Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 44 min czytania

Artefakt

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Wprowadzić więźnia! Do wielkiej, królewskiej sali koronacyjnej, posiadającej na ścianach wspaniałe arrasy przedstawiające różnorakie sceny batalistyczne i błyszczące azeluja układające się w podobizny świętych, weszło dwóch rosłych i barczystych żołnierzy ciągnących za sobą ledwo żywego mężczyznę. Ów mąż był blady niczym marmurowa podłoga, na której spoczywał purpurowo czerwony dywan będącym dla niego teraz drogą do księcia. Nieco przydługie, kruczoczarne włosy przyklejały się do jego spoconego czoła. Miał mocno zaciśnięte usta, jakby powstrzymywał się przed czymś. Książę Alvin de Grace siedzący dotychczas na okazałym, posiadającym feeryczne ornamenty tronie, wstał na widok tego umęczonego człowieka. Z jednej strony czuł satysfakcje spowodowaną wyższością i godnością nad nim, z drugiej zastanawiał się jak to możliwe, żeby ktoś, kto, póki co, przesiedział jeden dzień w celi, a nie był nawet na torturach, jest w stanie umierającym. Ot, ciekawostka. Żołnierze zbliżyli się do księcia i pchnęli w jego stronę więźnia. Na twarzy skazańca, na samą myśl o tym, że ma uklęknąć, pojawił się bardzo paskudny grymas. Niewiadomo, czy bólu, obrzydzenia czy czegoś innego. Dumny książę Alvin de Grace, odgarnąwszy długi płaszcz utkany ze złotogłowia, łypnął nań okiem: - Na bogów, co wy z nim zrobiliście? Dostaliście rozkazy żeby nie torturować go. - Tak panie – odezwał się jeden z prowadzących więźnia żołnierz, który stał teraz nieco z tyłu – nie tknęliśmy go choćby ostrym źdźbłem trawy. Dziś o świtaniu było z nim coś nie tak. Ale wasza wysokość kazał przyprowadzić, więc… - Dobra, dobra – żachnął się książę – na tytuły przyjdzie pora. Nie traćmy, więc czasu i przejdźmy do ekstraktu sprawy. Mości kacie. Rakarz stojący po lewicy księcia wydawał się stworzonym do swego zawodu. Bez mała, mierzył sześć i pół stopy wysokości. Na głowie założony miał rzemienny kaptur zakrywający twarz od nosa w górę. Był niezwykle pleczysty, aparycją przypominał Herkulesa. Patrząc na tego człowieka, odnosiło się wrażenie, że jest on w stanie odrąbać koński łeb tępym nożem. Tym bardziej więc zdziwiło więźnia to, co zdarzyło się potem. Książę Alvin de Grace, będącym hospodarem ziem rahiańskich, zyskał tytuł człowieka niezwykle praktycznego. Rahia nie tak dawno zakończyła wojować z Wielkim Kontynentem i była wyczerpana przydługawą wojną. System ekonomiczny ucierpiał nieco i książę postanowił, mówiąc kolokwialnie, ciąć koszta. Po co najmować wykwalifikowanego herolda z potężnym głosem skoro akty egzekucyjne i inne wiadomości mógł ogłaszać sam kat? Wziąwszy pergamin w ręce, rakarz począł dukać oskarżenia. W tym samym momencie, w którym otworzył usta, odezwał się