Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Militaria · 19 min czytania

Annual Camp w UK

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Tegoroczny Annual Camp (zwany też Summer Camp) dla kadetów z The Black Watch Battalion Army Cadets Force był w Anglii w Północnym Yorkshire – w domu 38 Królewskiego Pułku Inżynieryjnego w Ripon – w dniach 8 – 14 lipca 2006 roku.

Jak to było na obozie? Świetnie. Jedynie, czego nam brakowało, to snu. Naszymi ulubionymi zajęciami było na przemian spanie i jedzenie.

1 DZIEŃ

Na trzy dni przed wyjazdem przyszedł rozkaz – kadeci, instruktorzy oraz oficerowie obowiązkowo mają stawić się na zbiórkach w… ubraniach cywilnych Przyjazd do jednostki - zakwaterowanie. Oprowadzenie nas po małym obszarze jednostki, w których granicach mamy jako tako prawo bytu. Wstępne próby zamordowania nas musztrą kompanijną. Potem wybieranie najlepszych 30 osób z całej kompani do musztry reprezentacyjnej. Znalazłam się w tej grupie. I jeszcze powtórka z rozrywki - przećwiczenie wszystkiego, co związane z patrolem. Uzupełnienie stanu etatów osobowych w plutonach i drużynach. Kolacja. Wydanie oporządzenia. Potem długa zbiórka dla całego batalionu – jakiś Sergeant Major informował nas, co wolno, czego nie, a przede wszystkim co musimy robić – od tej chwili aż do końca obozu nie jesteśmy cywilami i nigdzie nie chodzimy w pojedynkę, spacerkiem – wszędzie chodzimy grupami, maszerując i salutując każdemu napotkanemu po drodze oficerowi. A teraz spać. Bo już prawie północ.

