Horror · 22 min czytania
Antykwariat z marzeniami
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Maik Adams, od urodzenia fascynował się nowymi technologiami. Wszystko, co nowe i dziwne wzbudzało w nim ogromną chęć poznania. Czasem zaskakiwał sam siebie próbując zdobyć się na rzeczy, które go przerastały. Tak właśnie było z miejscem, które nazwał marzeniem, a dokładniej był to „Antykwariat z Marzeniami”. Wracając z pracy zatrzymywał się każdego dnia, by tylko wejść i rzucić się w wir niepohamowanych chęci zmiany swojego życiorysu. Po śmierci ojca, który zachorował tak niespodziewanie, pozostała w nim pustka, której nie mógł wypełnić. Każdego z nas, jednych rzadziej drugich częściej ona także dopada. Zimny listopadowy ranek, nie pomagał mu zebrać się w sobie. Czarne burzowe chmury, które zawisły nad Nowym Yorkiem, nie wróżyły przyjemnego dnia. Maik stał w korku, nerwowo naciskając na klakson. Był zaledwie jednym z kilku tysięcy kierowców, którym także się śpieszyło. Przeklinał pod nosem, by dać wyraz swojemu oburzeniu. Podgłosił radio, wiedział, że codziennie za pięć ósma, będą nadawane komunikaty o objazdach i pogodzie. Sięgnął do schowka od strony pasażera, gdzie miał ukrytą półlitrową butelkę wody na takie okazje. Zrobił dwa łyki, zakręcił i odrzucił na boczny fotel. Trzypasmowa droga, która miała ułatwić komunikację miejską, stawała się pułapką, bez wyjścia. Zaczęła się audycja. Maik przyglądał się kroplom deszczu rozbijającym o szybę jego starego mercedesa. Próbował zająć myśli czymkolwiek, by tylko czas, zaczął płynąć szybciej. Na próżno. Dziennikarze z nowojorskiego radia, mówili wszystko to, o czym wiedział. Żadnych dodatkowych informacji o polepszeniu się pogody, czy o jakiś nowych objazdach. Na tym tle panowała istna cisza. W myślach zbierało mu się coraz więcej obraźliwych obelg względem ludzi zarządzającym ruchem. Miał jeszcze półgodziny na dojazd do pracy. Dzisiejszy dzień miał zadecydować o jego przyszłej karierze w „Project New Year”. Sześć lat na to czekał by móc dostać szansę pokazania się przed kierownictwem. Wreszcie, gdy taka sposobność się nadarzyła on stał w korku, przeklinając i trąbiąc jak opętany. Usłyszał głośne stukanie w dach samochodu. Uchylił szybę, za którą stał starszy mężczyzna z siwą brodą. -Jeśli chce pan jeszcze uratować swoją duszę, przed wielkim kataklizmem, który nastąpi, gdy nikt się nie będzie spodziewał, zapraszamy pod ten adres. –Staruszek wrzucił do środka dwie ulotki. -Nie jestem zainteresowany. -Każdy tak mówi, a jak przychodzi, co, do czego wtedy błagają o litość. W każdym bądź razie życzę miłego dnia. -Miły to on nie będzie… -wymamrotał cicho. Mężczyzna odszedł. Maik zasunął szybę i podniósł jedną z dwóch ulotek. Znajdował się na niej wielki wytłuszczony napis: „Nie czekaj Apokalipsa jest blisko!”, a pod spodem adres i znacznie zmniejszonym drukiem, dalsze instrukcje i kryteria jakie trzeba spełnić, by przystąpić do stowarzyszenia. Na jego twarzy zarysował się lekki uśmiech, gdy spostrzegł, że każdy nowicjusz musi wpłacić na konto organizacji dwieście dolarów. –Szukają naiwniaków. –rzekł i potargał niepotrzebny mu papierek. Deszcz zaczynał padać coraz mocniej. Słychać było dudniące odgłosy kropli odbijających się od dachu samochodu. Radio zaczęło przerywać i szumieć. Maik próbował je nastawić, co po pewnej chwili przyniosło spodziewany efekt. Trafił idealnie. Prezenter radiowy, zaczął mówić o objazdach, które, mogłyby uratować jego karierę. Samochody powoli ruszały. Jadąc dwadzieścia mil na godzinę drogą szybkiego ruchu, nie dotrze się na czas do pracy, lecz lepsze to niż nic. Delikatnie naciskał pedał gazu, by przyśpieszyć, jednak to nie trwało długo, po pięciu metrach musiał się zatrzymać i znowu czekać kilka dobrych minut. -Cholerni kierowcy, cholerne miasto, wiecznie zakorkowane. –Powtarzał