Religia · 48 min czytania
Arka - trochę inaczej...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Głuche uderzenia siekiery, soczyste trzaskanie łamanych gałęzi i miarowe zgrzytanie piły roznosiły się po okolicy już ładnych kilka tygodni. Sensacja płynąca przez okoliczne miasteczka i wioski była niemała: oto ktoś buduje łódź! Nie byłoby w tym nic niedorzecznego, gdyby była to normalna łódź, czółno do łowienia ryb, czy przeprawy na drugą stronę rzeki. Wtedy nie byłoby tyle zamieszania. Z tą łodzią sprawa miała się jednak zupełnie inaczej. Jej rozmiary miały być nietuzinkowe: długość trzysta łokci, szerokość pięćdziesiąt i wysokość trzydzieści łokci. Popłynąć taką łodzią to już byłoby coś! Problem tkwił jednak w tym, że do najbliższej większej wody wyprawić się było - ho, ho! - nie mała sztuka! No, ale cóż, dla tych, którzy budowali to cudo, odległość nie miała widać większego znaczenia. Z godnym podziwu uporem znosili drzewo żywiczne, cięli, rąbali, obrabiali i składali wszystko w całość, która miała im do czegoś posłużyć. A do czego miała służyć łódź, w takim miejscu, wiedzieli chyba tylko ci czterej, urabiający sobie ręce po łokcie oraz ich żony. Czy to kogo obchodziło - na co i po co, to całe zamieszanie? A może obchodziło? Wzgórze, a właściwie niewielki pagórek swym położeniem począł się wsławiać, gdy przybrał szumne miano „widokowego”. Będąc w pobliżu często uczęszczanej drogi i nie przysparzając trudności najwybredniejszym piechurom stał się dogodnym punktem, z którego można było sprawdzić i przekonać się o prawdziwości plotek krążących o Noem i jego rodzinie. Wielu sądziło, że to tylko głupia pogłoska, o starym Noe, który zbzikował i buduje z Semem, Chamem i Jafetem, swoimi synami, coś na kształt statku. Kiedy więc odwiedzali „widokowy” pagórek przyznawali rację swoim informatorom - prace trwały. Tego dnia słońce przypiekało niemiłosiernie, prażąc każdą wystawioną na jego działanie część ciała. Taka pogoda z reguły nie zachęcała do zbytecznych podróży, jednak droga do pagórka i sam pagórek nie narzekały na nudę. Ktoś przybył z ciekawości, a to przyplątał się ktoś przypadkiem, a to przejeżdżający obok nie omieszkali sprawdzić, jak postępują budowlane zabiegi. Szczytowi „widokowego” nie oszczędzano łupieżu najprzeróżniejszych śmieci. Tu papierek, tam zgnieciona puszka i nikomu nie wpadło do głowy, by przywieźć ze sobą choć worek na odpadki, nie mówiąc już o koszu. W chwili, kiedy „ostatnia zmiana” zeszła z posterunku i chwilowo zrobiło się pusto, przejeżdżający drogą rowerzysta skręcił zgrabnym przechyłem z szosy na wydeptaną w trawie ścieżkę. Robił to nie pierwszy już raz i bez cienia przesady mógł powiedzieć, że znał tu każdy kamień. Ostatnie nadepnięcia pedału wymagały większego wysiłku, więc osiągnąwszy cel, otarł pot z czoła i sapiąc przysiadł na zachowanej kępce gęstej trawy. Zerknąwszy pod światło na ciemny plastik bidonu sprawdził poziom kołyszącej się w nim wody i zdrowo sobie łyknął. W dole krzątali się ci sami ludzie co zwykle - nikt nie przybył, ale też nikogo nie ubyło. Konstrukcja łodzi wzbogaciła się o kilka widocznych z tej strony desek. Widać było, że nie próżnowali. Oddech wreszcie uspokoił się i myśli swobodnie poczęły napływać do głowy. Szczególnie powracała ta jedna, która nierozłącznie wiązała się z rodziną Noego, a której wyjaśnienie mogło mieć wiele rozwiązań, mądrych lub niedorzecznych. Po co