Erotyka · 10 min czytania
Anonimowy poranek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przedświąteczny nastrój. Spadł śnieg i wszystko stało się takie jakby bardziej przytulne. Poniedziałkowy ranek nadszedł godzinę przed południem. Słońca nie widziałem, ale z totalnego braku chmur mogłem domniemywać jego obecność. Widok z okna był jak zwykle imponujący. Nie rozumiałem tego do końca, ale widok dachów kamienic, pokrytych śniegiem parapetów, odrapanych ścian i brudnego podwórza wydawał mi się niezwykle urzekający. Posępni i groźni przedstawiciele społeczności Wildy mieszkali na parterze i piętrze, w zakamarkach osranego psami podwórza. Patrzyłem na to z bezpiecznej, studenckiej perspektywy czwartego piętra bloku, w którym mieszkałem. Kilka postaci w puchowych kurtkach z napisem „Pit bull” stało przy zmęczonym życiem polonezie, dyskutując o czymś żywo. Powyżej, za szybami okien wisiały posepnie stare, brudne firanki albo sznury prania. Biel framug okiennych posiwiała, pociemniałe drewno straszyło spod odrapanej farby. Wyżej już tylko dachy, pokryte białym śniegiem. Dziewiczym i niewinnym, złudnym. Początek zimy zawsze przynosi iluzję nowego początku, każda pora roku, swoją stałością i powtarzalnością budzi we mnie nadzieję, że człowiek tak samo zawsze może zacząć od nowa. Skoro jesteśmy tak samo częścią przyrody jak wystające powyżej dachów smutne drzewa, to może my również potrafimy odradzać się za każdym razem, kiedy nasze życie zamarznie w bezuczuciowym letargu. Zimą nie czuć zapachów, jest tylko chłód, śnieżna pustka. Tak jak podczas miesięcy po jednym krótkim telefonie, kończącym miłość. Bez emocji, bez uczuć, nadal wykonując te same codzienne obowiązki, oddając się przypadkowym przyjemnościom, czekając jednak na wiosnę. Tak, z tym wszystkim kojarzył mi się śnieg na dachach kamienic, na kominach, znajdujących się akurat na wysokości mojego okna. Gdzieś w oddali górował niezmiennie podstarzały już trochę, ale nadal dumny, czerwony wieżowiec. Na jego tle gołębie starały się przetrwać zimę. Jak wszyscy. Oglądanie tego surowego, ponurego krajobrazu z ciepłego, przytulnego i tylko mojego pokoju było wspaniałą rekompensatą narodzin kolejnego tygodnia, który prawdopodobnie nie miał mnie nigdzie zaprowadzić. Może należało się do tego przyzwyczaić, otrząsnąć się ze złudzenia celowości i stwierdzić, że proces samodoskonalenia i rozwoju jest tylko egzystencjalną masturbacją. To nie moja myśl. Jednak w zamkniętej rzeczywistości, odgrodzonej od świata zewnętrznego odszczelnionym oknem i dawno niemyta szybą, wydawała się mieć rację bytu i szanse na powodzenie. Moja mała republika, neurotyczna dyktatura – planeta Dominik. Bo tylko w skali mikro bunt może zrealizować się w całości. To oczywiste, przynajmniej spod kołdry w groszki, pod którą zastało mnie to przedpołudnie. Z onirycznego, refleksyjnego i zdaje się nic niewnoszącego nastroju wyrwał mnie dźwięk przychodzącego smsa, tuż przy moim nadwrażliwym, przyzwyczajonym do nocnej ciszy, uchu. Magda. „Mam zajęcia naprzeciwko twojego bloku. Zaraz mam przerwę. Mogę wpaść jeśli chcesz.” Chcę? Przez chwilę nie miałem zdania. Przede wszystkim musiałem przywołać w pamięci jej obraz. Pomogła mi w tym poranna świeżość i sprawność umysłu. Pod opuszczonymi powiekami zobaczyłem jej twarz. Miła, kształtna twarz ładnego trolla. Duży, wysunięty nos i cofnięte, delikatne usta. Podbródek też gdzieś z tyłu. Wysokie, uwydatnione kości policzkowe, a nad nimi ładne, dziewczęce, dobre oczy, lekko niesymetryczne gałki oczne, czyli tak zwany zez. Zezik w zasadzie, taki słodki. Ładne, gęste, bordowe chyba włosy. Solidnie zbudowane ciało, Magda dużo pływa, więc lekką nadwagę przetapia na mięśnie. Kiedy przypomniałem sobie jej twardy, jędrny, sporych rozmiarów tyłeczek, pod kołdrą zanotowałem poruszenie. To mogło być nasze trzecie spotkanie, wliczając to, kiedy się poznaliśmy na domówce dwa miesiące temu. Oba wcześniejsze zakończyły się dokładnie w tym miejscu, w którym właśnie leżałem. Teraz miała jednak tylko godzinę. Może tym razem będzie inaczej. Porozmawiamy, wypijemy herbatę, przytulę ją i życzę spokojnych świąt. Nie byłoby to złe rozwiązanie. Jeśli skończy się seksem, też nie będę czuł się urażony. Odpisałem, żeby dała mi piętnaście minut. Nie chodziło o seks, nie chodziło o to, że chciałem ją zobaczyć. Chciałem się z nią spotkać z czystej ciekawości. Nie było w moim życiu nic bardziej niebezpiecznego niż ciekawość. I chociaż miałem w tej chwili ochotę powylegiwać się jeszcze w łóżku, chciałem wiedzieć, co się stanie, jak będzie wyglądał tak nietypowo rozpoczęty poniedziałek. Zrobiłem łóżko, wykąpałem się i kończyłem się golić, kiedy przyszła. Prosiłem o piętnaście minut, była po dziesięciu. Wyglądała ładnie, poruszała się zdecydowanie i wdzięcznie, a jej twarz i głos wprowadzały aurę uroczej, delikatnej dziewczęcości. Zrobiłem herbatę, rozmawialiśmy. Czułem się komfortowo i bezpiecznie przyglądając się jej z odległości kilku metrów, wzrokiem postronnego obserwatora, którym przecież nie byłem oglądając delikatne,…