historia · 17 min czytania
ARES
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ares
Byliśmy tam tylko we dwoje. Zakochani, nie widzieliśmy świata poza sobą. Nie chcieliśmy go widzieć. W koło spalona Warszawa. Niemcy wyprowadzali ludzi z miasta. Rabowali, niszczyli budynki. Wszystko wokół nas płonęło. Gryzący dym wyciskał łzy z naszych wymęczonych oczu. Wśród tego nieszczęścia, upadku, zła które zewsząd czyhało na nas, byliśmy my. Ja i Tereska. Połączyło nas uczucie. Niewinna miłość nastolatków. Gdy szkopy zarządzili, że ludność będzie wywożona z Warszawy. My postanowiliśmy zostać. Nie podporządkowaliśmy się rozkazowi. Za nieposłuszeństwo groziła nam śmierć, za posłuszeństwo, niepewna przyszłość. Chociaż z miasta nie wiele już pozostało, chcieliśmy zostać w Warszawie. Na zawsze razem. Oboje walczyliśmy w batalionie „Zośka”. Tam zakochaliśmy się w sobie. Gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, nie mogłem od niej oderwać oczu. Wydawało mi się, że patrzyłem na anioła, taki pięknej dziewczyny jeszcze nigdy nie widziałem. Byłem oczarowany Tereską. Nie chciałem odstępować jej ani na krok. Każdą chwilę, i tą w boju, i kiedy było trochę spokojniej, spędzaliśmy razem. Potrzebowaliśmy tej bliskości. Ta miłość dawała nam otuchy. Ja żyłem dla Tereski, ona dla mnie. - Wiesz, gdy to wszystko się skończy, pobierzemy się – powiedziałem. - Nawet nie wiesz jak bym chciała, tylko czy ten zły świat nam na to pozwoli? – zapytała ze smutkiem w głosie. Potem objęła mnie, i po raz pierwszy pocałowała. Na chwilę zapomniałem o wojnie, spadających bombach, i tym wszystkim co działo się wkoło. W tych ostatnich dniach powstania, wydawało nam się, że jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Pomimo że był to najtrudniejszy okres w naszym życiu, jednak nam, wszystko wydawało się takie proste. Mieliśmy przecież siebie. Gdy ludność cywilna opuściła Warszawę. Niemcy bezkarnie niszczyli miasto. Ich patrole były wszędzie, najpierw szabrownicy , którzy wyszukiwali i rabowali co cenniejsze znaleziska, za nimi ci z miotaczami ognia. Po nich zostawały już tylko palące się domy. Niemcy zabijali wszystkich Polaków na których się natknęli. Nie było żadnej litości dla nieszczęśników którym nie udało się ukryć. A my? No cóż. Kryliśmy się jak szczury po piwnicach i strychach. Każdego dnia walczyliśmy o życie. Najpierw aby schować się przed Niemcami, później, aby nie umrzeć z głodu. Jednak to ciągłe niebezpieczeństwo śmierci, ten przenikliwy głód i pragnienie, nie było w stanie, choćby na moment, przyćmić naszej miłości. Byliśmy tacy szczęśliwi, mimo tej agresji i złu, które nas otaczało, cieszyliśmy się że jesteśmy razem. Nasz dzień zaczynał się w nocy, tyko wtedy można było w miarę niezauważalnie wyjść z piwnicy i udać się na poszukiwanie żywności i wody. Chodziliśmy po piwnicach, szukaliśmy wszystkiego, co nadawało się do jedzenia. Często nic nie znajdowaliśmy. Przecież w tym mieście od dawna brakowało żywności. Zapasy były wyczyszczone jeszcze podczas powstania. Nasze codzienne życie ograniczało się do nocnych poszukiwań, za dnia siedzieliśmy w naszej kryjówce. Musieliśmy być cicho, baliśmy się o każdy szmer który mógł ściągnąć na nas Niemców. Leżeliśmy więc bez ruchu wtuleni w siebie. Szeptem rozmawialiśmy ze sobą. - Chciała bym stąd wyjść, zobaczyć słońce. Od tygodnia nie widziałam dziennego światła. Poszlibyśmy wtedy na leśną polanę. Byłabym ubrana na biało, uplótł byś wianek z kwiatów. - Nie martw się – odparłem. - Pewno niedługo Niemcy uciekną, przecież ruskie są tuż, tuż. - Sowieci od dawna są blisko, a szkopy nie uciekają i na dodatek robią swoje, tak jakby się niczego nie bali – odpowiedziała podirytowana. - Szczerze mówiąc też tego nie rozumiem, ale wiem że taki stan nie może trwać wiecznie. - po tych słowach, usłyszałem jej cichutki płacz. Przytuliłem Tereskę jeszcze mocniej i tak leżeliśmy w swoich ramionach. - Pamiętasz jak chodziliśmy do szkoły? – zapytała. - Pamiętam – odpowiedziałem. - A co najbardziej zapamiętałeś z ostatnich lekcji? - Pamiętam lekcję o greckich bogach. - Tak? - Ja też, powiedziała. - A który z bogów najbardziej utkwił ci w pamięci? – zapytała. - Ares – odpowiedziałem. - To bóg wojny. Nauczył ludzi przebiegłości w walce. ***************
