Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 14 min czytania

Apokalipsa cz. 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

"Apokalipsa"

"Ja, motyl"

Dla Edhel. (Może źle robię, ale trudno...To ostatni raz.)

" Jestem niczym motyl; piękny, lecz żyjący zbyt krótko by móc, cokolwiek osiągnąć..... Czy jest sens się rodzić skoro zaraz musimy umierać? "

Motyl. Trzymał go teraz w otwartych dłoniach. Mały okruch na planie tego świata. Studiował wzrokiem zarys jego delikatnych skrzydeł, ich barwę, oraz to jak bezskutecznie próbowały wzbić się w powietrze. Uśmiechnął się do siebie. Ten motyl już nigdy nie poleci. Właśnie teraz pozbawił go tego daru. Może to okrutne, przesądzać tak o czyimś losie, ale on jakoś nie czuł się winny. W końcu to tylko motyl. Motyle nie krzyczą.

" Krzyk motyla obudził we mnie niepokój. Już nie zasnę."

Skrzydła miał złocisto- zielone i tak bardzo kruche. W blasku kropli deszczu wyglądały jak jesienne liście, drżące na silnym wietrze. Tak łatwo odebrać nam czyjeś życie, a przecież nie jesteśmy Bogami. Jesteśmy tylko ich namiastką. Lustrzanym odbiciem w tafli jeziora nieskończoności. Wiedział o tym, dobrze. Był częścią tej mądrości. Kimś, kto widzi kolory, i choć stał w hierarchii niżej od aniołów niezmiernie cieszyła go zabawa w Boga. Zakrył dłońmi mały okruch. Ukradł go matce ziemi. Dlaczego? Z samotności.

" Świat posiada trzy czysto ustalone granice; Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Światy te nigdy nie mieszają się ze sobą, ale ich barwy są tak ogromną przestrzenią, że ludzki umysł nie jest w stanie ich ogarnąć i pojąć."

Długa czarna opończa o wysokim kołnierzu powiewała za nim podobna do skrzydeł czarnego kruka. Jej suchy szelest brzmiał nieprzyjemnie i wiązał się w przedziwna melodie z dzwoneczkiem zawieszonym na jego szyi. Deszcz padał cicho. Zraszał spragnioną ziemię sokiem życia. Motyl zamknięty w jego dłoniach był bezpieczny. Krople deszczu nie dosięgną jego i tak już mokrych skrzydeł. Teraz na pewno był bezpieczny, ale nie wolny. Był świadomy tego, co czyni. Wiedział, co jest ceną wolności upragnionej. Ale czy motyl to rozumiał. Czy Bóg w całej swej mądrości dał motylą zdolność pojmowania wolności? Chętnie się o tym przekona.

Granice ludzkiego zrozumienia są ruchome, Że świat w istocie jest widzialny..."

- Bracie ja wiem, że skrzydła szybko wyschną. Ja wiem, że ten motyl niedługo znów będzie mógł latać. Ale Ja! Ale, Ja w całej swej pysze i egoizmie nie pozwolę mu na to! Już prędzej wyrwę mu skrzydła!

- To i tak nie zmieni jego przeznaczenia. Bo tak już został stworzony. Popatrz. Czy widzisz? Jego czas istnienia ma czysto ustalone granice. Nie jesteś w stanie ich zmienić.

Zmarszczył brwi patrząc na motyla. Jego skrzydła nabrzmiałe od wody przykleiły się do jego dłoni. Nie był w stanie ich udźwignąć. Leżał tak nieruchomy, gotowy na przyjęcie przeznaczonego mu losu. Wystarczył tylko jeden ruch. Zaciśnięcie palców i mała iskierka przestała by migotać.

- Nie.- Postanowił.- Ja wiem bracie, że ten motyl będzie żył tylko dwa tygodnie. Nie więcej. Wiem, co jest jego naturą, celem istnienia. Ale ja już postanowiłem. To jego wybrałem by dotrzymał mi towarzystwa.

- Będziesz patrzył tylko na powolne jego konanie. Dwa tygodnie to zaledwie krótka chwila w życiu człowieka. Śmierć zostawia za sobą smutek i łzy. Chcesz tego? Czy nie rozsądniej jest dać temu stworzeniu wolność i zachować w pamięci tylko jego obraz?