więzień: - Panie...ja…muszę…bo… Namiastki tej przemowy były wypowiedziane głosem tak żałosnym, że książę Alvin przez moment zaczął żałować więźnia. Opamiętał się jednak i kazał wymierzyć mu tęgi policzek. Na nieszczęście skazańca, bijący go żołnierz, założoną miał rękawice nabijaną dosyć ostrymi ćwiekami. Kat zaczął czytać bez przeszkód: - Aardenie z Teochtl…tchla… - nazwę miejsca, z którego pochodził Aarden, pominął – w imieniu księcia Alvina de Grace’a, króla Montabana i Wielkiego Apostoła Juliusza, zostałeś oskarżony o szpiegostwo, kradzież, zabójstwo, podszywanie się pod lustiańskich duchownych, gwałt, kacerstwo i o sodomizowanie się… Aarden podniósł głowę. - …z psem! – dokończył dumny ze sprawnego przeczytania oskarżenia kat. Więzień, który na każde oskarżenie, lekko się uśmiechał, usłyszawszy to ostatnie, podniósł głowę w geście oznaczającym oburzenie. Wszyscy pozostali zniżyli się na oznakę niesmaku. Aarden, z wielkim wysiłkiem, powiedział: - Bo widzi książę…z tym psem to nie tak… - wyraźnie cierpiał - …ja wyjaśnię…wszystko…ale teraz….kurwa, nie wytrzymam! Aarden momentalnie zmienił pozycję klęczącą na leżącą. Jeszcze szybciej przełożył ręce zakute w żelazne kajdany przez nogi, kuląc się nieprawdopodobnie. W tym samym momencie, złapał za spodnie i jednym ruchem pociągnął je w dół ukazując światu swoje mokre od potu, owłosione dupsko. Następnie, jeszcze szybciej przykucnął, po czym z wielkim triumfem na twarzy wydalił to, co mu tak ciążyło. W sali koronacyjnej, tuż przed tronem królewskim, Aarden z krainy, której nazwy nie da się wymówić, zrobił wielką, rozlazłą plamę, która mogłaby być nazwana ludzką kupą, gdyby nie męczące go rozwolnienie. Żołnierze na widok srającego przed nimi więźnia, cofnęli się momentalnie, książę natychmiast znalazł się na drugim końcu sali gdyż bał się, że ubrudzi swój niezwykle drogi płaszcz w ekskrementach. Kat stał tam, gdzie stał podczas czytania oskarżenia, mocząc z wolna buty w żółto brązowej cieczy. Na twarzy Aardena pojawił się, nieopisany wręcz wyraz ulgi. Błyskawicznie odzyskał kolory, pot także zniknął wraz z fekaliami. Był z siebie niezwykle dumny. Kilka minut minęło zanim wypróżnił się do końca. Po tej czynności, nadal w pozycji kucającej, z gołą dupą na wierzchu powiedział: - Niech was cholera, co wy dajecie do tej fasoli?

***

Dywan księcia Alvina de Grace’a, był wręcz legendarnie piękny. Niezwykle intensywna czerwień maków polnych, subtelny odcień jasnej purpury fiołków, a do tego frędzelki po bokach, poprzetykane nićmi z czystego złota, naprawdę robiły wrażenie. Ach, wielka szkoda, że ten feeryczny kobierzec nadawał się już tylko do wyrzucenia, bo nikt nie był w stanie doczyścić pozostałości po gównianej kałuży. Teraz zastąpił go, jeszcze piękniejszy, majowo amarantowy z alabastrowymi kutasami po bokach.