bez przerwy. Wskazówka tykająca na zegarku pokazywała dziesięciominutowe spóźnienie. Zaparkował samochód przed potężnym biurowcem. Naciągnął płaszcz na głowę i pobiegł szybko w stronę wejścia. Nie było mowy, by mógł w jakiś sposób wyczyścić zachlapane spodnie. Pokazał ochroniarzowi identyfikator i wszedł. Wbiegł po ruchomych schodach trącając przypadkowych ludzi. W prawej ręce trzymał teczkę. Korytarz wydawał mu się nieskończenie długi. Szedł i szedł. Zdawało mu się, że wszyscy go obserwują. Każdy jego krok miał wielkie znaczenie. Stąpał pewnie, mijając kolejne dębowe drzwi, za którymi siedzieli jak to on zwykł określać „Ludzie mający duże plecy”. Widział, już przed sobą salę konferencyjną, w której trwało zebranie. -Cześć Maik. –Anna wyglądała jak zawsze cudownie. Nie wielu wiedziało, o tym, że podkochuje się w Maiku. Prawdę mówiąc to on o tym też nie wiedział. -Cześć. Spóźniłem się bardzo. –Zapytał sekretarkę. -I to bardzo. -Szef wściekły? -Lepiej nie pytaj. Masz do niego iść. -A konferencja? -Zakończyła się pięć minut temu. –Anna była prawdziwą perfekcjonistką. Wszystko, co robiła, starała się wykonywać jak najlepiej tylko mogła. Długie blond włosy spięte w kok, dodawały jej uroku, nie mówiąc już o okularach, jakie nosiła. Maik zatrzymał się tuż przed drzwiami, na których widniała tabliczka prezes. Próbował ułożyć jakieś logiczne wytłumaczenie, by wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Zapukał i wszedł. Wnętrze biura urządzone było w stylu filmów o rodzinach mafijnych. Szare ściany, meble ze starego drewna. Zwykły kaprys nowobogackiego snoba, który każdą wolną chwilę spędzał oglądając filmy na dvd o rodzinach mafijnych. Fritzpatrick siedział dumny jak paw w skórzanym fotelu paląc cygaro. Zmierzył lodowatym wzrokiem swojego pracownika. -Siadaj. –Słowa w jego ustach nabierały innego kolorytu. Intonacja, jakiej je podawał nie współgrała, z powagą sytuacji. Maik usiadł przed potężnym mahoniowym biurkiem. -Wiem, że zawiodłem. Te korki dzisiaj… Nim zdążył coś jeszcze powiedzieć łysy szef wyciągnął teczkę i położył ją na biurku. Otworzył ją i wziął do rąk papier, który się w niej znajdował. -Zawiodłeś. Nie podpisaliśmy kontraktu. –Mówił spokojnie. -Tak wiem, bardzo mi przykro, chciałby to naprawić. -Nie możesz, po prostu nie możesz… -Obracał ów papier bardzo starannie w ręku. -Jestem zwolniony? -Brałem taką możliwość pod uwagę. –Na jego twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech, który zdawał się mówić, a wręcz krzyczeć: -Jesteś w moich rękach, czy ci się to podoba czy nie. Maik siedział jak na szpilkach. Cisza, która wypełniała to pomieszczenie, była nie do wytrzymania. Za oknem zaczęło się błyskać. -To nie byłoby dobre posunięcie gdybym cię zwolnił, mimo to, że straciliśmy dzisiaj umowę wartą prawie miliard zielonych. Wystarczy, że zrobisz coś dla mnie, a ja ci wybaczę. -Wszystko, czego pan tylko zechce. -Wszystko? Skoro tak sądzisz, to świetnie. Na pewno się dogadamy. Prezes schował papier z powrotem do teczki. Wstał. Podszedł do barku i nalał sobie szkockiej. -Mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego cię nie częstuje po prostu nie zasłużyłeś. Im dłużej siedział i patrzył na swojego szefa, tym bardziej pragnął, by stało się cokolwiek, chciał skrócić swoje męki jak najszybciej. Niepewność, którą czół potęgował strach o swoją przyszłość. -Jest coś, na czym mi bardzo zależy, a ty możesz mi to dać i dasz, jeśli pragniesz mojego wybaczenia. To, co dzisiaj zrobiłeś, było bardzo nieodpowiedzialne. –Jego głos, brzmiał bardzo spokojnie, jakby nie przejmował się tym, na co liczył od lat. Współpraca z jedną z największych korporacji w Londynie, mogła stać się czymś więcej niż tylko maszynką do robienia pieniędzy. -Nie bardzo rozumiem, o co chodzi? –Zapytał podejrzliwie. -Dowiesz się w odpowiednim czasie.
