko prętem o niewielki, leżący obok skrzyneczki z piaskiem kamień, aby strzepać przyklejone doń drobne ziarenka, po czym nie odwracając się sięgnął ręką za siebie. Dobywszy spod wiśniowego drzewa drewnianą prostokątną deseczkę chwycił ją mocno obiema dłońmi i umieścił dłuższą krawędzią ponad rozwiewającym się już i nieukończonym napisem; bardzo powoli, z wielką dokładnością i wprawą zaczął sunąć deseczką po żłobieniach, niszcząc je i wyrównując podłoże, dopóki nie dotarł do własnych stóp. Nie był jeszcze gotowy, aby napisać słowo na płótnie. Wymagało zbyt wielu ćwiczeń. Westchnął cicho i podniósł oczy do góry. Pozostało jeszcze tak wiele do zrobienia. Potem cień jakiejś postaci wysunął się zza rogu bloku numer 126 i już wiedział, że plany wielkiej bitwy będzie musiał odłożyć do jutra. Z przesadną, właściwą ludziom, którzy wiedzą że są obserwowani starannością odłożył odłamek dachówki i patyk pod rosnący przy piaskownicy kasztan, a następnie delikatnie rozkopał piasek pod stopami i zaczerwienił się. Czekał. Szła zupełnie tak jakby wiedziała, że go tam znajdzie, jakby wcześniej nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, w dodatku szła jakby miała zamiar nawiązać z nim rozmowę. Raz po raz rzucał ukradkowe spojrzenia w jej stronę i choć zawsze kiedy to robił ona akurat patrzyła gdzie indziej, doskonale wiedział gdzie skończy się jej ścieżka. Zatrzymała się tuż przy nim, wodzącym bezmyślnie palcem wśród piachów mrówczej pustyni. - Cześć – padło wesoło znad jego głowy. - Cześć – odburknął, starając się nadać tonowi swojego przywitania możliwie najbardziej ponure brzmienie. - Mam… - Jestem zajęty. - Ale nawet nie wiesz… - Naprawdę jestem zajęty. - To się wypchaj! – warknęła i dopiero teraz zobaczył, że coś ukrywa w dłoniach. Odwróciła się do niego plecami ale najwyraźniej wcale nie zamierzała odejść. Stała wciąż w miejscu i głośno oddychała. Dlaczego nie odchodzi? Naprawdę jej tu teraz nie potrzebował. - Zjem sama – powiedziała tak cicho, że ledwie pojął sens wypowiedzi. Nie odezwał się. Stała w ciągłym bezruchu, tylko palce jej rąk zaczęły cicho pracować, co odgadł po delikatnym szeleście papieru. Dopiero podniósł głowę. - Co masz? – zapytał. Cisza. Na pewno się obraziła. Nie wypowie teraz ani słowa i pewnie zacznie sama jeść to co tam chowa przed nim. Podniósł się z piasku i otrzepał spodnie na kolanach i pośladkach, zerknął na nią, stojącą nieruchomo jak mimoza, próbującą niezdarnie rozpakować jakiś specjał. - Pomóc ci? - Nie. - Nie chcę zjeść, tylko ci pomóc. - I tak nie dostałbyś ani kawałka! - Ale… - No dobrze – odwróciła się. – Tu jest jakaś głupia gumka, nie mogę jej rozplątać. Tylko nie wolno Ci zajrzeć do środka! - Nie zajrzę. Miała łzy w oczach, głos chwiał jej się trochę. Dlaczego tak? Nie rozumiał zupełnie. Odwiązując rzeczywiście mocno splątany supeł bacznie obserwował jej twarz. Nie kryła wcale wzruszenia, patrzyła na jego ręce ale na sobie chyba nie czuła spojrzenia; oczy ze szklistych szybko znów zrobiły się jaśniejące, a na policzki wrócił rumieniec. Porwała mały pakunek kiedy tylko uporał się z paskudnym supłem. Weszła do piaskownicy. - Co właściwie robiłeś? – rzuciła, przechadzając się krokiem bociana po niewielkim kwadracie i badając najuważniej miejsce, w którym dotąd siedział. - Nic – odpowiedział, włożywszy ręce w kieszenie. - Powiedziałeś, że byłeś zajęty. - Bo byłem. - No to co