to robią? Przyjeżdżając tu na swoim rowerze miał nieustanne wrażenie, że w tym wszystkim chodzi o coś więcej niż wybudowanie łodzi. To tak jak z malowaniem. Obraz ma wyrazić myśl autora, jego uczucia, pragnienia, przeżycia, a nie być jedynie złożoną formą płótna, ram i zbioru bardziej lub mniej uporządkowanych barwnych plam. Ten statek z całą pewnością nie był wymysłem szaleńca, jak twierdzili jego przyjaciele. Ale jeśli nie, to czym? Zza pleców dobiegły czyjeś kroki. Ostatnie myśli znów skręciły niczym pociąg po skończonym biegu na bocznicę. Czyjś tłumiony z początku śmiech gwałtownie znalazł ujście eksplodując niczym petarda. - No, to nieźle - skomentował coś przyjemnie brzmiący głos. Rowerzysta odwrócił się, by sprawdzić kto przyszedł. Przybyszy było dwóch. Rozbawiony był w krótkich szortach i koszulce bez rękawów, dobrze umięśniony, atletyczny młodzieniec. Drugi, starszy od niego w białej koszuli z krawatem i długich białych spodniach, z ciemnymi okularami na nosie. Młodszy gestykulował zamaszyście jakby tłumacząc rękami jeszcze to, o czym skończył przed chwilą mówić. Gdy doszli na miejsce, jego słuchacz zapalił właśnie papierosa. - Dzień dobry. - Dzień dobry- powiedzieli niemal jednocześnie. - Jak tam praca? - spytał elegant z krawatem. - Jakoś idzie - odpowiedział rowerzysta z dziwnym przeczuciem, jakby go ktoś pytał o jego zajęcie. - Powoli, ale do przodu - dodał. Przez chwilę w milczeniu obserwowali plac budowy. Drzewo walało się w pozornym nieładzie tu i ówdzie, ale nie było tam nikogo, kto w tym rozgardiaszu traciłby czas na poszukiwanie potrzebnych elementów. Obserwator z zewnątrz nie dostrzegł systematycznej i uporządkowanej pracy dzięki której z nagiego szkieletu powstał widoczny już w pełni kadłub statku. - Myśli pan, że to wszystko ma sens? - spytał młodzieniec swego towarzysza. Tamten wzruszył ramionami i zaciągnął się nikotyną. - Wielu mówi, że to bez sensu - odpowiedział jakby za niego rowerzysta. - Jasne, że bez sensu - zgodził się młodzieniec. - Moja ciotka stwierdziła, że tylko kretyn mógłby się na coś takiego zdecydować. - Bardziej by mu się opłacało bliżej wody - stwierdził elegant - Nie mam pojęcia jak to przetransportuje z tego miejsca. - Tak, to byłoby bardzo drogie - rowerzysta pokiwał głową. - Kretyni podobno mają to do siebie, że nie myślą normalnie - atleta skrzywił głupkowato usta i zmarszczył nos. Soczysty zez miał podsumować zdanie. - Myślicie, że nie wie, jak daleko jest do wody? - spytał rowerzysta. To pytanie jednak miało rozstrzygnąć o normalności rodziny Noego, bądź wyraźnym odchyleniu od normy. Obaj milczeli. - Nie zaczął tego wczoraj, czy przedwczoraj, ale ładny kawałek czasu. Tyle dni na zastanowienie się ... - To wariat! - wtrącił się jakiś nowy głos. Zza krzaków wyszedł na polankę jakiś rozchełstany młody człowiek o dziobatej twarzy i włosach w nieładzie. - Wariat taki jak ja. Bierze w kanał i potem słyszy głosy. A one mówią buduj i buduj! No i buduje . - Co robi? - elegant wyraźnie nie zaskoczył. - No ... jak wezmę sobie działkę to też mam różne zwidy przed oczami. Ten stary widzi łódkę, inny ma chmurki i chce latać, a jeszcze inny różowe słonie. Znałem takiego, co zakochał się wwulkanie izrobił go sobie na środku pokoju ze śmieci i ziemi z ogródka. Nawet było ładne - zachichotał. - O tak, niezwykle zgodni są w tym wizjonerstwie - zauważył rowerzysta. - I ciekawe po ilu działkach? Młodzik