2 Pogoda się nie poprawiała i nic na to nie wskazywało. Od rana do wieczora lało ile tylko mogło. Całe miasto pogrążone było w szarej strefie ponurego pomruku anarchii i przemocy. Problemy Maika się nawarstwiały. Nie było w tym momencie mowy o tym by mógł pracować. Po tajemniczej śmierci Frizpatricka, z każdym dniem popadał w stan załamania nerwowego. Był święcie przekonany, że szef wiedział o jego tajemnicy i tylko, dlatego nie zdecydował się na jego wyrzucenie. Powiedział, masz coś, co możesz mi dać, ale w tej sytuacji, to chyba nie aktualne. A może to miało jakiś logiczny sens. Tylko, jaki? Im więcej pytań, tym trudniej było na nie odpowiadać. Leżał na łóżku, jak martwa kłoda, z szeroko otwartymi oczami wpatrującymi się w sufit pokoju. Tego dnia, nawet krzyki lokatorów mieszkających tuż pod nim, nie zdołały wyprowadzić go z równowagi. Był zniechęcony do wszystkiego, wiele trudności sprawiało mu podniesienie swojego ciała z łóżka, które powoli stawało się jego trumną. Swoje ruchy ograniczał jedynie do poruszania głową. Zadzwonił dzwonek od drzwi. Przez chwilę nie zwrócił na niego uwagi, zanurzając się w kojącej rozpuście swego lenistwa. Jednak, komuś bardzo zależało, by się spotkać z Maikiem. Po paru chwilach podniósł się. -Już idę. –Krzyknął. Bałagan, który był jedną z negatywnych cech charakteru, w tej chwili triumfował. To, co zawsze pomagało Maikowi, teraz było jego przeciwnikiem. Nie mógł znaleźć spodni i koszuli, które po wczorajszym powrocie z pubu pozostawił gdzieś wśród porozrzucanych ciuchów, brudnych skarpet i różnego rodzaju rzeczy, które mu tylko zawadzały. Zarzucił na siebie szlafrok i podbiegł po zimnej drewnianej podłodze do drzwi. Otworzył je. Ku jego zdziwieniu za drzwiami nikogo nie było. Rozejrzał się. Na korytarzu, żadnej żywej duszy. Jedyne, co się ruszało, to korniki, które skrobały stare odrapane drzwi, kontrastujące, z żółtymi, zabrudzonymi ścianami. Można powiedzieć, że budynek był jednym z tych grożących zawaleniem. Jednak nikogo to nie obchodziło. Wielodzietne rodziny, mieszkały wszędzie gdzie czynsz był w miarę niski i można było umyć dzieci. Maik zamknął drzwi. Przeciągnął się dwa razy i ruszył w stronę kuchni. Oparł się obiema rękoma o lodówkę, na której poprzyczepiane było całe mnóstwo karteczek, które miały przypominać o rzeczach ważnych. Prawą dłoń zsunął na drzwiczki, by je otworzyć, nim jednak to zrobił w oczy rzuciła mu się jaskrawo fioletowa karteczka. „Bill Fingerr Antykwariat. Odnieść książki.” Data zwrotu upływała dzisiaj. Z Billem znał się już wiele lat, to on załatwił mu pracę w „Project New Year”, początkowo sprzątacza, ale dzięki późniejszym kwalifikacją, jakie nabył ucząc się między innymi z książek Billa, awansował w hierarchii i to znacznie. Odczepił karteczkę i powiesił ją nad lodówką, by była lepiej widoczna. Otworzył lodówkę i wyjął mleko. Zrobił szybko trzy łyki zmrożonego nektaru, który był niczym ambrozja po ciężkim wczorajszym wieczorze. Postawił karton na stole i przetarł twarz dłonią, na której pozostały mu wąsy po mleku. Nigdy nie umiał pić z tych kartonowych opakowań. Usiadł na krześle, naprzeciw lodówki. Spojrzał w lewą stronę, gdzie znajdowało się