Fantasy · 7 min czytania
Anioły latają nocą
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wjechał powoli do miasta. Jego dwaj wierni towarzysze wszędzie za nim podążali. Patrzyli na przyglądających się im ludzi z wyższością, jak to ci, co uważają, że mają ważną misję do spełnienia. Na imię mu było Edvardo. Długie, brązowe włosy były tak ciemne, że prawie czarne. Jasnozielone oczy spoglądały na wszystko jakby z lekkim znudzeniem. Mocno zarysowana kwadratura szczęki i szerokie ramiona przysporzyłyby mu wielbicielek... gdyby nie był sługą Bożym. Podobnie, jak jego towarzysze. Pierwszy z nich, Pedro, był przysadzistym mężczyzną o krótkiej, rudej brodzie. Tyczkowaty blondyn o ciemnoniebieskich oczach nosił imię Alexander. Ci dwaj i Edvardo nigdy się nie rozstawali. Egzekutorzy. Młot na czarownice. Tak nazywał ich motłoch. Ich cel jednak był o wiele szczytniejszy – chcieli oczyścić wszystkie ludzkie dusze z grzechu. Niemniej, gdziekolwiek się pojawili, budzili strach. Powoli, demonstracyjnie zsiedli z koni. Nocleg na najbliższe dni zaoferowała im typowa kura domowa i – jak się okazało – wdowa. Gdy doszli na miejsce Edvardo zajął się oporządzaniem koni. Nie znosił, gdy ktoś inny zajmował się nimi. Wtedy zobaczył ją po raz pierwszy. Zdecydowanie wyróżniała się z tłumu, głównie ze względu na ubiór. Miała na sobie obszerny płaszcz, mimo że było ciepło. Blond włosy delikatnie falowały, okalając twarzyczkę w kształcie serca. Duże, niebieskie oczy, patrzyły na wszystko łagodnie, a w kącikach ust igrał uśmiech. Nosek był nieco zadarty. Długa szyja i drobne dłonie o długich palcach zdradzały, że pod płaszczem kryje się bardzo szczupła postać nie nadająca się do ciężkiej pracy. Musiała być szlachcianką. Ale ten strój... Edvardo pomyślał wtedy, że tak muszą wyglądać anioły. Minęła chwila, zanim otrząsnął się po jej odejściu. Jeszcze w czasie kolacji był nieswój. Ciągle rozmyślał o dziewczynie. Gdy jego kompani odeszli na spoczynek postanowił coś z tym zrobić. – Przepraszam – zagadnął nieśmiało gospodynię. Wcześniejsza buta gdzieś znikła – czy wie może pani, kim jest dziewczyna w obszernym płaszczu? Widziałem... – Jenny? – przerwała mu niefrasobliwie – tak, znam ją. Człowiek czuje się przy niej szczęśliwszy. Aż dziw, że tak krucha istotka może być tak pracowita. – To ona nie jest szlachcianką? – wyrwało mu się. zreflektował się jednak szybko. Z reguły nie pozwalał, by emocje brały w nim górę. Coś było nie tak z tą dziewczyną. – Szlachcianką? Ona? – kobieta zdawała się niczego nie zauważać – nie, to sierota. Przybyła tu pół roku temu. Myślę, że Bóg jest jej przychylny i wszystkiemu, co ją otacza, bo bardzo dobrze nam się wiedzie w miasteczku, odkąd się pojawiła... Nagle usłyszeli pukanie. Po chwili, nie czekając na zaproszenie, weszła około czterdziestoletnia kobieta z chytrym błyskiem w oku. – Słyszałam, że się tu zatrzymaliście, panie – powiedziała – wiem, gdzie w naszym mieście jest czarownica. – Mów – dawna buta powróciła do Edvardo. – Widziałam, jak Jennifer, ta przybłęda, zamienia się w kruka. – Bzdura – Edvardo machnął ręką, nagle tracąc zainteresowanie. – Ja tak nie uważam – stwierdził Pedro, gdy razem z Alexsandrem wchodzili do izby – może nam pani opowiedzieć to zdarzenie dokładniej?