Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 13 min czytania

Anna i Marian wśród krokodyli

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pewnego pięknego popołudnia do Mariana przyszedł list. Polecony. - A skąd ten list? - zapytała Anna. Marian odwrócił kopertę i się zdziwił. - Z Konga. - Skąd? - Z Konga. To taki kraj w Afryce. - W Afryce? - Nie, na Antarktydzie - zniecierpliwił się Marian. - Geografii cię w szkole nie uczyli? Anna zawstydziła się. - Bo wiesz... Ja dużo chorowałam... - Dobra, dobra, otwórzmy ten list. Marian wziął pilniczek Anny i otworzył kopertę. Wyjął kartkę i zaczął czytać: - "Szanowny panie Bartoszek! Informujemy, iż dnia 19 maja 2007 roku zmarła Pańska ciotka Hiacynta Podolewska z domu Bartoszek. Zgodnie z ostatnią wolą zmarłej należąca do niej farma krokodyli przechodzi w Pańskie ręce. Prosimy o zgłoszenie się do ambasady kongijskiej w Warszawie, ul. ...". Marian zamilkł z wrażenia. - Marian, o co chodzi? - zapytała Anna. - Sam chciałbym wiedzieć - wydusił z siebie po chwili. Był zaskoczony - zarówno tym, że otrzymał taki spadek, jak i faktem, że w ogóle miał jakąś ciotkę.

Marian poszedł do ambasady. Wrócił wieczorem i od samego progu krzyknął: - Anna, w piątek wyjeżdżamy! Annie talerz wypadł z rąk. - Marian, czyś ty oszalał? Podejmować taką decyzję z dnia na dzień? - Oj, cicho. Taka okazja może się już nie zdarzyć. - A szczepienia? - Załatwiłem na jutro. - A mieszkanie w tej... no... Afryce? - Jest na miejscu po ciotce. Anna po chwili milczenia rzuciła: - W mordę, zabiłeś mi klina.

Anna biegała po mieszkaniu jak szalona. Wyciąganie, pakowanie, wyciąganie, pakowanie... Istne szaleństwo. W dodatku ten popapraniec Marian zostawił całe pakowanie na jej głowie, podczas gdy sam zajął się "formalnościami", czyli zwyczajnym obijaniem się. - Kurczę, gdzie dać ten kubek - gorączkowała się Anna. - No kurde, w walizce się już na bank nie zmieści! Cholerny Marian, mógłby mi choć raz pomóc! - wściekła się i włożyła kubek do plecaka. Tak wyglądało całe pakowanie, dopóki nie wrócił Marian. - Wreszcie żeś wrócił - sarknęła Anna i rzuciła mu stertę ubrań. - Masz, spakuj. - Ale... - zaczął zaskoczony Marian. - Ale to ty miałaś wszystko spakować. - Ja, ja, ja! - odburknęła Anna. - Jak zwykle wszystko na mojej głowie. Pakuj i nie marudź. Ja już się narobiłam. Marianowi nie pozostało nic innego niż wziąć się do roboty. Wolał się nie stawiać, bo humory Anny potrafią być mordercze. Mimo to przez całe popołudnie miał przekichane. Anna ganiała go ciągle do pakowania, zarzucała różnymi przedmiotami i dodatkowo na niego okrutnie wrzeszczała. gdy coś włożył nie tam gdzie trzeba.

Ku radości Marianka wreszcie nastał wieczór, a pakowanie zostało pomyślnie zakończone. Niestety nie było tak różowo, jakby się tego spodziewał - musiał jeszcze zrobić kolację. Gdy on stał przy garach, Anna rozmyślała sobie głośno, w co się jutro ubierze. - Hm... Może włożę tą niebieską sukienkę? Co o tym sądzisz, Marian? - Tobie we wszystkim jest ładnie. Anna spojrzała na Mariana dosyć dziwnie. - No co ty nie powiesz. Ale co do tej sukienki? Może te czarne lakierki? Nie, nie, czarny w taki upał... Lepiej jakieś sandałki... Tak, te granatowe... I do tego może te srebrne bransoletki?... Marian nie mówił już nic. Tylko wysłuchiwał próżniaczych wywodów swojej żony, przy okazji przygotowując na kolację spaghetti z sosem śmietanowym. Zastanawiał się tylko, co jego ukochana powie na to, co zastanie w Afryce - brak butików, dużo pracy przy krokodylach i typową afrykańską kuchnię, w której nie ma spaghetti.

