Biografia · 8 min czytania
Apokalipsiak
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Już niedługo! Ten dzień na pewno nadejdzie. Wielu ludzi w to nie wierzy. Ale są na to dowody! Majowie, Inkowie, Świadkowie Jehowy i tak dalej. Pewnie! Nie wierzysz im i już się zastanawiasz co za „głąb”. Myśl co chcesz. Ja będę przygotowany, przetrwam i uratuje ludzkość przed zagładą.
Odkąd zacząłem chodzić do szkoły, a było to w 1984 roku, bałem się tego dnia. Chłopaki z klasy często sobie z tego żartowali. Przezywali mnie „apokalipsiak”. Nie rozumiałem, dlaczego mnie tak nazywali. Nie mówiłem o tym nikomu! Chociaż w sumie mogli się domyśleć, bo wykonywałem czasami dziwne rzeczy. Nosiłem w plecaku maskę gazową, jodynę, rękawiczki ochronne. Tak na wszelki wypadek. Często gdy siedziałem przy oknie i nadchodziła chmura, prosiłem nauczyciela o możliwość przesiadki. Siadałem przy ścianie nośnej, żeby mieć większe szanse przeżycia. Lecz najlepiej wspominam sylwestra w 1999 roku. Spędziłem go z rodzicami w piwnicy, którą wcześniej przygotowałem. Stało się to dlatego, że dość często odwiedzali nas świadkowie Jehowy. Niekiedy rozmawiałem z nimi w progu o nadejściu tego dnia, kiedy wszyscy inni moi koledzy częstowali ich kaszanką. Oni uświadomili mnie, że świat się skończy w momencie rozpoczęcia trzeciego tysiąclecia. Przejąłem się tym bardzo i rozpocząłem przygotowania. Posprzątałem w piwnicy, zniosłem najpotrzebniejsze rzeczy i zaszantażowałem rodziców, że jak nie spędzą ze mną sylwestra w piwnicy to się wyprowadzę. Zgodzili się, mimo że byli umówieni na przyjęcie u znajomych. Ja też musiałem odmówić. Koledzy ze studiów zaproponowali mi „party” na fajnej melinie z dziewczynkami. Jakoś mnie to nie kręciło. Może dlatego, że nie miałem nigdy dziewczyny. Radziłem sobie w życiu sam. Znaczy ręcznie. A poza tym i tak bym się nie zgodził, bo za bardzo byłem przejęty apokalipsą. Oczekiwałem tej godziny siedząc na krześle ubrany na cebulkę, wyposażony w najpotrzebniejszy sprzęt, z maską gazową nałożoną na głowę by móc błyskawicznie założyć ją na twarz. Proponowałem też rodzicom, lecz Ci nie za bardzo byli do tego wszystkiego przekonani, a w dodatku na mnie wściekli. Prawdę mówiąc to mieli rację. Nic z tego nie było. O północy słyszałem lekkie przytłumione wybuchy, lecz były to fajerwerki.
Po tamtym wydarzeniu wyprowadziłem się z domu i wynająłem mieszkanie na parterze, by móc jak najszybciej zbiegać do piwnicy. Zatrudniłem się w agencji ubezpieczeniowej. Nawet dobrze mi szło, sprzedawałem sporo polis. Część z nich wykupowałem sam na siebie, bo nie wiadomo co się może przytrafić. Byłem ubezpieczony od wszystkiego. Nawet od zgubienia nakrętki wentyla w samochodzie. Wówczas dorobiłem się kilku groszy i kupiłem działkę budowlaną w górach przy Kotlinie Kłodzkiej. Działka dość pokaźna, z dala od miasta( do najbliższej miejscowości ze sklepem 20 km), przy lesie, na stromym wzgórzu. Idealna by móc przetrwać prawie wszystkie scenariusze końca świata.
I tak zacząłem budować. Najważniejszą dla mnie inwestycją były fundamenty oraz piwnica. Wylałem podwójną warstwę żelbetonu, wspieranych sztabami metalowymi rozmieszczonych od siebie dziesięciocentymetrowymi szczelinami, które uzupełniłem potężnymi kamieniami. Metraż piwnicy wyniósł 72 m2 . Uważałem, że to wystarczy. Domek postawiłem zwyczajny. Z cegły pustakowej. Kuchnia, łazienka, pokój, razem 45 m2. Na dach położyłem papę przemysłową. W środku ściany wybieliłem, a podłogę wyścieliłem 8 mm wykładziną. Wnętrze uzupełniłem w podstawy. Tylko tak gdyby rodzice albo ktoś znajomy przyjechał. Piwnicę wyposażyłem w agregat prądotwórczy wraz ze zbiornikiem na paliwo, pozwalającym czerpać energię przez dwadzieścia dni. W każdym pomieszczeniu na ścianie zamontowałem najpotrzebniejsze rzeczy takie jak maska gazowa, gaśnica, apteczka i kilka innych.
Dwa lata temu kupiłem Nissana Terano, bo do tej pory jeździłem Tico, który się zatarł po tych bezdrożach. Nissan