robiłeś? Milczał. Nie wiedział co odpowiedzieć. - Nigdy się ze mną nie bawisz – powiedziała, wymierzając w niego oskarżycielski palec. – Dlaczego? - Nie umiem. Przyszła mu ta odpowiedź tak łatwo, tak od razu i bez zastanowienia, że sam się sobie zdziwił. - Nie umiesz się bawić? – parsknęła serdecznym śmiechem. – Naprawdę nie umiesz? Głupia! No i co miał jej niby odpowiedzieć? Że przed chwilą, będąc siwym starcem kaligrafował w piasku jej imię? Jasne, że umiał się bawić i bawił się lepiej niż ktokolwiek inny! Ale sam… - Bawiłem się. - No to umiesz się bawić czy nie? - No przecież mówię, bawiłem się. - Ale ze mną się nie bawisz. Przez chwilę ważył w myślach pewną możliwość. Patrzył na nią. Teraz i ona nie odrywała od niego wzroku. Czy może jej powiedzieć? Czy nie jest na to zbyt dorosła, aby potraktować go jak niewiarygodnego siuśmajtka, opowiadającego bajki? Była starsza o cały rok i miała aż pięć centymetrów przewagi. Zawsze wydawało mu się, że ilekroć się mijali patrzy na niego z góry. To nie było w porządku. Co prawda ona ma fantastyczne imię, do tego stopnia niezwykłe, że postanowił w jego obronie rozpętać wojnę. Trudno się je pisze, fakt, ale… jest ładne. - Będę się z tobą bawił, tylko musisz najpierw mi obiecać, że jak ci coś teraz powiem to mi uwierzysz. Oczy jej zabłysły, rozchyliła lekko usta i pokiwała głową. - Musisz obiecać – powtórzył. - Obiecuję. Spuścił wzrok i zaczerwienił się trochę. Teraz pożałował swojej decyzji. Przecież i tak mu nie uwierzy. Nawet mama mu nie wierzyła. Powiedziała, że to na pewno był tylko sen. Z drugiej strony, jakoś musi się przekonać czy warta jest tego, żeby się z nią bawić. Trudno, nie ma już odwrotu. - Widziałem anioła – wyszeptał. - Co? - Widziałem anioła – powtórzył głośniej i spojrzał jej w oczy. - Naprawdę?? – wybałuszyła źrenice, w których nie było ani odrobiny niedowiarstwa. – Prawdziwego anioła? Ze skrzydłami? Gdzie? - Nie myślisz, że zmyślam? – zapytał przezornie, nieco zaskoczony jej reakcją. - Powiedziałeś, że będziesz się ze mną bawić. Nie możesz zmyślać. To było dziwne wyjaśnienie, trochę naiwne i chyba nie do końca je zrozumiał. Ale wierzyła mu. Naprawdę mu wierzyła! - No co z tym aniołem? Mów. Gdzie go widziałeś, jak wyglądał? – pociągnęła go za rękę i oboje usiedli na drewnianym ogrodzeniu piaskownicy, jakby nie chciała, żeby zbytnio rzucało się w oczy jej podniecenie. - Nie szarp! Powiem ci, wszystko ci opowiem. - Masz – podsunęła mu pod nos pudełko z jakimiś brązowymi lepkimi kuleczkami. Sięgnął i spróbował. Słodkie. Dobre. - Wierzysz w Boga? – zapytał, głośno mlaszcząc. - No pewnie – odpowiedziała z pełnym przekonaniem, a nawet z odcieniem dumy w głosie. – Ty chyba też? - Tak. - Nie widziałam cię nigdy w kościele. Moja mama mówi, że jak ktoś nie chodzi do kościoła to pójdzie do piekła. - To nieprawda, moi rodzice też nie chodzą do kościoła, a na pewno nie pójdą do piekła. - Ale mama mówi… - To nieważne. Moi rodzice i tak nie wierzą. Oczy rozszerzyły jej się w niemym zdumieniu. Nie wierzyła własnym uszom. - Nie wierzą w Boga? Ale ty... - Ja wierzę. Przecież mówię, że widziałem anioła. Jeżeli istnieją anioły, Bóg też musi istnieć. - Gdzie go widziałeś? - Stał przy moim łóżku kiedy się obudziłem. Tym razem się nie odezwała. Jej oczy błyszczały i wciąż były wielkie jak talerze, czekała na ciąg dalszy. - To było parę dni temu. Poszedłem spać zaraz po kolacji, już