Dzień wyjazdu zaczął się beznadziejnie. W budziku zaczęły siadać baterie i dlatego ten zadzwonił pół godziny później. W dodatku Anna i Marian byli "nie w formie" po wczorajszym przyjęciu pożegnalnym, które urządzili im przyjaciele z pracy. Anna na gwałt robiła sobie makijaż, Marian zaś upychał do toreb ostatnie ubrania. - Zamówiłaś taksówkę? - zapytał znienacka Marian. - Ja? - odpowiedziała mu pytaniem Anna, odwracając się od lusterka. - No a kto? Idź zadzwoń. - Ale dlaczego ja? - Bo wczoraj ja odwalałem całe pakowanie! - ryknął zniecierpliwiony Marian. Anna pokornie odłożyła lusterko i szminkę i poszła zamówić taksówkę. Pół godziny później Marian i Anna już byli w drodze na lotnisko. - Państwo to pewnie w podróż poślubną, co? - zagadnął taksówkarz. - No co pan - żachnął się Marian. - My jesteśmy już pół roku po ślubie. - A, no to przepraszam - odpowiedział taksówkarz. - Dostaliśmy w spadku farmę krokodyli w Afryce i teraz tam jedziemy - pochwaliła się Anna. - Ulala, to gratuluję.

Anna i Marian dotarli wreszcie na lotnisko. Objuczeni walizami i plecakami przeszli przez odprawę celną. Wreszcie znaleźli się w samolocie. - I jak? - zapytała Anna. - Co "jak?" - odpowiedział jej pytaniem Marian, wygodnie usadawiając się w fotelu. - Jak tam przez rozpoczęciem nowego życia? - Może być. Potem będzie gorzej... - Co "gorzej"? - A nieważne. Już pół godziny później Anna przekonała się, o co chodziło Mariankowi. Pół godziny po rozpoczęciu lotu Anna zauważyła, że Marian jest dziwnie blady. - Wszystko ok? - zapytała. - Nie - wyrzucił z siebie Marian. - Co jest? - Szczerze? - Szczerze. - Niedobrze mi. Anna zaniepokoiła się. - Masz chorobę lotniczą? - Dokładnie. - To może weź lepiej idź do toalety? - Wiesz, co? - Co? - To chyba twój najlepszy pomysł od czasu naszego ślubu. Marian z trudem wstał i podreptał w stronę pokładowej łazienki. - No - powiedziała sama do siebie Anna. - Strach pomyśleć, co by było, gdyby zwymiotował mi na nową kieckę.

Podczas gdy w pokładowej toalecie Marian przeżywał chwile koszmaru, Anna spędzała czas w towarzystwie kilku innych pań. Zamówiły krewetki z ryżem i plotkowały w najlepsze. - Bo widzi pani - żachnęła się szczupła szatynka w okularach. - Faceci są fajni. Ale do ślubu. - Coś w tym jest - powiedziała Anna, przeżuwając krewetkę. - Chociaż mój Marianek to jeszcze przed ślubem miał odpały. - To znaczy? - zapytała pulchna blondynka. - To znaczy, że on zawsze miał jakieś problemy z samym sobą. A po ślubie... uuuu... szkoda gadać. Totalny pantofel. - To tak jak mój Pączuś - westchnęła pulchna blondynka. - Też jest pantoflarzem... Ale mu nigdy nie odbija. - Nawet nie wiesz, jakie masz szczęście - powiedziała Anna. - A ty lecisz sama, czy z tym swoim Mariankiem? - zapytała Annę szatynka w okularach. - Z Marianem, ale jest... hm... jakby to ująć... chwilowo…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Anna i Marian wśród krokodyli — czytnik · opowiadania