2 DZIEŃ.

Wstajemy 6:30. Zimno, pada. Myślę sobie - i już po pogodzie. Zapomniałam Anglię – to, że są 4 pory roku. To nie Szkocja - że pada 3 dni. Albo 3 tygodnie. Wywlekamy się z łóżek, opieszale ubieramy w mundury DPM. Szykowanie sali do inspekcji. Inspekcja będzie jak nas nie będzie – standard - przebuszują wszystko. Zamiatanie dywanu szczotką – jak się później okazało, nasz codzienny, poranny nonsens. Taka syzyfowa praca. Ostatnie poprawki i na śniadanie. Śniadanie wspaniałe - takie obfite, jakby zaraz nas mieli na rzeź wysłać – bylebyśmy wyruszyli w dobrych humorach. Po śniadaniu apel dla całego batalionu. Kapelan w stopniu oficerskim błogosławi nas, nasze rodziny, braci i siostry. Prosi Boga, aby nas chronił przed kulami wroga, aby dał nam siłę spełniać nasze obowiązki [broń kraju – czyli: zabijaj wroga, zabijaj, zabijaj, nie daj się zabić, zabijaj, zabijaj, nie daj się zabić samemu podczas zabijania]. Potem musztra całą kompanią. Wspaniała pogoda – zimny deszcz jak spod prysznicu – oczywiście zacinający w twarz. Nie możemy przerwać i schronić się pod dachem – nie będzie czasu na to później. Na koniec nasza wyborowa 30. Dla nas podwójna dawka. Wszystko w deszczu. Już mi się wydawało, że jest wieczór - a tu masz Ci los – 11 rano dochodzi! Po obiedzie się rozpogodziło. Rozkaz - biegiem ubierać się w stroje do PT [w-f]. Zawody sportowe. Kompania przeciw kompani. Dziewczyny przeciw dziewczynom - chłopcy przeciw chłopcom. Przeciąganie liną, piłka nożna i maraton na 3 mile. Wszyscy wracają w pół żywi. Biegiem kolacja, biegiem w mundury – po co taki pośpiech? – a tu masz - zabierać oporządzenie i do zbrojowni! Wydają racje 24 godzinną. Ear defenders. Karabin, z którym idziesz wszędzie i robisz wszystko. 20 kg na siebie i jazda! Kompania rusza na 24 godzinne zadanie, na poligon wojskowy. Na ochotnika, jak się potem okazało. Pluton pierwszy rozkłada się w lesie - pomiędzy nami pnie drzew iglastych - dookoła naszych pozycji drzewa i krzaki nieprzebyte. Gdzieś na zachód od nas jest drugi pluton. Jednak działamy oddzielnie. Mamy z sobą tylko kontakt radiowy. Zanim zajmiemy pozycje obronne, już jest ciemno i nikt nikogo nie rozpoznaje. W mundurach, z karabinem i oporządzeniem jesteśmy identyczni. Rozkładamy poncho nad głową, karimata do spania, oporządzenie jako przykrycie, plecak jako poduszka pod głowę, karabin twoja maskotka - czuwanie to twój cały sen. I nie byłoby tak źle, gdyby nie warty. Miałam dwie warty, każda po godzinę. Poza bazą, na gołej ziemi leżysz nieruchomo wraz z człowiekiem obok ciebie – w ciemnościach przyglądamy się sobie nawzajem aż w końcu się poznajemy – na prawo ode mnie leży Finley Kirk – chłopak z drugiej drużyny. Patrzysz się przed siebie i nic nie widzisz, tylko ciemne kształty. Słuchasz trzasków suchych gałęzi. Wróg łazi dookoła Ciebie i nie może znaleźć Twoich pozycji. Co za ironia. Jednak nam nie szkodzą. Mamy szczęście, bo drugi pluton miał pięć takich nocnych ataków - tych dziennych nawet nie liczyłam - było ich za dużo. Biedni ludzie, Ci z drugiego plutonu. Nic nie pospali. Schodzę z drugiej warty, na której odkryłam, że L95.A1 Cadet GP Rifle to wymarzona broń, z którą można przyjąć taką pozycję strzelecką, że wygląda się tak, jakby się czekało na wroga - tymczasem, drzemiemy sobie niemal spokojnie. Włażę pod swoje poncho, wściekle narzucam na siebie śpiwór – bo się nagle zimnica zrobiła – a ten major kazał pościągać wszelkie szaliki, ochraniacze i rękawiczki. „Bo to nie jesień, moi drodzy.” – powiedział – „Żołnierz brytyjski ubiera się tak tylko jesienią i zimą”. Przez to oporządzenie nie mogę się rozgrzać – śpiwór zahacza o każdy element. I ten ziąb! I przesilenie w nocy! Ktoś woła "Stand to!". Ledwo zeszłam z warty, chcę się zdrzemnąć - a tu masz, wyłazić trzy metry przed pozycje bazy. Leżymy tak znów na zimnym pół godziny. Chce mi się kopać ziemię z rozżalenia i wściekłości - zmęczona, zimo, spać! W końcu docieram pod swoje poncho. Widzę, że kolega Anderson już śpi. On się nie przejmuje. Zdjął buty, zdjął oporządzenie. Ściągnął z siebie Combat Jacket oraz ’95 Shirt - i śpi spokojnie. Broń leży obok, jak bez właściciela. Ja zdejmuję tylko oporządzenie. Instynkty podpowiada mi, że za dużo kłopotów byłoby z zakładaniem na nowo butów, koszuli i kurtki podczas ew. ataku wroga. Rozkoszuję się leżeniem na plecach – jak do tej pory spędziłam już kilka godzin na brzuchu, z oporządzeniem przyciskającym mnie do ziemi. Patrzę na niebo. Patrzę na dwie gwiazdy. Słucham jeszcze ostatnich szeptów w obozie, a potem już tylko szum drzew iglastych nad głową. Zajadam baton czekoladowy z racji żywnościowej - bardziej energetyzujący, niżeli zapychający flaki. Wsuwam się pod poncho, tulę broń do siebie, i zasypiam. Przez sen słyszę nawoływania i strzały dochodzące z pozycji drugiego plutonu – odpierają ataki – to z lewej, to z prawej. Ale nie śpią.