spojrzał na niego mało przyjaźnie, ale wzruszył tylko kościstymi ramionami. - Każdy ocenia według siebie - elegant uśmiechnął się ironicznie i przetarł okulary. - Coś w tym jest - przytaknął rowerzysta. Atleta kopał butem dziurę w ziemi, jakby czymś speszony. Spojrzał, czy ktoś na niego patrzy, ale wszyscy spoglądali w dół, na dno doliny. - Podobno kiedy zbierze się tu więcej ludzi, ten dziwak przychodzi bliżej i wrzeszczy coś o jakimś potopie, czy czymś takim - powiedział szybko jakby niechcący. Dziobaty parsknął śmiechem, a elegant z pożałowaniem pokręcił gładko przyczesaną głową. Zapanowało krótkie milczenie. - Słyszałem to na własne uszy - przyznał wreszcie rowerzysta – I nie wyglądał mi na naćpanego, ani pijanego, ani w ogóle na wariata. Mówił to z zupełnym przekonaniem. - Potop!? Tutaj? - młodzik z rozbawioną miną rozglądał się po bezchmurnym niebie. - Jak żyję nie pamiętam porządnego deszczu. - Wołał, że tylko jego arka da schronienie i ratunek ... - To już debilizm. Chyba przedawkował. - ... i dodał, że wszyscy powinni się upamiętać i uwierzyć - rowerzysta skończył mimo docinek ze strony dzieciaka narkomana. Elegant zgasił niedopałek i wyciągnął następnego papierosa. Jego towarzysz dalej kopał dziurę w ziemi nie podnosząc nawet głowy. Nastrój wyraźnie mu się odmienił. - Niby w co mamy uwierzyć? - dziobaty nie dawał za wygraną - O zielonych ludzikach gadają, o tym, że ma być lepiej, że starych szanować trzeba, komu się kłaniać a komu nie, też gadają. I komu mamy wierzyć, co? Wszyscy twierdzą, że mają rację. Rowerzysta czuł jego pytający wzrok na sobie. Odczekał moment zanim odpowiedział. - Bogu. - O! - aż podskoczył. - A któremu: mojemu kumplowi LSD, ognistej wodzie czy temu z kościoła? To wszystko dla mnie bogowie! - Ja wierzę w Boga - wtrącił elegant niespodziewaną deklarację - Od dzieciństwa wierzę, że Bóg jest. - Noe nie mówi o wierze w Boga, ale o wierze Bogu. - A co za różnica? -spytał atleta. - Czy wierzy pan, że ja jestem? - odpowiedział rowerzysta pytaniem. - No jasne! Nawet nie muszę wierzyć, bo widzę - obruszył się. - A czy wierzy pan we wszystko, co do tej pory powiedziałem? - No ... - zastanawiał się - ... nie bardzo. - Właśnie. Wiara w kogoś i wiara komuś nie musi być tożsama. - Widzę, że pana już przekonał - stwierdził elegant i nadąwszy policzki wypuścił chmurę dymu. - Po prostu głośno myślę - odrzekł rowerzysta znów spoglądając na okolicę. - To wszystko jest bardzo dziwne. Jesteśmy chyba zbyt przyzwyczajeni do życia jakie prowadzimy. Jak skamieliny, które wymagają albo radykalnych środków wybuchowych, albo długiego procesu drążenia wodą i powietrzem, aby coś rozłupać i skruszyć. Na wszystko inne jesteśmy odporni i nieczuli. Tak Noe może sobie gadać ile chce, ale co będzie jeśli ten deszcz naprawdę zacznie padać? - Rybka - Słucham? - Rybka - dziobaty zachichotał - Będziemy ćwiczyć rybkę, brzuchem po dnie. - To nie było śmieszne - zauważył młodzieniec w szortach. - Nie chciałbym się utopić - zgodził się elegant - Już bym wolał gdzieś samochodem ... - zamilkł ze skrzywioną twarzą. - Teraz nikt nie myśli, że to co mówi ten starzec jest prawdą - ciągnął rowerzysta swe głośne myśli - ale co się będzie działo jeśli... - Niech pan przestanie - uciął elegant. - To z całą pewnością niedorzeczne bzdury. Jak świat światem, nigdy nic takiego się nie stało i stać nie może. Jak sobie to pan wyobraża? Góry też pan