- Obrazy blakną, a ja pragnę barwy jego skrzydeł. Pragnę jej dla siebie.

Chwycił palcami jesienny liść i pociągnął mocno. Motyle nie krzyczą. Milczą, bo nie dano im ust. Skrzydło pełne opalizującej zieleni i złota wirując niczym pióro upadło cicho na ziemię. Straciło swą wartość. Swoje przeznaczenie. Teraz było martwym przedmiotem, ale kiedyś posiadało duszę.

- Ból jest gorliwy i wieloraki... Nieskończone są jego możliwości, jego chwyty, sposoby, niezmierna jest jego straszliwość.

Obserwował jak owad ożył na jego ręce. Jeszcze przed paroma chwilami prawie martwy teraz machał dramatycznie ocalałym skrzydłem bezskutecznie starając się unieść swoje ciało w powietrze. W chwili śmierci przybyło mu nowych sił. Podobnie jest z ludźmi.

Patrzył z uśmiechem na ustach tego, co dokonał. Wyrywając skrzydło stał się Panem śmierci dla tego motyla. Właśnie zadecydował o jego losie i serce przepełniło mu się radością. W końcu miał coś swojego. Coś, co posiadał na własność.

"Po co ci serce? Nie używasz go przecież. Wyrwij je, opraw w ramki, powieś na ścianie."

Tworzenie ciała boli. Czy Bóg cierpiał tworząc ludzi? Zabawa w Boga jest ciężka, zabawa w Boga jest cierpieniem doskonałym.

A ciało, które powstało z łez nie ma sobie równych. Tym jest człowiek.

Może, więc dlatego postanowił nadać motylowi ludzki kształt. Chciał zmienić jego przeznaczenie. Ból prawie pozbawiał go oddechu, ale nie krzyczał. Z jego łez powstawało coś nowego. Cos, co nazwane zostało darem życia.

Motyl bronił się bardzo krótko. Motyle są słabe, ich domeną jest piękno.

Motyle cierpią w ciszy, nie umieją wyrazić swojego bólu. Są Tylko motylami, a ciało ludzkie nie zmieni tego w ogóle. Rozumiał również i to, ale mimo wszystko chciał zmierzyć się z przeznaczeniem. Zetrzeć piach z utartych ścieżek.

" (...) powierzchnie ich obrazów są gładkie jak lustro, Nie są to lustra dla nas są to lustra dla wybranych (...)"

Siedział w wielkim fotelu i w milczeniu obserwował ją. Już wcześniej tworząc, postanowił, że będzie to dziewczyna, choć jako motyl mogła być zupełnie kimś innym.

Deszcz uderzał o gładką powierzchnie szyb wkomponowanych w duże drzwi werandy...To była dobra willa, w której zatrzymali się na jakiś czas.

Siedziała nieruchomo, niczym piękna lalka wykonana z porcelany. Nie potrafiła się poruszać, nie w ludzkim ciele. Nie była w końcu człowiekiem, nie posiadała tej woli uczenia się. Jej twarz spokojna, bez emocji nigdy się nie zmieniała. Patrzyła zawsze tak samo, jak patrzą porcelanowe lalki. Okiem zimnym, okiem niezmiennym.

Ale on dobrze wiedział, że nie jest tak do końca. I porcelanowe lalki posiadają serce, jeśli się je kocha.

Chciał być pośrednikiem wolności, trzymać sznur ucieczki. I chyba to osiągnął.

Zamyślił się nad tym chwilę patrząc na dziewczynę, której wzrok utkwiony był na kwiecistej łące za szybą. Czuł jej wewnętrzne poruszenie, gdy widziała bujne trawy łagodzone podmuchami późnego letniego wiatru i nie potrafiła tam dotrzeć. Nie mogła pojąc, dlaczego tak jest. Nie była świadoma granic, które jej narzucono. Ale naprawdę tak niewiele trzeba było by je przełamać, wydostać się. Zaledwie jeden płynny ruch ręką, naciśnięcie klamki i drzwi jej wolności otwarłyby się na roścież. W jej przypadku osiągnięcie swobody było by czymś najprostszym na świecie, gdyby była oczywiście człowiekiem. Jednak nie była. Trwała…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Apokalipsa cz. 1 — czytnik · opowiadania