Fantastyka · 6 min czytania
Ariess. cz IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Kiedyś... Bardzo dawno temu.. Hmm.. Słuchaj. - tu spojrzał na mnie z oczami pełnymi bólu. Chciałam zrezygnować i po prostu skupić się na przytulaniu, ale czułam,że nie nadarzy się inna okazja do tej opowieści. Aż zapachniało tą całą niesamowitością. Lekko zdjął rękę z mojego ramienia i powoli, lecz stanowczo wstał. Nie patrzył już na mnie, ale w księżyc. Oparł nonszalancko lewą nogę o pień i kontynuował żywym tonem – wiesz, kiedyś.. Kiedyś byłem człowiekiem. Chłopcem, bo do mężczyzny mi wiele brakowało. Hm.. Wtedy były inne czasy.. Rok bodajże 1709.. Tak, wtedy skończyłem 18lat i grałem przed wszystkimi wielkiego chojraka, pana , któremu nikt i nic niestraszne. Miałem ogromne powodzenie u dziewczyn i wykorzystywałem to. Jedna, druga, dziesiąta,aż wstyd się przyznać. Ale pewnego dnia, heh.. Dwóch chłopców założyło się,że nie wejdę do lasu, w którym straszy i nie zetnę najstarszego drzewa, które w nim rośnie. A co ja zrobiłem, no co? Głupi byłem. Nie wierzyłem w żadne legendy, mity, bajki. Nimfy wodne czy drzewne. W nic. Nie mogłem pozwolić na zwątpienie w moją męskość, na pozbycie się tego władnego przerośniętego ego. O nie, nie, nie ja! Tak więc nie chciałem dłużej zwlekać, to poszedłem po siekierę do domu i wszyscy, którzy znajdowali się na placu oraz słyszeli zakład , ruszyli razem ze mną. Odprowadzili mnie tylko na skraj lasu. Ha! Tchórze! Szydziłem z nich, wyśmiewałem. Nie wiedziałem, że widzę ich po raz ostatni. To był dziwny, słoneczny dzień. Początek lata, jak teraz. Lecz gdy wszedłem do lasu znikąd pojawiła się ciemna, gęsta mgła. Ha! Ale czymże jest lekka mgiełka dla takiego odważnego poszukiwacza przygód jak ja?! Nie zwróciłem na nią najmniejszej uwagi i pognałem dalej. Ścieżka była wąska, po prawej i lewej stronie ledwo widoczne drzewa i krzaki kołysały się w rytmie wiatru. Brnąłem tak w wodzie około godziny, jak nie więcej. Czułem, po prostu czułem,że coś złego się stanie. Ale nie mogłem zawrócić. Oni tam czekali na mnie. Oczmai wyobraźni widziałem jak wyśmiewają się ze mnie do końca swoich dni. Doszedłem w końcu do jakiegoś ciemnego stawu, lecz jego całość niknęła we mgle, która jak gdyby trochę się przerzedziła. I oto zobaczyłem drzewo. Od razu wiedziałem,że jest starsze niźli by sobie można było wyobrazić. Tak, było najstarsze. Hm.. O tym lesie krążyło wiele opowieści, nikt nie odważył się od wielu lat do niego wejść. I oto proszę – ja, Piotr Rivendel wchodzę i mam zamiar ściąć najstarsze drzewo, dla głupiego zakładu. Nie pozostaje mi nic więc innego, niż to, by to zrobić. I okryć się chwałą na najbliższe kilka lat. Podszedłem do drzewa – była to jabłoń. Jabłoń w środku lasu! Czułem jego dziwną woń,przesiąkłem nią cały, lecz wtedy nic nie było mi straszne. Uniosłem siekierę i nim zdążyłem nią uderzyć w pień wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Zobaczyłem przeraźliwie jaskrawe światło, które mnie oślepiło i setki ogłuszających krzyków. Jakaś ogromna siła odrzuciła mnie