wziął pod uwagę? Rowerzysta zamilkł i patrzył jak tamten, czerwony ze złości wymachuje rękami. Kiedy skończył, wzruszył jedynie ramionami. - Nie wiem. To, co mówi ten Noe, jest trudne do przyjęcia, ale historia zna pojęcie proroctwa. Zdarzali się ludzie, których przepowiednie wypełniały się. - Tak, tak, jeszcze w bajki pan wierzy - elegant zaciągnął się dla uspokojenia. - A pan w Boga? - odrzekł zdziwiony. - Co to ma do rzeczy? - A to, że owi prorocy byli posyłani przez Boga. - Sami tak twierdzili, a gadać jak zauważył ten gagatek, może sobie każdy. - No, no! - zaprotestował narkoman. - Masz szczęście, że chodzisz z tym bodziem. - Grozisz bączku - ożywił się atleta. - Spokojnie - hamował rowerzysta. - Słyszałem kiedyś, że kiedy ludzie będą zuchwali, nadęci, okrutni i przybierający jedynie pozór pobożności, nie będą miłować tego co dobre, ale to co złe, to koniec blisko. Inaczej - czasy ostateczne. Wszystko zaczyna pasować jak ulał. Zamiast miłować Boga kocha się złość i okrucieństwo. Nawet wy skoczyliście sobie zaraz do gardeł.... - Te, gościu, nie wymądrzaj się tak, dobra!? - dziobaty splunął czymś z głębi nosa. - Jak się zaraz nie przymkniesz smarkaczu to cię mamusia nie pozna! - elegant swoją złość przeniósł z rowerzysty na niego. - Panoszy się to teraz, że strach samemu na dwór wieczorem wychodzić, jasny gwint. Nabuzuje się taki, a potem gangstera będzie udawał, pyskacz jeden.... - Facio! - dziobaty nie wytrzymał - Nie przeginaj! - Bo?! - Bo ci ... Atleta ruszył bez słowa w stronę młodzika, ale tamten pierzchnął kilkoma susami w skąpawe krzewy. Do pogoni nikt się nie kwapił. - To jakie teraz mamy czasy? - spytał rowerzysta niby w powietrze. - Dobrze, dobrze - powiedział elegant, wyciągając dłoń jak policjant w geście stopu. - Być może jest źle, ale z całą pewnością nie aż tak, by nazywać je ostatecznymi. Proszę spojrzeć dookoła. Ludzie umierają i rodzą się, pobierają, robią interesy. Świat się rozwija. Mamy coraz większy dobrobyt, postęp technologiczny i naukowy.... - Oprócz tego wojny, głód, nieuleczalne choroby i epidemie – zauważył rowerzysta. - Tak było, jest i będzie - skwitował to machnięciem ręki elegant. - Podobno już dawno mówiono, że ma tu być .... - pytanie atlety ugrzęzło jakoś na moment - Królestwo Boga, czy jakoś tak? Słyszał pan coś o tym? - Uhm - rowerzysta kiwnął głową. - No i co? - ucieszył się elegant. - Mówię, gadanie i tyle. Miało być i nic się nie dzieje. - Mój dziadek mówił, że co ma być, to będzie - atleta wydął policzki i wytrzeszczył dziwacznie oczy. - Ty!? Następny mądraliński? - elegant zamachnął się otwartą dłonią ale nie dosięgnął celu. - Powtarzam, co słyszałem szefie - usprawiedliwiająco podniósł ręce. - Co ma być, naprawdę będzie - rowerzysta z przyjemnością poparł podwładnego eleganta. - I co zrobić? Napadnięty z dwóch stron pan w okularach w swej bezsilności zapalił następnego papierosa i odwrócił się plecami do dolinki, w której Noe z synami bezustannie krzątali się przy swoich zajęciach. - To jak ma być z tym Królestwem? - atleta powtórzył pytanie trochę inaczej. - Nie wiem - głos rowerzysty nagle przygasł. - Niewiele o tym słyszałem. Ktoś mówił, że Bóg ma przyjść na ziemię. - Przyjść na ziemię? - atleta był szczerze zdziwiony. - Osobiście? - Mówią, że osobiście. - Jak to tak? Przecież jeśli Bóg jest Bogiem, to jest Bogiem. Bóg nie mieszka na ziemi, tylko w niebie. - No mnie się wydaje, że