nawet nie oglądałem dobranocki, a tata krzyczał, że muszę umyć zęby przed snem. - I co? – zapytała szeptem. - Nie umyłem. W ogóle się nie myłem. Cały czas bardzo dziwnie się czułem. Strasznie byłem śpiący i strasznie nie chciało mi się spać… . To naprawdę dziwne, nie wytłumaczę ci tego. Ale kiedy tylko zamknąłem oczy od razu zasnąłem. A potem… miałem uczucie jakbym wcale nie spał, obudziłem się nagle i… on już tam był. Stał obok i patrzył na mnie. - Mówił coś? – wyszeptała. - Nie. Ale wydaje mi się, że chciał. Chyba… nie umiem o tym opowiedzieć... Ja… w ogóle nie bardzo umiem mówić... – spojrzał na nią trochę bezradnie, potem oczy uciekły mu gdzieś do góry, a na policzki wypłynął rumieniec. Przez króciutką chwilę żadne z nich się nie odzywało. Chyba czuła, że powinna dać mu odrobinę czasu. Szybko się opanował, wziął głęboki oddech i zaczął ponownie. – Cały pokój był czarny. Zupełnie czarny. Nie widziałem ani szafy w drugim kącie pokoju, ani komódki, tej przy łóżku. Nawet okno było jakieś takie zamazane, choć przecież na zewnątrz pali się zawsze latarnia. Wszystko przez niego. Musiałem aż zmrużyć oczy kiedy spojrzałem na niego po raz pierwszy. Nie dlatego, że nie wierzyłem w to co widziałem, ale dlatego, że tak bardzo się świecił! Czułem się tak, jakbym patrzył w słońce. I oczy mnie zapiekły, tak że musiałem je zamknąć, i jednocześnie nie mogłem odwrócić wzroku, taki był wspaniały! - I co zrobiłeś? – szepnęła znowu, jeszcze ciszej niż poprzednio, a ręce drżały jej, nie mogąc ustać w miejscu. - Nic. Nie wiedziałem co mam zrobić, nawet nie wiedziałem czy w ogóle powinienem coś robić. Poza tym bałem się… - Bałeś się? - Tak. To znaczy tylko trochę. Bo wiedziałem, że przecież ze strony anioła nic mi nie może grozić. Bałem się bo… O rany, ty też byś się bała! Każdy by się bał! - Rozumiem – powiedziała, a na jej twarzy rzeczywiście wymalowało się zrozumienie, choć nie rozumiała zupełnie. Jak można bać się anioła? - Potem zamrugałem jeszcze kilka razy, aż w końcu, za którymś razem, otworzyłem oczy z tego mrugnięcia i jego już nie było. - Zniknął… - Tak. Rozpłynął się w powietrzu. Głupio to brzmi, nie? Zupełnie tak, jakbym rzeczywiście opowiadał tylko sen, ale ja go widziałem, widziałem naprawdę! Jestem zupełnie pewien! - To wszystko bardzo dziwne – powiedziała, ochłonąwszy już nieco, lecz wciąż podniecona. – No bo dlaczego anioł pokazał się właśnie tobie i do tego jeszcze nie powiedział przez cały czas ani słowa? - Nie wiem. Może chciał powiedzieć. Myślę, że coś nawet bardzo ważnego. Boję się, że mógł sobie pomyśleć, kiedy już mnie zobaczył, że się pomylił albo coś, albo że robię różne złe rzeczy i się rozmyślił... - A ja myślę, że on jeszcze do ciebie wróci. – odrzekła z przekonaniem. – Może na razie chciał ci się tylko przyjrzeć. - No nie wiem, mam pewne podejrzenia co do niego i jeśli one okażą się słuszne to by znaczyło, że miał wystarczająco dużo czasu, żeby mi się przyjrzeć. - Jakie podejrzenia? - Jestem prawie pewien, że to był mój anioł stróż. - Och – krzyknęła, jednocześnie przytykając zwiniętą dłoń do ust. – Anioł stróż?! - Tak – potwierdził z prawdziwą dumą w głosie. – MÓJ anioł stróż. - I wyglądał tak jak na tych wszystkich obrazkach, które dostaje się od księży po kolędzie? Był biały, piękny i miał wielkie skrzydła? - Nie pamiętam, żebym widział u niego skrzydła, ale może aniołowie stróżowie niekoniecznie