***

W mieście Rothanburg, w którym swój zamek miał książę Alvin, i które było stolicą krainy zwaną Rahią, znajdowało się wysypisko odpadków wszelakich. Można było tam znaleźć zużyte ubrania, niekiedy zniszczone meble, resztki jedzenia, czy po prostu ludzkie i zwierzęce odchody zawinięte w lniane worki. Do tego miejsca nie przychodził nikt przy zdrowych zmysłach w celu innym niż wyrzucenie i szybkie oddalenie się. Co jakiś czas, konkretnie raz w miesiącu, odpadki są zabierane i wywożone, cholera wie gdzie, przez biedne juczne woły. Wysypisko to jest pozostałością po wojnie z Wielkim Kontynentem. Nie wiadomo w czym tak naprawdę miało pomóc gromadzenie śmieci, ale książę Alvin de Grace, tak zarządził i tak być musiało. Jak było wcześniej powiedziane, do wysypiska nie zbliżał się nikt. Nikt z wyjątkiem znanego włóczęgi, złodzieja i obwiesia Maurycego Hexe von Dekla, zwanego pieszczotliwie Grzeboryjem. Wielu ludzi uważa, że to kolejny biedak i ofiara losu. Fakt, prezencji za bystrej to on nie ma: wiecznie nieco rozchylone usta, nos można by rzec rzymski, zęby jedynki nieco wysunięte w przód lecz nie na tyle by wystawały na zewnątrz, włosy suche i cienkie, wyraźnie tworzące się zakola. Poza tym ubiera się zawsze w zniszczone, lnianie koszule, które znajduje na wysypisku, spodnie z niezidentyfikowanego materiału i buty, które tak naprawdę były onegdaj workami z odchodami. Taki jest dla większości. Dla niektórych jednak, Maurycy Hexe von Dekel to arcymistrz w złodziejskim fachu, poszukiwacz skarbów i niegdysiejszy członek dawno już rozwiązanej, elitarnej gildii złodziei Myszka. Największą jego pasją było poszukiwanie skarbów, pozostałość po stanowisku zajmowanym w Myszce, tym większe więc było jego zdziwienie, gdy odnalazł, obsrany dywan księcia Alvina de Grace’a. Grzeboryj ostrożnie zbliżył się do wystającego fragmentu dywanu. Odgarnął szmaty, które go przysłaniały i jego oczom ukazał się poplamiony czymś brązowym książęcy kobierzec. Jego uwagę przykuły frędzelki; instynktownie złapał koniuszkami palców za dobrze widoczną złotą nić, po czym delikatnie ją wyciągnął. Następnie znowu wyciągnął jedną, a potem jeszcze i jeszcze. Po krótkim czasie, Maurycy miał garść pełną złotych nici długości dziesięciu centymetrów. Nie trudno wyobrazić sobie jego radość jaką wonczas przeżywał. Złodziej i obdartuch trzyma nitki zrobione ze szczerego złota. Co mógł czuć? Może to, co czuł Aarden, wypróżniając się na książęcy dywan. Już zabierał się, żeby pozbawić pozostałych frędzelków złotych zdobień, gdy usłyszał za plecami głos: - Czym ty tak zajęty jesteś, Grzeboryj? Słowa te wypowiedział, także były członek gildii Myszka, a obecnie biedak, który często Maurycemu przeszkadza – Gustaw Heller. Stał pomiędzy dwoma osiłkami, aparycją zbliżonymi do aparycji kata, który czytał oskarżenie Aardena. - Niczym ważnym – w głosie Maurycego usłyszeć można było niemal każdy akcent, jaki występował na wyspie Tentrawind. Od łagodnego maleńskiego, ostrego rahiańskiego, lubieżnego i kuszącego lustiańskiego poprzez nieprzyjemny gungludański, bełkocący bleblaleński po śpiewający i dźwięczny meastramoński i na smętnym nieco morgelańskim kończąc. Lata szpiegowania i podróży zrobiły swoje, Grzeboryj znał niemal każdy język jakim posługiwali się ludzie. I nieludzie też. Delikatnie wsunął złote nici do kieszeni i jeszcze delikatniej się odwrócił. ,,Na wszystkich bogów, jaki on ma ryj!” - to były pierwsze słowa, które nasunęły się Grzeboryjowi na