jeśli jest Bogiem, to może mieszkać gdzie chce - wtrącił elegant nie odwracając się nawet na chwilę. - Właśnie - przytaknął rowerzysta. - Przecież Bóg jest od tego, żeby mieszkać w niebie i rządzić wszystkim z góry. W końcu stamtąd widać lepiej. - To zależy - znów odezwał się obrażony szef. - Pod lupą widać dokładniej. - A my boimy się, kiedy ktoś się nam przygląda z bliska - pociągnął tę myśl rowerzysta. Atleta skrzywił się z niesmakiem. Widać było, że nie lubi myśleć o kimś, kto mógłby obserwować każdy jego czyn, a tym bardziej co ma w głowie i w sercu. Od strony drogi zbliżał się ktoś nowy. Mężczyzna i kobieta trzymając się za ręce gorąco o czymś dyskutowali. Oboje dobrze, choć trochę dziwacznie ubrani, z długimi spiętymi z tyłu włosami wydawali się na pierwszy rzut oka być kimś z gatunku artystycznej menażerii. - Nie, nie masz absolutnie racji, mój kochany – mówiła zdecydowanie kobieta. – Psychologia traktuje takie przypadki zupełnie inaczej. Widzisz to zbyt powierzchownie. - Ta twoja psychologia jest za to jak ocean : rozległy, głęboki i pływają w niej rekiny - odpowiedział mężczyzna. - Sztuka ma to do siebie, że znajduje więcej wyrozumiałości i potrafi zrobić właściwy użytek z metafor. - Oj, tak, tak, Tem - odrzekła głęboko wzdychając. – Chodzisz zgłową w chmurach i dlatego masz bez przerwy jakieś kłopoty. - Nie jest tak źle, Sami, żeby nie mogło być gorzej – uśmiechnął się zawadiacko i skinął uprzejmie głową do zebranych na wzgórzu ludzi. - Dzień dobry. - Dzień dobry - padła chóralna odpowiedź. Przez chwilę wszyscy stali w ciszy. Pan w okularach odszedłszy w bok, również spoglądał w dół doliny. - No i powiedz, Sami, czy to nie jest inspirujące? – zagadnął przyciszonym głosem Tem. Jego oczy zabłysły z podekscytowania. - Oczywiście. Każda forma dziwactwa niesie w sobie coś interesującego. Całe szczęście, że nie masz bezpośredniej styczności z niektórymi dewiacjami - dała mu pstryczka w nos. - Za kogo mnie masz? Za zboczeńca? - obruszył się marszcząc czoło. - Och - machnęła lekceważąco dłonią. - Jesteś tylko nieszkodliwym filmowcem... - No - Tem gwizdnął przez szparę w zębach rozczarowany. - ... ale kto wie, jak się to kiedyś skończy - zaśmiała się, dała pstryczka i natychmiast odskoczyła. - Pana to chyba skądś znam - przerwał im elegant i podszedłszy bliżej wyciągnął prawicę w geście powitania. Tem przyjrzał mu się dokładniej i przywitał się. - A tak, pan Chamor, pamiętam - zrobił przyjazny wyraz twarzy - Spotkaliśmy się na przyjęciu u Betuela. - Tak to było u Betuela - Chamor zamyślił się szukając czegoś w pamięci. - Jak tam idzie produkcja pana filmu? Nazywał się ... „Niepokoje”. - „Niespokoje”. - Racja, „Niespokoje”. - Jest w montażu. - To już niedługo będzie można zobaczyć to dzieło? - Jeszcze nie tak szybko, ale dziękuję za komplement. - Tem uniósł kąciki ust. - Komplement? - Samo słowo ,,dzieło” już jest dla mnie komplementem. Ja nazwałbym to raczej wynurzeniem. Dzieła płodzą wyłącznie najwybitniejsi. - Wynurzenie, wynaturzenie. Całkiem blisko - wtrąciła kąśliwie kobieta. Tem zatkał jej usta dłonią. - To Sami, moja przyjaciółka. Kiedy się kłócimy, jest bardzo zgryźliwa - przedstawił ją znajomemu. - W ustach pięknej kobiety nabiera to... swoistego wyrazu - stwierdził elegant delikatnie się ukłoniwszy. - Bardzo pan uprzejmy - przyjęła tę uwagę z zadowoleniem. – Choć troszkę pan... z ową pięknością