3 DZIEŃ

Budzę się o 5 rano. Ostatnie przesilenie! Zimno! Ale już widno. Spoglądam na sektor, który powinnam razem z Andersonem cały czas obserwować. Ani ruchu. Nasłuchuję. Wszyscy są tak zmęczeni, że nawet przewracania się z boku na bok nie usłyszysz. Cały obóz śpi. Dowódca, dorosły instruktor oraz ten major wraz z wrogiem też się pospali. Sprawdzam, czy ktoś mi nie zwinął karabinu. Nie, jest na miejscu, tak jak go ułożyłam – parciany pasek owinięty na dłoni. Jeszcze spoglądam, czy Anderson wciąż jest „szczęśliwym” posiadaczem swojego wyfasowanego karabinu. Ale jemu także nikt nie zabrał strzelającego złomu, z którym mamy więcej kłopotu, niż pożytku. Leży zimny, matowy, zdarty przez całe pokolenie rekrutów. Obracam się na lewy bok. Zamykam oczy, próbując jeszcze się trochę zdrzemnąć. Nagle pojawiają się komary. Zawsze brzęczą koło ucha. Niech sobie gryzą, tylko niech nie brzęczą i nie nerwują ludzi! Słyszę kilka stłumionych przekleństw i klaśnięć o twarz. Krwio pijcze owady znalazły pożywkę na całym plutonie. Budzę się ponownie. Już po 6. Nie układam się do snu. Instynkt. 6 to godzina to godzina ataku - oczywiście na nas. Major budzi nas wołając trzykrotnie "Stand to!" - co znaczy, że mamy ruszyć tyłki z ugrzanych gniazdek i ponownie wyjść na 3 metry przed swoje pozycje – a potem plackiem leżeć na ziemi. Major przechodzi obok każdego z nas i spogląda nam w twarze. Upewnia się, że nikt nie śpi, nikt nie umarł i nikt nie płacze, po czym mówi „Świetna robota, moi drodzy. Lekką mieliście noc, prawda?”. Wyciąga aparat cyfrowy i wskazuje na Finleya i na mnie. „Skąd jesteście?” pyta się nas. „Auchterarder, sir.” Odpowiadamy. Major odgrywa mały teatrzyk: „O mój Boże. Dziesięcioro was jest na cały batalion – a gdzie nie pójdę, to wpadam na ludzi z Auchterarder. Zmówiliście się, prawda?”. Zrobił nam zdjęcie i zniknął. Nareszcie śniadanie. Gotuję sobie w warunkach polowych po raz pierwszy w życiu. Zajadamy gotowaną fasolę i mięso z racji żywnościowej. Kawa, gorąca czekolada, sok pomarańczowy lub herbata do popicia. Jak kto woli. Zapachy unoszą się w powietrzu. Wszystko jednak prawie biegiem, nie mamy za dużo czasu. Z powrotem do bazy. Znów warty. Mimowolne drzemki, ostatnie szczękanie zębami, wzdryganie się z zimna. Oklejanie palców plastrami i smarowanie pogryzionych ciał przez komary. Wycieczki do śmierdzących kibli. Widzę, że w moim sektorze coś się porusza. Skrada się człowiek wielki jak niedźwiedź i przygląda nam z 30 metrów. Na jego korzyść światło pada tak, że jest tylko czarną sylwetką – nie widzę nawet, czy ma broń. Pukam leżącego obok Andersona ( który zainteresowany był raczej tym, co jest w ściółce, niż to, co przed naszymi pozycjami się znajduje). Pokazuję mu domniemanego wroga. Potem wołam szeptem Finleya i Moha którzy są dwa metry ode mnie. Wskazuję im wroga. Z naszego boku trójkąta tylko ja zauważyłam intruza. Ten jednak przygląda nam się jeszcze chwilę (mam go cały czas na muszce, ale nie strzelamy bez rozkazu), po czym znikł bezszelestnie w krzakach, aby powrócić z resztą swoich kumpli. Dokonali jednego ataku, ale szybko ich odrzuciliśmy. Po południu czas na obiad. Lunch raczej. Kto chce sobie coś ugotować – droga wolna. Wybieramy się do tego małą grupką – mijamy wartę i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%