myśl, gdy popatrzył się na Hellera. Gustaw przystojny nie był, według niektórych nie był w ogóle mężczyzną. Krążyła plotka, jakoby miał być kiedyś świnią, na którą pewien szalony mag rzucił zaklęcie humanum formae. Łatwo więc wyobrazić sobie koloryt Hellera. Maurycy Hexe cały czas zachowywał spokój gdy ,, ludzki knur”, jak zwykło się mawiać na Gustawa, się do niego zbliżał. Dyskretnie wsadził rękę do kieszeni, gdy zaczął czuć na twarzy odór nadgniłego mięsa, wydobywający się z ust jego byłego kompana. - Wiesz co Grzeboryj, ja jednak sądzę, że zajęty jesteś szukaniem dywanu księcia de Grace’a. Nie, nie, nic nie mów. O tym, że leży tutaj pod tą górą syfu, wie już każdy. A może go znalazłeś, co? Maurycy zastanawiał się przez chwile, czy walnąć go kastetem, który założył na rękę w kieszeni już teraz czy może za chwilę. Wybrał pierwszą możliwość. Gustaw nawet się nie zorientował kiedy, jak i dlaczego stracił dwa zęby. Krztusząc się krwią, krzyknął ile miał sił w płucach: - Gońcie tego skurwysyna!!! Przynieście mi jego jaja!!! W zębach!!! Dwoje Herkulesów pognało co sił za Grzeboryjem, ten jednak, jako że był złodziejem niemal doskonałym, był szybki i zwinny niczym kot. W okamgnieniu znalazł się na przedmieściach Rothanburgu, następnie jeszcze szybciej w okolicach centrum, specjalnie wybierał najwęższe uliczki jakie zdołał wypatrzeć. Gdy trzeba było zaczynał biec po ścianach, omijając wóz z warzywami albo krowim łajnem, jednym susem wdrapywał się na dach, po czym zeskakiwał i biegł dalej. Nabrał nadludzkiej niemal prędkości. Naturalnie zgubił pościg jeszcze na wysypisku, ale w jego przekonaniu, był goniony nadal. Poruszał się tak szybko, że było to aż podejrzane. W zasadzie to dziwił się sam sobie, że jest w stanie osiągnąć taką szybkość. Zręcznie omijał wszelkie przeszkody, wozy, stragany, psy, koty, bawole placki. Omijał strażników i innych ludzi, omijał zbyt puste place ale i te nazbyt zatłoczone. Nie zdołał ominąć pewnej starszej pani. Zeskoczywszy z dachu miejscowego zamtuza, zagapił się nieco na wchodzącą doń kurtyzanę. Nie zwalniał jednak i nadal pędził jak szalony. Gdy z powrotem odwrócił głowę, przodem do kierunku biegu, zobaczył przemiłą staruszkę, która wyszła ze swojego malutkiego domku na targ, w celu zakupienia ogórków. Grzeboryj z hukiem wpadł na starszą kobietę, uderzył tak mocno, że wydawać by się mogło, iż ich ciała złączyły się w jeden organizm. Złączeni ze sobą, przelecieli jakieś pięć metrów. Najciekawsze jest jednak to, że staruszka nie zmarła w skutek uderzenia, lecz zobaczywszy obdartego włóczęgę mknącemu w jej kierunku z prędkością cwałującego konia, dostała ataku serca. Maurycy Hexe von Dekel ocknął się około dziesięciu minut po zderzeniu. Poczuł, że wzdłuż lewej nogi spływała mu jakaś ciecz, nie wiedział czy spowodowane to było jego problemem z pęcherzem czy tym, że ułamek sekundy przed atakiem serca, babcia w desperackim akcie samoobrony, podniosła swoją sękatą laseczkę. Pech chciał, że jej czubek znajdował się idealnie na wysokości krocza Grzeboryja, którego teraz w ogóle nie czuł… Nawet najmniejszy ruch sprawiał mu ból, lecz strażnicy, którzy go teraz prowadzili na zamek, nie przejmowali się tym. Rothanburski zamek księcia Alvina de Grace, był jednym z bardziej okazałych na ziemiach rahiańskich. Odgrodzony od reszty miasta był wysokim, kamiennym murem. Już sama brama wprowadzająca na dziedziniec, posiadała kunsztowne ornamenty; rzeźby przedstawiające poprzednich właścicieli zamku, a