przesadził. - O, nie... - Dobrze, dobrze - przerwała mu wstęp do gorących zapewnień, że naprawdę jest piękna, urocza, inteligentna. - znam się już od jakiegoś czasu i znam moje zalety i wady. - Niewątpliwie. Interesują się państwo Noem? - Chamor wolał zmienić temat. - Tak, to bardzo ciekawy przypadek - odpowiedziała Sami. - Ona interesuje się psychologiczną sferą życia człowieka - wyjaśnił Tem przewracając oczami. - Jest pani psychologiem, mam rozumieć? - Chamor chciał się upewnić. - Amatorsko. Traktuję to jak hobby. - Normalnie pracuje w banku - kontynuował jej towarzysz. - Na kierowniczym stanowisku. Kobieta spojrzała na niego wzrokiem gotowej do ataku modliszki. - Chce twardo trzymać swoich podwładnych - dodał konspiracyjnie cicho. - Chcę ich bardziej rozumieć, ty metaforyczny zarozumialcu - kopnęła go czubkiem ostro zakończonego buta w kostkę. - Niech mnie nikt nie przekonuje, że kobiety nie są niebezpieczne. Sam pan widział. - Tem odsunął się na bezpieczniejszą odległość. - Bardzo lubię tego staruszka Noego. Może jest dziwakiem, ale za to nieszkodliwym - dodał. - Jeszcze słowo - zagroziła Sami. - A co? Może nie mam racji? - odpowiedział pytaniem. - Może nie masz - niemal warknęła. - Swoim dziwactwem robi tylko zamęt. Jak ktoś gada, że wszystko jest do kitu, nie ma sensu i wcześniej czy później zostanie zniszczone, to zakrawa na niezłego dekadenta. - O! Dekadent pasuje jak ulał - elegant zwrócił się do rowerzysty. - Słabszego do grobu może wpędzić takie gadanie o zagładzie. Rowerzysta wziął niewielki kamyk i rzucił gdzieś przed siebie. - Mnie się wydaje, że on bardziej myśli o życiu niż o śmierci, o ratunku, a nie o zagładzie. - Przecież ciągle mówi o potopie - włączył się atleta. - Przepowiada śmierć i zniszczenie. - I buduje swój statek, żeby przed tym uciec. Stara się, by do niego wsiąść i nie utonąć razem z nami. - Co też pan mówi?! - Obruszyła się kobieta. - Widzę, że ten starzec nieźle panu namieszał. Wierzy pan w te brednie? - Nie wiem, czy wierzę - odparł poważnie rowerzysta - ale myślę o tym. Zupełnie serio myślę. - Jeśli on ma rację, to może lepiej kupić sobie jakiś ponton - głośno zastanawiał się filmowiec. - Teeem ... - zajęczała Sami. - Skończ gadać od rzeczy. - No popatrz - Tem przybrał minę zmieszanego obawami. - Tam już są gotowe burty i nadbudówka. Trochę wykończenia, makijażu i będzie gotowy. - Można żartować - zwrócił się do niego rowerzysta - ale z całą pewnością czas płynie. Jeśli on ma rację, to na naszą niekorzyść. Jeśli nie ma racji, już wkrótce wyjdzie na kompletnego idiotę. - W rzeczy samej - zgodził się Chamor. - Wolałbym, żeby wyszło na to drugie - pocieszał się młodzieniec. - O ! Co on tam robi? - Nagle ożywił się filmowiec. - Zobaczcie, chyba będzie coś pisał. Wszyscy jak na komendę zwrócili głowę ku arce. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Oczekiwali, co będzie działo się dalej. Noe stał na podwyższeniu z drewnianych bali tuż przy dziobie statku i właśnie nachylał się, by z rąk jednej z kobiet odebrać coś, co wyglą dało na wiaderko i pędzel. Cała rodzina zebrała się luźnym półkolem, aby być świadkami czegoś doniosłego. Z całą pewnością nadanie nazwy jakiemuś przedmiotowi niosło w sobie nutkę dumy stwórcy. Dla tej rodziny widać miało owe wydarzenie niebagatelne znacze nie. Noe zamoczył pędzel w naczyniu i uniósłszy twarz w niebo zastygł na jakiś czas. - A on co? - spytał głośno Chamor. - Medytuje - stwierdziła kobieta z lekką dozą kpiny. - Ten facet naprawdę traktuje to poważnie - zauważył już bez uśmiechu filmowiec. - Wygląda na to, że się modli. - Ma pan rację, Noe się modli - przyznał rowerzysta. - Jeżeli to wszystko, co twierdzi jest prawdą... - Znowu pan zaczyna? - przerwała mu niegrzecznie Sami. – Takie rzeczy nie są możliwe. Świat trwa już tak - nie wiem ile lat - i ma sobie, ot pstryk, zniknąć? Bądźmy trochę mądrzejsi. Szybciej wybuchnie wojna atomowa, albo uderzy w naszą ziemię jakaś kometa. Ale potop? - Bardziej pani wierzy w ludzi i przyrodę niż w Boga? – Rowerzysta spojrzał jej prosto w oczy. - A kto to jest Bóg? - oddała mu pytaniem. - Ten, kto stworzył to, co panią otacza i panią samą, a teraz, być może, jest poirytowany pani niedowiarstwem. - A pan, to niby taki wierzący, tak?! - zawrzała. - To co pan tu jeszcze robi? Niech pan idzie pomóc temu nawiedzonemu starcowi, skoro ma rację. Może trzeba mu potrzymać ten kubeł z farbą. Rowerzysta zmarszczył czoło. Nic nie dpowiadając patrzył na górną część burty, na której Noe powolnym pociągnięciem napisał pierwszą białą literę:„ J” . „J” - nie mówiło mu właściwie nic. Znał tyle wyrazów zaczynających się od niego. - Może będzie na tyle inteligentny, żeby nazwać to swoje dziwactwo po ludzku - powiedział z przekąsem Chamor. - Coś w stylu „Jaskółka”, „Jutrzenka” albo „Jesień życia” . - Niech pan nie będzie śmieszny - odrzekł Tem trochę rozzłoszczony takimi uwagami. - O, a to dlaczego? - żachnął się elegant. - Bo to infantylne. Obrzydliwie drażni mnie prostactwo. - Uuu... - zawył Chamor nie dając za wygraną i zaraz dodał kiwając głową - ...artysta, rozumiem. Tem wzruszył tylko ramionami i zmrużył oczy oślepion promieniami słońca. Chciał lepiej zobaczyć drugą literę. Było to „E” . „J” i „E” nawet pasowały do ostatniej nazwy Chamora i zrobiło mu się jakoś niesmacznie. Nie wiedział dlaczego, ale nie lubił tego człowieka od pierwszej chwili, gdy spotkali się na przyjęciu u Betuela. Zrobił na nim niemiłe wrażenie kogoś, dla kogo najważniejsze są pieniądze i najlepsze drogi do ich zdobycia. W dodatku niechcący słyszał głupawe żarty i mało wykwintne komplementy wobec nieznajomej kobiety, która stała tuż za jego plecami i mimo rozpaczliwych prób nie potrafiła się Chamora pozbyć. No, ale co tam elegancik z marnym gustem. Co mogło oznaczać „Je”...? Wzdrygnął się na krótką myśl, która przyszła mu do głowy. Nazwa „Jedyni” z całą pewnością nie była lepsza od „Jaskółki”, ale o wiele bardziej, gdy brać pod uwagę okoliczności, prawdopodobna i nieprzyjemna. Jeśli tak dalej wszystko się potoczy, Noe wraz z rodziną będą jedynymi pasażerami swojego statku i na tym film się skończy. Szybko szukał jakiegoś innego pomysłu, by zadusić w zarodku płomyk tej nieprzyjemnej myśli. Noe zamoczył pędzel w farbie i znowu zastygł w bezruchu. - Coś się szybko męczy - zachichotała Sami. Tem spojrzał na nią morderczym wzrokiem i natychmiast ucichła. - No, co? - usiłowała złagodzić niezrozumiany żart innym, przymilnym tonem - Żartowałam, przepraszam. - To jest ta twoja psychologiczna dojrzałość? - Tem nie miał zamiaru jej oszczędzać. - Powiedziałam: przepraszam! Noe dokładnym pociągnięciem namalował „Z”. - Nie mam pojęcia, co to będzie - powiedział półgłosem młodzieniec. - Może by obstawić propozycje? Kto zgadnie, zgarnie zakład - zaśmiał się Chamor, ale nikt nie podchwycił jego oferty. Rowerzysta…