Usłyszeliśmy jakieś głosy w języku niemieckim. Dwóch szkopów weszło do naszej piwnicy. Staraliśmy się ukryć, ale nie było już czasu. Ja wciśnięty w kącie tuż przy wejściu. Tereska gdzieś daleko, w drugim końcu pomieszczenia. Jeden z Niemców przeszedł koło mnie, niemal obcierając się o moje ramię. Przyświecał sobie zapaloną zapałką. Nie widział mnie. Wszedł głębiej. Zapałka zgasła. Było słychać jak wygrzebuje z pudełka następną. Stałem sparaliżowany ze strachu. I znowu rozbłysło światło. Niemiec zaczął przemieszczać się po pomieszczeniu. Widziałem że idzie w stronę Tereski. Nagle wystraszył mnie ogromny huk. To był strzał z pistoletu. - Hans, co się stało!? – zapytał Niemiec, który przeszukiwał sąsiednią piwnicę. - Nic, nic. Odparł ten który stał w miejscu gdzie schowała się Tereska. Potem odwrócił się, i w tym momencie zapałka w jego dłoni zgasła. Nie zapalał następnej tylko szybkim krokiem wyszedł z naszej kryjówki. Będąc na korytarza, rzekł: - Strzeliłem do zdechłego szczura, tak na wszelki wypadek. Znam niemiecki ale nie rozumiałem o czym mówił. Gdy wyszli z piwnicy, podbiegłem do Tereski. Leżała na podłodze w najciemniejszym miejscu pomieszczenia. Uklęknąłem koło niej. - Już sobie poszli - mówiąc to, pogładziłem ją po głowie. Miała wilgotne włosy. Odruchowo spojrzałem na swoją dłoń. W świetle, jakie przez częściowo zasypane okienko wchodziło do piwnicy, zobaczyłem że moja ręka jest zakrwawiona. Dopiero teraz dotarło do mnie to co się stało. Tereska leżała w kałuży krwi, miała roztrzaskaną skroń. Objąłem ją i delikatnie uniosłem przyciskając do mojej piersi. Głowa Tereski bezwładnie zwisała. Patrzyłem na zakrwawioną twarz mojej ukochanej. - Udawałaś martwą a ten bandzior do ciebie strzelił?! – mój głos zaczął się łamać. - Tereska, przecież nie możesz teraz odejść. Planowaliśmy ślub, nie odchodź! Nie zostawiaj mnie samego! - Już niedługo szkopy wyjdą z Warszawy! Pogrążone w wiecznym śnie ciało mojej ukochanej, obsuwało się bezwładnie z moich rąk. Przeniosłem ją do miejsca które służyło nam za łóżko. Położyłem głowę na jej piersi i płakałem. - Czuję Twoje ciepło – szeptałem. Czuję Twoją bliskość, tylko serca nie słyszę. Zostawiłaś mnie samego na tym złym świecie i odeszłaś. Po cóż mi żyć bez Ciebie? Zabierz mnie ze sobą, chcę być tam gdzie Ty. Mówiłem do niej, a ona milczała. Po chwili w moje nozdrza uderzył zapach gryzącego dymu. Szybko doszło do mnie, że jestem w budynku który właśnie został podpalony. Od wejścia wpadały do pomieszczenia kłęby siwego dymu. Wiedziałem, że jeśli nie wyjdę stąd, to za chwilę zaczadzą się na śmierć. Nie chciałem już więcej żyć, nie miałem po co. Straciłem najukochańszą osobę w moim życiu. W jednej chwili cała siła przetrwania jaka we mnie wcześniej drzemała, teraz uszła w nicość. Jeszcze raz położyłem głowę na jej piersi, zamknąłem oczy i czekałem na śmierć. - Tereska, za chwilę będziemy razem. Nie zostawię cię samej. Już nic nas nie rozdzieli. Straciłem przytomność. Siedzieliśmy na zielonej polance otoczeni lasem. Słońce świeciło Tereska ubrana na biało, z uplecionym z polnych kwiatów wiankiem na głowie. Ja w swoich ubraniach z powstania, z opaską biało-czerwoną na ręce. - Ty mój Aresie – szeptała do mnie z promienistym uśmiechem na twarzy. Gładziła mnie dłonią po policzku - Nie musisz mi teraz towarzyszyć. Chcę żebyś wrócił do naszych. Potrzebują twojej pomocy. Swoją walką będziesz im dodawał otuchy. Ja jestem już bezpieczna, ale oni ciebie potrzebują. Idź do nich! Dowidzenia kochany mój!
Nagle ocknąłem się. Leżałem przy martwej Teresce. Nie było już łąki w lesie. Ponownie byłem w piwnicy. Otaczała mnie ciemność i gryzący dym. - Pomagać naszym. – pomyślałem. - Muszę pomagać naszym, tak chciała Tereska! Jakaś nowa siła wstąpiła we mnie. Pocałowałem swoją ukochaną a później wybiegłem na korytarz. Znałem przejście do drugiego budynku. Przebili je powstańcy podczas walk. Biegłem w tamtą…