Komedia · 7 min czytania
Ann in Salt Lake |Rozdział 1|
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
*Albuqerqe, Polska Ugh, jak ja nienawidzę mojej szkoły. Minęły trzy tygodnie od początku roku szkolnego, a już mnie gdzieś wysyłają. Czemu to ja mam zawsze takiego pecha [moja siostra cioteczna powiedziałaby, że to raczej fart nie pech] tak czy siak jestem totalnie wkurzona, idę skoczyć z bloku w którym mieszkam. A wspominałam, że mieszkam w bloku. Jak nie to już o tym mówię. Rodziców jak na razie nie stać na kupno domu, więc mieszkamy w bloku. Mieszkanie w bloku ma swoje wady i zalety [jeśli to w ogóle ma jakieś zalety]. Mieszkanie było dość duże, bo mieliśmy tam kuchnię, dwie łazienki, salon, i dwie sypialnie, a i korytarz. Mieszkaliśmy pod numerem 36 na 6 piętrze. Czy ja już mówiłam, że mam ogromnego pecha?! Nie dość, że mieszkam w bloku, to piętro niżej pod moim pokojem mieszka nie jaki David Arias [jest przystojny to fakt, ale wyklucza go jedno, on nie ma mózgu i jest strasznie dziecinny, bo jaki normalny człowiek nazywał by swoja deskorolkę?!]. No więc mam udane życie prawda?! Weszłam do domu w totalnie złym nastroju -Wróciłam - rzuciłam smętnie i miałam zamiar udać się do mojego pokoju, ale oczywiście musieli mnie zatrzymać. -Ann co jest?? - spytała moja rodzicielka -Nic - rzuciłam od niechcenia -A właśnie że coś się dzieje - ciągnęła dalej temat [o boshe czy ona musi być taka upie**liwa?!] -Nic się nie dzieje, na prawdę - coraz bardziej, chce się rzucić z tego bloku. -No dobrze, ale jak coś to mów -Dobra - wow nie ciągnie dalej tematu zupełna nowość - idę do pokoju - rzuciłam wychodząc z kuchni -Dobra, idź odrób lekcje, a potem zjesz obiad -Jasne, a i bym zapomniała, trzymaj - dałam jej kopertę, którą dał mi dziś na lekcji polskiego pan D. -Co to - zapytała [nie no, znowu się pyta] -Nie wiem, otwórz to się przekonasz - oczywiście, że wiedziałam, ale chciałam jak najszybciej być w pokoju, w swoim pokoju. Mój pokój, nie był za wielki, ale strasznie go lubiłam. Sama nie wiem czemu. Walnęłam się na łóżko i włożyłam do uszu słuchawki i puściłam muzykę. Leciała akurat "You'll always find your way back home" uwielbiam ja. Ogólnie lubię piosenki Miley Cyrus. Zawsze mnie pocieszają. Tak sobie jej słucham i zastanawiam się, dlaczego to zawsze mnie spotykają takie okropne rzeczy. Nie mógłby zdarzyć się choć raz jakiś cud. Jakikolwiek. Nie zaraz zdarzył się. Przecież wyjeżdżam z wymianą uczniowską do Salt Lake City i odpocznę od Davida. Życie jest cudowne! Nawet się nie zorientowałam, ale zaczęłam z tego całego szczęścia skakać na łóżku, aż w końcu z niego spadłam [ałć moje biedne cztery litery].I do pokoju wpadła mama. -Co się stało - spytała przerażona [jak zwykle] -A nic - szybko podniosłam się z ziemi i otrzepałam z kurzu [muszę kiedyś posprzątać w tym moim pokoju] -A to dobrze, a i już wiem co to za list. -No - zapytałam z udawaną ciekawością -Jedziesz na wymianę uczniowską do Salt Lake City w stanie Nowy Meksyk - powiedziała podekscytowana [pierwszy raz widzę ja aż tak szczęśliwą, może cieszy się, że mnie się stąd pozbędzie, no no jestem jej córką nie mogła by, a może by mogła, już sama nie wiem] -Cco?? - zapytałam z udawanym niedowierzaniem…