Fantastyka · 16 min czytania
Anioły szaleństwa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Notes okazał się nabytkiem zdrowym, aczkolwiek kosztownym. Nadwyrężył bowiem jego tygodniowy budżet w znacznym stopniu. Sam dokładnie nie wiedział co popchnęło go do jego kupna. Poczucie beznadziejność i osamotnienia pośród ludzi? A może po prostu paskudna jesienna pogoda? – tak, to na pewno pogoda- stwierdził w duchu. Wiedział, że to nieprawda… Siedząc na łóżku, przy nocnym stoliku, spoglądał z zastanowieniem na zeszyt. W jednej ręce miętosił ostatnie grosze w tym tygodniu, w drugiej trzymał długopis, gotów zacząć pisać. Tylko pomysłu brakło… Spojrzał przez okno swojego pokoju na szarzejącą szybko ulicę w poszukiwaniu jakiegoś natchnienia. Ku swojemu zaskoczeniu, odnalazł je. Ulicą żwawo szła młoda dziewczyna, próbująca uchronić się przed zacinającym wiatrem. Mimo mocno naciągniętej na czoło czapki, dostrzegł jej smutne oczy. – Jest tak samo samotna jak ja… - Gotów był już przelać pierwsze słowa na papier, gdy drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem i wlała się przez nie masa ludzi. - Stary, co ty robisz? Impreza jest! – Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Mateusz zamknął notes i schował go z rezygnacją do szuflady. – No tak, akademik… - pomyślał i wyszedł znaleźć sobie jakieś miejsce na czas zabawy.
Szkoła sama w sobie nie jest złym miejscem. Jest. W gruncie rzeczy, takim samym miejscem jak każdy inny budynek użytku publicznego. Trzeba po prostu dostrzec jego jaśniejsze strony. – Żeby to było takie łatwe… - przemknęło Mateuszowi przez głowę. Dzień faktycznie nie sprzyjał uśmiechaniu się do samego siebie. Od rana wiatr uderzał ze złością w szyby budynku akademika, których szczelność słusznie należałoby poddać w wątpliwość, a następnie, co tu dużo mówić, po prostu wymienić. Jednak nie to jeszcze przybiło Mateusza najbardziej. W końcu była jesień. Pomijam oczywiście niewyspanie, dolegliwość dla studenta typową. Okazało się, że ciepłe i szczelne, jak mu się wydawało ubranie, wcale nie jest ciepłe., a co gorsza, szczelne. - Czas rozejrzeć się za nowym płaszczem – mruknął do siebie, po czym schował głowę w ramiona i zaczął iść niedawno poznanym szlakiem w stronę szkoły. Idąc nie do końca zamiecionym chodnikiem (-Chyba myślą, że wiatr odwali całą robotę za nich…) myślał o swoim psim losie. Poniekąd myślał słusznie, ostatecznie spędzi tu kolejne trzy lata swojego życia. Rozmyślania przerwał mu dźwięk klaksonu samochodowego. Oglądając się, zdążył zauważyć jedynie strugę wody pędzącą w jego stronę…
Szatniarka dziwnie na niego popatrzyła, kiedy oddawał ociekający wodą płaszcz. Jednak taktownie nic nie powiedziała, a on, również taktownie (a jakże!) podziękował za numerek od wieszaka i poczłapał w stronę schodów wydając przy tym śmieszne dźwięki, kiedy jego mokre jeansy chlapały w podłogę. Na szczęście twarz wytarł wcześniej, chusteczkami higienicznymi, które szczęśliwym trafem miał w kieszeni płaszcza. W szkole był wcześnie, jak zwykle. Cisza w pewien sposób mu pomagała. Po korytarzach kręciło się tylko paru dojeżdżających. Mateusz wszedł na najwyższe piętro i usiadł przy sali, w której rozpocząć się miała codzienna katorga, czy jak kto woli, po prostu zajęcia. Wybrał miejsce pod oknem, co było, rzecz jasna, głęboko przemyślaną decyzją. Powody do jej podjęcia naliczył aż dwa. Po pierwsze, tylko tam było widno, a po drugie, i chyba istotniejsze, znajdował się tam kaloryfer. Sezon grzewczy już się na szczęście rozpoczął. Susząc spodnie, wyciągnął z torby kupiony poprzedniego dnia notes i zapatrzył się w jego okładkę. Znajdowały się na niej chyba wszystkie możliwe odcienie zieleni, ale nic poza tym. – Jak to nic poza tym? – pomyślał Mateusz i odwrócił notes, żeby obejrzeć tylną okładkę. Dopiero teraz zauważył, ku swojemu zdziwieniu, że tylna okładka również nie zawiera nic prócz zieleni. Żadnych znaczków, adresów stron