Filozofia · 2 min czytania
Anonimowo.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
I nigdy mnie już nie było. W fali pełnej drobinek złota, zaplątanej w beznadziejność glonów z pszenicy, przedtem. Trzymałam się kurczowo jednej z mych kończyn, ale prądy stale mnie wynosiły. Opierałam się wirującemu obłędowi, brzegowi szklanki, jej ostrzu i zachłanności, cały czas krzycząc, cały czas łapiąc ostatki oddechu, jednak. Przerzucano mnie z łyżeczki na łyżkę ze wspomnień, na sito melancholii. Dalej i mocniej skakałam nad białą taflę, ale ostatecznie moja głowa spadała bezwładnie w sam jej środek. Wpadałam w epicentrum spokojnego wiru raz za razem, bez przyjemności bycia sobą w niedorzecznościach. Paranoje strącały mnie bezwiednie, z impetem i nonszalanckimi zamiarami. Być może miałam tylko pójść na dno, bez nachalnych ruchów rąk. Bez żebraczych haustów powietrza. Ciszej niż płaczące maki, niż piaskowe zamki i lazurowe oczy moich kotów, nawet. Potrzeba poczucia słodkości, aromatu wolności. Zapomnienia, niebytu czereśniowego. Tylko na mgnienie prawego