ich potrzebują? - Jak to? - No wiesz, oni chyba nie muszą latać tak dużo jak pozostali. Są przywiązani do swojego człowieka, muszą go pilnować i nie spuszczać z niego wzroku ani na moment, a więc nie potrzebują latać. - No nie wiem – nie wyglądała na przekonaną – ja myślałam, że wszystkie anioły mają skrzydła. - Możliwe, że po prostu ich nie widziałem, może jakoś je złożył, w końcu stał do mnie przodem. Zapadła cisza. Chłopiec grzebał nogą w piachu, dziewczynka oblizywała ubrudzone od czekolady palce. Wytworzyła się między nimi pewna nienazwana więź porozumienia. W jednej chwili, do tej pory zupełnie sobie obcy stali się nieomal spiskowcami. Przynajmniej tak właśnie oboje się czuli. A potem zapadł wieczór i oboje rozeszli się w milczeniu do swoich domów. Po kolacji chłopiec umył zęby i w ogóle cały się umył, nawet obejrzał dobranockę. Kiedy kładł się do swojego łóżka miał przeczucie, że ta noc będzie inna niż wszystkie. Wreszcie zasnął.
II
Otworzyła oczy. Mimo panujących dookoła ciemności wzrok miała zupełnie przytomny i jasny, jakby te pięć przespanych do tej pory godzin nie wpłynęło na jego trzeźwość. Uświadomiła sobie, że coś musiało ją obudzić. Przyzwyczajając stopniowo źrenice do mroku rozejrzała się w poszukiwaniu źródła dźwięku. Drzwi jak zawsze były lekko uchylone. Nie potrafiła zasnąć przy zamkniętych. Kiedyś mamie udało się ją parę razy oszukać i zostawiając wieczorem drzwi otwarte zamykała je później, kiedy sama kładła się spać, dokładnie sprawdziwszy wcześniej czy oddech jej córeczki jest odpowiednio spokojny i równy. Dziewczynka szybko odkryła tę niecną metodę i już po pierwszej awanturze mama musiała się poddać. Od tej pory sama pilnowała, żeby drzwi pozostawały otwarte przez całą noc. Także i tej nocy spojrzenie dziewczynki natychmiast powędrowało w ich stronę, ale kiedy upewniła się co do zachowania rytuału szybko znów zrobiła się senna. Ziewnęła przeciągle i przytuliła się do poduszki. Ale nie mogła zasnąć. Mimo zmęczenia i pragnienia snu, sen nie nadchodził. Nagłe gorąco i pragnienie pojawiło się niemal równocześnie. Odrzuciła kołdrę. W ustach poczuła suchość. Coś się nie zgadzało, kaloryfer był przecież skręcony do minimum, a przez uchylone okno wpadało chłodne nocne powietrze. Tymczasem w pokoju w jednej chwili zrobiło się duszno. Poczuła okropny, ciężki i pulsujący jak żyły zaduch. Powietrze stało. Nie było żadnej cyrkulacji. Jak to możliwe? Podniosła się z prześcieradła na łokciach, stwierdzając z niemiłym zaskoczeniem, że ciało ma mokre od potu. Spuściła nogi z łóżka i przez chwilę po omacku szukała stopami kapci. Kiedy zaczęła iść w stronę drzwi miała wrażenie, jakby przedzierała się przez ciepłą i gęstą niczym błotna maź zasłonę z powietrza. Wyciągnęła przed siebie ręce, aby przypadkiem nie zawadzić po drodze o jakiś mebel. Przez cały ten czas, od momentu przebudzenia, aż do ślepego marszu przed siebie dziewczynka nie czuła żadnego strachu, a jedynie lekkie zdziwienie i coś w rodzaju przygniatającego ją od środka jakiegoś wielkiego ciężaru. Czegoś co nie pozwalało jej nawet za bardzo o tym myśleć, czegoś co w ogóle w większym stopniu wyłączało pracę mózgu. Czuła się ospała i ciężka, zaczęła nawet nie tylko poruszać się ale i widzieć jak zza kotary. Dopiero w kuchni to dziwaczne wrażenie snu na jawie opuściło ją zupełnie. Stała pośrodku, na kafelkowej podłodze z rękami opuszczonymi wzdłuż…