Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

akcja · 10 min czytania

Anomalie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

To był jeden z tych dni, kiedy nie wiadomo, jaka to pora roku. Cały czas mocno wiało i padał deszcz ze śniegiem. Zielone drzewa co kilka chwil stawały się białe, tworząc nierzeczywisty krajobraz miasta zagubionego w anomalii. Na chodnikach pełno było połamanych gałęzi i liści, prawie z każdego śmietnika wystawał wygięty parasol. Pogoda co rusz się zmieniała. Słońce, nieustannie przysłaniane przez fantastycznie spiętrzone chmury, mocno świeciło, choć momentami grube i ciężkie płatki śniegu padały tak gęsto, że trudno było dostrzec człowieka stojącego kilka kroków dalej, biały puch panował nad wszelką powierzchnią, pochłaniał każdy liść, każde drzewo, tylko po to, by w mgnieniu oka stopić się w niewinnym, słonecznym przebłysku. Mokre ulice wyglądały jak wielkie błyszczące lodowiska, na których pędzące samochody ze swoją przyczepnością zdawały nieprawdziwe, jakby jechały po szynach, a nie śliskiej drodze. Za to po parkingu supermarketu, oddzielonym od ulicy pasem zieleni i chodnikiem, sunęły powoli, płynęły jak po wodnej tafli, szczególnie te drogie, ciemne i długie, z których nie godzi się wysiąść bez koszuli z kołnierzykiem. W pobliżu pod zadaszonym wejściem do sklepu stało kilka osób. Trzech mężczyzn i kobieta – oparci o ścianę, palili papierosy. Ktoś obok rozmawiał przez komórkę, wymachiwał przy tym rękami i krzyczał „no”, „nie” i „nie, kurwa”. Był zdenerwowany, skupiony i czerwony na twarzy, nie zwracał najmniejszej uwagi na stojących pod dachem. Przyszedł z mężczyzną, do którego często się odwracał i pokazywał mu na swoje czoło wskazującym palcem, dając do zrozumienia, że rozmawia z głupkiem, ale tamten, skupiony na swoim dymiącym kebabie, zupełnie go ignorował. Przed supermarketem, nie było zbyt wielu ludzi, ale za to co chwile ktoś wchodził i wychodził przez szklane drzwi, taszcząc przed sobą kosz wypełniony zakupami albo kilka pełnych, ekologicznych siatek. Najwięcej było rodzin z dziećmi i trzymających się za ręce par, za to w ogóle żadnych staruszków - ci chyba wszystkie swoje niewinne już sprawy załatwili za dnia i instynktownie przed zmierzchem wrócili do domu. Powoli zaczynało szarzeć, deszcz lekko siąpił, choć wiatr niemal zupełnie ustał. W mokrym asfalcie odbijały się parkingowe lampy. Od dłuższej chwili obok czerwonej, metalowej kolumny stał chłopiec. Wyglądał co najwyżej na piętnaście lat. Wydawał się jakiś niespokojny, nerwowo spoglądał w stronę parkingu, jakby na coś czekał. Nie był zbyt ruchliwy, raczej skupiony i gdyby nie zdenerwowanie na jego dziecięcych rysach, nie zwracałby uwagi. Ubrany był w granatową bluzę i czarne dresy. Pochylona głowa ledwo co wystawała spod kaptura, ręce włożył głęboko w kieszenie. Jego postać, oświetlona przez światła pod dachem, była dobrze widoczna. Obserwował ludzi, obojętnie przyglądał się twarzom. Co pewien czas robił kilka niecierpliwych kroków, jakby nie mógł się czegoś doczekać i znowu opierał się o słup. W ruchach był nieco chaotyczny i niepewny. Przez chwile przyglądał się mężczyźnie wybierającemu pieniądze. Jego spojrzenie było chłodne i powierzchowne, patrzył od niechcenia, wciąż skrywając oczy pod kapturem. Stanął obok rowerowych barierek. Tam światło już nie sięgało, trudno było go dostrzec, gdyby nie białe buty, chyba nikt nie powiedziałby, że ktoś tam stoi. Wtopił się ciemność między wejściem, a bankomatem, ale co jakiś czas przechodził na jasną stronę, sprawiając przy tym wrażenie wciąż poirytowanego czekaniem. W końcu oparł się o słup i spuścił głowę, ale ciągle się rozglądał. Sterczał tak dłuższą chwilę, po czym zaczął iść wolnym krokiem w stronę bankomatu, przy którym stał jakiś młody mężczyzna. Wyglądał na studenta, lat około dwudziestu dwóch, może trzech. Ubrany był na ciemno, raczej wysoki, przewyższał chłopca o pół głowy. Wyjmował właśnie kartę, gdy młody spytał: -Nie miałbyś piątki? -Piątki? Nie mam piątki. -Przed chwilą wybrałeś kasę z bankomatu. -Ale bankomat wydaje tylko papierowe. -To daj dychę. -Zapomnij… – odparł ironicznie Student i skierował się w stronę wejścia do sklepu. -Stój kurwa! Z kieszeni spodni wyciągnął nóż i wsunął go do połowy pod rękaw, tak, by ostrze było dobrze widoczne dla Studenta. -Dawaj kasę, wszystko co przy sobie masz. -Przecież tutaj są ludzie. Myślisz, że nikt mnie nie usłyszy jak zacznę krzyczeć? -Jasne, że cię usłyszy, zresztą, nie ma tu dużo ludzi… wydaje ci się, że ktoś będzie mnie ścigał... Nikt kurwa nie pobiegnie! – dodał pewnie. -Wbiję ci kosę w bety i ucieknę. Nikt, będą stali i patrzyli… Ucieknę! – Młody wahał się w głosie, ale mówił namiętnie – znam tu wszystko, mieszkam tu… -Dobrze… powiedzmy że nie mam wyjścia, jak nie dam kasy, to zwyczajnie wbijesz mi nóż gdzieś tam… w brzuch. Tak? -Tak kurwa, bez mrugnięcia okiem, więc dawaj kasę! -Mam więc pecha, mogę się jakoś wywinąć, uciec czy coś, ale ryzykuję. Tak? Albo… albo będziesz się bał i nie zrobisz tego. -Dobra… skończ pierdolić, kasa, kurwa! -Tak

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Anomalie — czytnik · opowiadania