Fantastyka · 11 min czytania
Anioły
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
6 czerwca 1944 Normandia, północna Francja
Niektórzy powiadają, że deszcz jest płaczem Boga... Czy to w poetyckim porywie, czy dla żartu, czy też zupełnie poważnie, zwykłym kroplom deszczu przypisują rolę niebiańskich łez. Tego dnia lało jak z cebra. Niebo opłakiwało nas odkąd wyruszyliśmy z portów brytyjskiego Southhampton. Gdybym wiedział, co czeka nas w najbliższych dniach, płakałbym razem z nim. Około szóstej rano na pokładzie krążownika USS Destiny rozległ się niepokojący odgłos gwizdka. Nadszedł czas. Po chwili bezładnej bieganiny i chaotycznych okrzyków zostaliśmy zapakowani do podłużnych barek desantowych, bardziej przypominających puszki po sardynkach niż zwykłe łajby transportowe. Ostatnie rozkazy, ostatnie słowa pocieszenia od żołnierzy grupy pomocniczej i ruszyliśmy. Ciasne, klaustrofobiczne cylindry odcumowały z metalicznym jękiem od macierzystych statków i ruszyły ku wybrzeżu. Barki sunęły do brzegu bardzo szybko, rozcinając spienioną powierzchnię morza – o wiele szybciej niż wszyscy mogliśmy sobie tego życzyć. Im mniejsza odległość dzieliła nas od mokrego piasku francuskiej plaży, tym więcej głosów przyłączało się do modlitwy odbijającej się echem od zimnych ścian pędzącej barki. „Pan jest mym pasterzem, nie brak mi niczego... Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach, prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia mą duszę, wiedzie mnie po właściwych ścieżkach, przez wzgląd na swoje imię, chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo ty jesteś ze mną”. Kid właśnie zwymiotował. Biedny chłopak. Ledwo miesiąc temu skończył podstawowe szkolenie, a Ci idioci ze sztabu wysyłają go w pierwszej fali natarcia... Kapitan Gennarro nawet nie próbował kryć przed nami tego co oczywiste: to właśnie my dostaliśmy najcięższą robotę, to właśnie nasz kawałek tortu ma najwięcej pestek. - Pamiętajcie – z zadumy wyrwał mnie basowy głos kapitana. Stojący z tyłu barki potężny mężczyzna z kwadratową, zarośniętą szczęką nerwowo potrząsał swym zgaszonym przez deszcz cygarem. – Nie zbijać się w większe grupy: paru zbitych w żółwia to świetny cel, na jednego szkoda amunicji. Uważajcie żeby nie zapiaszczyć broni i osłaniajcie kupry kolegów, którzy będą się pchali bliżej szkopów... Potężna fala uderzyła nagle burtę naszej barki... Dobrze. Przydał mi się zimny prysznic. Musiałem zachować trzeźwość umysłu... Za kilka chwil miałem zostać rzucony na plaże Normandii jako jeden z tysięcy szturmujących niemieckie obwarowania żołnierzy... A tymczasem me myśli krążyły wokół mego dzieciństwa, matki, domu... Były daleko stąd. Akurat w takim momencie musiałem sobie... Cholera! Barka obok eksplodowała w kwiecie ognia! Dookoła fruwały metalowe odłamki i kawałki ludzkich ciał... O Boże... Przecież... Przecież ja ich znałem... To była barka Toma... Tommi, mój przyjaciel jeszcze z czasów studiów... Nie żyje? Nie, nie, to nie mogło się dziać naprawdę. Dookoła nas zaczęły śmigać pociski niemieckiej artylerii. Co i rusz jakaś zbłąkana salwa wybuchała centymetry od naszej barki, zalewając nas rozgrzaną od eksplozji wodą... Boże, błagam Cię, pozwól mi to przetrwać. Deszcz padał nieustannie. Terkot kropel rozbijających się o metalowe dno naszego małego okręciku zaczął powoli mieszać się z innym odgłosem. Terkotem karabinów maszynowych. Chyba się zbliżamy. Chryste, co ja tu robię?! Jestem angielskim pisarzem, nie żołnierzem! W ręku powinienem dzierżyć pióro, nie karabin! Mym celem są słowa, proza, treść, nie zabijanie! Z każdym metrem przybliżającym nas do brzegu, czułem jak moje nogi uginają się pode mną coraz bardziej. Terkot karabinów słyszanych z oddali zamienił się w niemal nieprzerwany huk wystrzałów. Pociski szkopów rozbijały się o burtę barki, niczym wściekłe, szarżujące zwierzęta chcące rozerwać nas na strzępy... Jakiś zbłąkany uderzył w kant rampy, odbił się od niej rykoszetem i pomknął na tyły... Przeleciał przez sam środek gardła operatora barki... - Medyk! – wrzasnął kapitan Gennarro doskakując do sterów łódki... Gdyby nie jego szybka reakcja, staranowalibyśmy barkę p prawej... – Medyk! Warner przecisnął się przez panikujący szereg i podbiegł do duszącego się własną krwią operatora. Nawet nie zauważyłem wcześniej, że był medykiem... Czerwony krzyż na jego hełmie jakoś umknął mej uwadze... - Trzymaj się! – ryknął do trafionego, starając się zatamować sikającą krwią ranę. – Będzie dobrze! Zobaczysz! Wyjdziesz z tego! Przez chwilę nawet w to uwierzyłem... Na ziemię sprowadziło mnie dopiero sowite przekleństwo Warnera, gdy operator zaczął trząść się w przedśmiertnych konwulsjach. Biedak wykrwawił się na śmierć nim nawet dobiliśmy do brzegu... Któryś z chłopaków rozpłakał się gdy barką zakołysała fala uderzeniowa, powstała z wybuchu tuż obok naszej burty... Byliśmy bezradni, zamknięci w ciasnej, stalowej trumience, wiozącej nas na nasz własny pogrzeb. - 30 sekund! – ryknął Gennarro, starając się utrzymać łódź na kursie, mimo szalejącego ostrzału niemieckiej artylerii. – Odsuńcie się od rampy! To było najdłuższe 30 sekund w moim życiu. Gdy tylko upłynęło... Żałowałem, że nie wykorzystałem tego czasu na modlitwę. W chwili opuszczenia rampy, seria z niemieckich cekaemów skosiła pierwsze dwa szeregi. Nie myśląc wiele, natchniony…