Akcja · 5 min czytania
Archaidowe Wzgórze
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Archaidowe wzgórze Skład i łamanie:Ja:)
Szary mrok osłonił Drenn Street, a może jej pozostałość. Neon od baru skwierczał nie radośnie, a wokół roiło się od smrodu siarki i przygasających płomieni. Szare chmary dymu spacerowały po ulicach, słonąc po martwych ciałach. Gdzieniegdzie ozwał się zduszony jęk, zdradzony załamany i niemal bez życia. Kolonie cykad maszerowały po drzewach i oblepiały budynki, skrzynki pocztowe, i inne miejsca na które nie mogli sobie pozwolić w tak wielkim mieście, za czasów dawnej cywilizacji- ludzi. Pozostaje pytanie czy ktoś jednak przeżył i co się stanie z tymi co przeżyli pod wpływem takiej atmosfery. Rosyjska elektrownia atomowa stała w płomieniach i sto innych elektrowni każda bez wyjątku w każdym zakątku świata. Wciąż jeszcze następowały wybuchy i kawałek po kawałku ostatki życia równały się z ziemią. Najgorszym widokiem były ogromne głazy, podobne jak skórę ściągnął do meteorytów, pięćdziesięciu metrowe zanurzone po krańce w ziemi. Gdzieś jednak wśród gruzów paru zapadniętych domów i wieżowców, dyszał ledwo Joe. Joe Tarek. Jedyny który przeżył. Z trudem i przeraźliwym jękiem uwolnił się z przygniatającej nogę latarni, połyskującej zdechłym, zamarłym światłem. Twarz krzywiła mu się z bulu, a z warg obfitym strumieniem spływała krew. Strasznie szczypała ale Joe nie wiedział na co by zwrucić uwagę i na co ponarzekać, tak wszystko go bolało. Najpierw od pierwszej przytomności brzuch zwijał go w niesamowitych skrętach wykrzywiając usta niczym tubkę od pasty do zębów. Barki miał chyba strzaskane albo doszczętnie połamane. Noga drżała w bólu wygięta w przedziwnym stopniu w górę. Ból przesłaniał mu oczy, zęby ściskały z bólu, nacierając na obolałą chyba też nie w całości czaszkę. Gdyby nie pół przytomność, nie zemdlenie nie przeżył by tego zabójczego bólu. Godziny dłużyły mu się albo tak mu się tylko zdawało w chorej głowie może to minuty umykały a może wolne sekundy- ale trwało to wieczność. Ból godzinami nie odpuszczał ani też powyginane, nie złożone kości, wywołujące jeszcze większe pobudzenie w organizmie, i cholerne skurcze. Szyja rwała go do szkieletu aż do krańca kręgosłupa przy pupie, ale kręcił nią wściekle próbując coś dojrzeć jak to żyrafa w gorsecie pod sam podbródek, zalany w gips. Nie gips był bardzo wygodny, to musiał