Erotyka · 8 min czytania
Anna, czyli odkrycie.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ostry dźwięk telefonu przywrócił Warren’a światu. Siedząc na schodach swojego drewnianego domu, całkowicie zatracił się w polerowaniu rury wydechowej swojego Harleya. Z przekleństwem na ustach, wytarł brudne od smaru ręce w kawałek szmaty i odebrał połączenie. Kontakt z ludźmi był ostatnią rzeczą, o której teraz marzył. -Przyjedź natychmiast – głos komendanta nie pozostawiał złudzeń co do reszty popołudnia. Warren ponowni zaklął, tym razem na dzień w którym zgodził się być „doktorem od dusz” na każde zawołanie. W tej zapomnianej przez Boga i ludzi osadzie pełnił rolę nadwornego psychiatry, pracującego dla policji, szkoły, miejscowego szpitala i nawet każdej zbłąkanej istoty, jak mu się czasem zdawało. Mając 45 lat wyjechał do tej najgęściej zalesionej i najrzadziej zaludnionej części Kanady, aby naiwnie choć czasem mieć chwilę tylko dla siebie. Bez przebierania się – „to nie będzie długo trwało” – wskoczył na choopera i spojrzał w stronę leśnej drogi. Nie możliwym byłoby doszukanie się w jego postaci lekarza psychiatrii drugiego stopnia specjalizacji. Długie, czarne włosy – rockandrollowe pióra- zebrane w kucyk, skórzana kurtka i życie wypisane na twarzy. Wolność, która sprowadziła go w te bezludne okolice, cenił sobie na życie, a życie nad psychiatrię. Czasem trzeba było jednak ugiąć kark, gdy obowiązki wzywały. -Jest mocno narąbany, chyba po amfie, ale odpowiada w miarę składnie.- znajomy policjant pokrótce objaśnił sytuację. -Przesłuchujecie go na haju? Przecież to zabronione! Co ja tu robię? Dajcie mu się wyspać i po sprawie! - Czekaj, posłuchaj co on mówi. Dr John Warren przyglądnął się przez weneckie lustro zatrzymanemu. Młody, dobrze wyglądający chłopak chaotycznie opowiadał z zaangażowaniem jakby dostał słowotoku. Oczywiście zeznania pod wpływem nie były dla policji dowodem, jednakże te były wyjątkowo wartościowe. - Chata MacClain’ów, tak ta rudera… Nie wiem, rok, dwa, pięć, było nas kilkunastu, ale odjazd, mówię ci stary, tego jeszcze nie było… -I co ja mam z nim zrobić? Słuchać przechwałek w narkotycznym zwidzie. Po cholerę mnie – lekarz przerwał. -Tak, ta lekarka, nie wiem jak jej było, Bergnon, Bergson.. Chyba Anna… no mówię ci stary, że to ona ..- młody z pasją zwierzał się podstawionemu policjantowi. -co ja…- wydukał Warren, wpatrując się w młodego. -Powiedz mi tylko, czy on kłamie. – zniecierpliwił się policjant. -Cholera go wie, wygląda na to że nie, ale Bergson… Przed oczami stanęły mu wydarzenia, które znał tylko z opowieści. Wydarzenia, które miały miejsce pół roku przed jego przybyciem do Soul Hills. Wydarzenia, przez które w ogóle tu przyjechał. Ze zdjęcia przy artykule w lokalnej prasie patrzy młoda, uśmiechnięta dziewczyna. Nie wygląda na swoje 30 lat i tytuł dra psychiatrii. Przez kilka lat wykonywała tu swoją pracę, dopóki pewnego dnia nie rzuciła wszystkiego i bez słowa wyjaśnienia wyjechała w nieznane. „Zupełnie do niej niepodobne” i „poszła w tango” to opinie, które opisywały tą dziwną historię jeszcze przez jakiś czas. A później zjawił się on i życie popłynęło swoim torem. Czasem tylko ktoś wspomniał jej imię, jak gdyby w określeniu, że zmiana dla miasteczka wyszła na gorsze. -Czy on mówi prawdę? – powtórzył się policjant. -Skąd do cholery mogę widzieć? Jest naćpany i może mówić o wizycie cioci z Marsa. Nie zdiagnozuje go po wysłuchaniu narkotycznych przechwałek. A zresztą, do cholery, czemu nie pojedziecie i nie sprawdzicie tej rudery. Kto tu jest do cholery policją, ja czy wy? Czasami tracił wiarę w lokalnych stróżów prawa. Mimo to, a może właśnie dlatego, nigdy nie odmawiał im pomocy. Zresztą komendantowi, swojemu staremu kumplowi, był winien niejedną przysługę. Odprowadził wzrokiem kilku zbierających się do wyjazdu w leśne tereny…