internetowych i, co ciekawe, żadnego kodu kreskowego. - Ciekawy egzemplarz – wyrwało mu się w przestrzeń. Otworzył zeszyt na pierwszej stronie, dokładnie tam, gdzie wczoraj miał zamiar zacząć pisać. Otworzył i osłupiał. W lewym górnym rogu (czyli tam, gdzie zwykle rozpoczyna się pisanie) widniały dwa słowa. Nie miał kłopotów z ich odczytaniem, gdyż były napisane jego charakterem pisma. Chociaż trzeba przyznać, że niesamowicie starannie. „Anioły szaleństwa”. I nic więcej. - Przecież nic nie pisałem. – mówienie do siebie zaczęło mu wchodzić w nawyk, ale na chwilę obecną ani sobie z tego nie zdawał sprawy, ani, tym bardziej, się tym nie przejmował. Mógł to przecież napisać każdy, ale w literkach wyraźnie widział swoje pismo. Z zadumy wyrwało go krótkie i całkiem wesołe, mimo że lekko zaspane „Cześć!”, rzucone przez Bartka, kolegę z grupy. Mateusz pośpiesznie zatrzasnął zeszyt i schował do torby, odwzajemniając przywitanie. Nawet ucieszył się na widok ochlapanych błotem spodni kolegi. - Widzę, że nie jestem sam – zagadnął kiwając wyjaśniająco głową w kierunku ubrania. Bartek trochę się zarumienił, przysiadł na krześle po drugiej stronie okna, jednocześnie próbując zakryć play i trzymać nogi jak najbliżej grzejnika. - Faktycznie.– spojrzał na ubranie Mateusza – Marna dziś pogoda… Mateusz zapewne coś by odpowiedział, jednak jego myśli krążyły gdzieś daleko, wokół tajemniczych aniołów szaleństwa. Niestety, teraz nie było mowy o dociekaniu sprawy tego dziwnego wpisu. Kiedy ocknął się z zamyślenia, zobaczył Bartka siedzącego z nosem w książce. Korytarz był pełen ludzi czekających na zajęcia…
Myślenie niespecjalnie mu szło. Niby wszystko słyszał, ale nie jest pewne czy wszystko rozumiał. Albo inaczej, jest pewne, że nie rozumiał nic. Nie zmartwił go nawet fakt, że nie zaliczył kolokwium. Jego myśli wciąż zaprzątnięte były zeszytem. Kiedy wracał ze szkoły, jak zwykle okrężną drogą, spotkał znajomego, który wisiał mu dychę i przejawiał chęci oddania jej. – Pierwsza miła rzecz od rana – pomyślał. Jako że był czwartek, a dycha była prawdziwie niespodziewanym zbiegiem okoliczności, w dodatku bardzo mu sprzyjającym, postanowił ją wydać. – Ostatecznie – powiedział do siebie – pieniądze są środkiem, nie celem samym w sobie – chciał w to wierzyć. Poniekąd starał się trzymać tej zasady, jednak jakoś głupio było mu wydawać kasę matki. Ale obecna kasa była jego. – A poza tym, czasem mogę sobie pozwolić na odrobinę luksusu. Wybrał się zatem na kawę. Uznał to za najlepszy pomysł z paru powodów, głównie jednak dlatego, że odwlecze to jego powrót do akademika. To miejsce go dobijało. Przecież właśnie dlatego co dzień wracał „w drugą stronę”. - Przy okazji zwiedzę miasto – jego myśli okazywały się niesamowicie krótkie, aczkolwiek oddawały wystarczająco dużo treści. Po krótkim spacerze okazało się, że nie ma tak naprawdę co zwiedzać. Po dłuższym spacerze okazało się, że kawiarni również nie ma. Zrezygnowany, przybity szarością i bezpłciowością miasta, zaczął marsz w kierunku miejsca swojego noclegu. – Jak ktokolwiek może nazwać internat domem? – zastanawiał się – Zwykły brak szacunku dla prawdziwego domu… - Jednak z jego ust wydobyło się jedynie: - Dziwne… Mijając drobną, ciemną uliczkę (może mu się tylko wydawało, że jest ciemna, ostatecznie, co nie jest w taki dzień jak ten?) poczuł, że warto tak skręcić. Nie do końca rozumiał swoje postępowanie, gdyż zwykle omijał takie miejsca szerokim łukiem i szybkim krokiem. - Chyba gorzej już dziś nie będzie – nadal nie uważał, żeby mówienie do siebie było dziwne. Krocząc powoli uliczką, zastanawiał się skąd wzięły się tam wszystkie budynki, tworzące swego rodzaju labirynt ścian. Spostrzeżenie słuszne, jednak szybko opuściło głowę, którą z kolei zajęło nieokreślone uczucie, przypominające dziurę. Mateusz spojrzał w górę i w wąskiej szczelinie między dachami budynków zauważył całkiem ciemne już niebo. - Jesień… - głos starał