Fantasy · 7 min czytania
Ariess - cz. VII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdy zaczniesz czytać pierwsze słowa tej części póść piosenkę Evanescence - You .
***
Siedziałam na parapecie a gorący kubek, na którym namalowane akwarelami były małe i olbrzymie jabłka, parzył mi dłonie. W środku dziwnie białe mleko kołysało się zawzięcie w rytmie smutnej piosenki, która wychodziła z głośników podstarzałego radia. Poduszka za moimi plecami drapała moją skórę, lecz byłam za bardzo rozleniwiona, by ją zmienić. Bose stopy oparte były na przeciwległej zimnej ścianie. Krople deszczu spływały po szybie wolno jak łzy. Łzy nieszczęśliwej osoby… Rodzina dawno była pogrążona w głębokim śnie, słychać tylko było trzeszczenie łóżka . Pewnie śnią o słodkich morzach, górach czekoladowych i palmach kokosowych. Takie noce jak ta, sprzyjają rozmyśleniom. Nikt nie przeszkadza, nie wtrąca się, nie pyta czy mi lepiej, nie patrzy tym swoim dziwnym wzrokiem. To się skończy. Już niedługo. A ta właśnie noc, była tą niezwykłą. To dokładnie rok temu zostałam sama pod tamtą przeklętą jabłonią. Powoli zsunęłam się z parapetu na zielony, puszysty dywan . Otworzyłam na oścież oba okna i pozwoliłam aby krople deszczu powoli muskały moją twarz, aby wiatr targał moimi włosami. Aby wtargnął bezczelnie do pokoju i podniósł w powietrze skrawek starego pergaminu. TEGO pergaminu, na których zapisane zostały słowa, które na zawsze utkwią w moim sercu. Są tam wyryte na wieczność. Stałam osłupiała a szeroko otwarte oczy wyłapywały fragmenty tego co się działo. Papier latał po całym pokoju, nie targany już wiatrem, a jakąś dziwną mocą. Poruszał się najpierw obok szafy, łóżka, był pod sufitem, aż nagle położył mi się na ramieniu. Zanim jednak ruszyłam ręką, by go ściągnąć, znów poderwał się do lotu i wyfrunął poza okno. Na zewnątrz, gdzie coraz większe krople wody spadały na ziemię. Bez namysłu skoczyłam na parapet i wyszłam przez okno na zimny od deszczu taras. Stopy zaczęły brodzić w lekkiej powodzi, lecz po chwili się tym już nie przejmowałam, gdyż biegnąc tak szybko, na ile pozwala mi moja fizyczność było mi obojętne czy to woda czy błoto. Pergamin tańczył na wietrze obracając się zapisaną stroną co jakiś czas jakby patrząc czy nadal za nim biegnę. Proszę, tylko nie tam. Błagam! Wszędzie, tylko nie tam… Nie w miejscu, przez które nie mogę żyć. Przez które mój cały świat obrócił się o 360 stopni i nadal nie wraca do porządku dziennego. Przez które wylałam morze łez, bo tak bardzo chciałam by wrócił.. Biegłam dalej. Nie zważałam na brudne ciało od dwóch poślizgnięć na błocie, na zmęczenie czy przyklejone włosy do twarzy. Na nic, po prostu.. I jest, wiedziałam. Pergamin ułożył się idealnie pod drzewem. TYM drzewem. Tą jabłonią, którą za wszelką cenę chciałam unikać do końca swoich dni. Nic się nie zmieniła. Korzenie były tak samo grube jak je zapamiętałam. Kora tak samo szorstka jak na początku. Liście tak samo zielone jak kiedyś. Jabłoń idealna. Stanęłam jakiś metr przed nią nie wiedząc czy podejść. Czy moja odwaga będzie na tyle duża, że dam radę zrobić te dwa kroki, zabrać pergamin i bez zbędnych łez odejść oraz już tu nie wrócić? A może ON gdzieś tu jest? Może czeka na mnie? Może to nie zbieg okoliczności, że znajduję się tutaj w tą noc, w kolejną rocznicę. W rocznicę naszego poznania i pożegnania. Skierka nadziei. Maleńka, a potrafiąca tak rozgrzać serce, że to aż niewiarygodne. Zaraz zapłonie od