także zaprzyjaźnionych książąt maleńskich i trugriańskich. Oczywiście nie mogło zabraknąć rzeźby samego księcia Alvina – wesoło łypał oczyma na poddanych przechodzących nieopodal zamku. Sam dziedziniec wyłożony był marmurowo-kamiennymi płytkami, które z lotu ptaka układały się w herb ziem rahiańskich – klingę miecza oplecioną cierniami. Jak dotąd nikomu nie udało się ustalić jakim cudem tego dokonano. Po środku drogi, od bramy do głównego wejścia do sali koronacyjnej, znajdowała się niezwykle seraficzna rzeźba przedstawiająca chłopca mocującego się z łabędziem. Na lewo od rzeźby zauważyć można było dwie, górujące nad miastem wieże, które wraz z małym budynkiem między nimi, tworzyły kompleks więzienny. Nieoczekiwanie z jednej z nich rozległ się gromki śmiech. Nie, nie śmiech, rechot, który bardziej przypominał świński kaszel. - Oho, wygląda na to, że ten nowy znów opowiedział o tym jak się zesrał na książęcy dywan – burknął jeden ze strażników prowadzących Maurycego. - Patrz go, jaka to cholera. Wieża ma z dwieście trzydzieści stóp wysokości, a jego rżenie słychać na dole – zauważył drugi. - Już niedługo. Książe zapowiedział, że mu osobiście włoży gruszkę w dupsko, a to, co z niego zostanie, nabije na nasączony octem pal. Grzeboryj się wzdrygnął. Jeżeli za wypróżnienie się groziło rozerwanie odbytu i nabicie na pal, to co było przewidziane za, bądź co bądź, morderstwo? Strażnicy wraz z Maurycym, weszli do okazałej komnaty koronacyjnej. Stąpali po miękkim, majowo amarantowym dywanie. Książe Alvin de Grace, który już czekał przy swoim bogato zdobionym tronie, ze zgrozą patrzył jak obdarty złodziej stąpa swymi wilgotnymi buciorami po jego nowym nabytku. A już złość całkiem go ogarniała gdy spostrzegł, że te wilgotne buty, zostawiają mokre ślady (Książe Alvin po wojnie z Wielkim Kontynentem, chciał wyjść na dobrego i humanitarnego władcę i zapowiedział, że osobiście będzie przyjmował nawet najgorszych zbirów. Słowa dotrzymał ale po ostatnich wydarzeniach, chyba zmieni zdanie…). Maurycy został popchnięty przed oblicze księcia, po czym od razu padł na kolana. Nie dlatego, że bał się swego władcy – po prostu jaja go bolały. - Czego dopuścił się ten chłystek? – zagrzmiał głosem książę Alvin. - Morderstwa na niewinnej, starszej kobiecie. W samo południe. – szybko odpowiedział któryś z żołnierzy. Na książęcej twarzy pojawił się mikry uśmieszek. Z triumfem w głosie zapytał: - Nieźle, morderstwo w biały dzień, w centrum miasta. Masz coś na swoją obronę? Grzeboryj bardzo chciał odpowiedzieć, ale ból krocza odebrał mu mowę. - Dobrze więc – podjął książę – skaże cię nie tyle za morderstwo, co za głupotę. Zostaniesz powieszony jak inni mordercy. Wcześniej obetnijcie mu uszy, a tymczasem wsadźcie do lochu, bo teraz mam ważniejsze sprawy na głowie. Książe odwrócił się na pięcie, zarzucił swój zrobiony ze złotogłowia płaszcz, po czym szybkim krokiem pomaszerował w stronę małych, obkutych żelazem, drewnianych drzwiczek znajdujących się na lewo od tronu. Wydawał się zaniepokojony czymś, rzec by można, zdenerwowany. Maurycemu natomiast, całe życie umknęło przed oczyma. Przypomniał sobie jak zlecono mu kradzież drogocennej, platynowo złotej figurki z podziemnej, lustiańskiej świątyni. Pamiętał także minę swego towarzysza, który to ubierał się w lustiańską tunikę w celu odwrócenia uwagi kapłanów jak i zdobycia informacji o dokładnym położeniu skarbu. Ech, wzdychał Maurycy, mimo wszystko to była niezła przygoda. Zwłaszcza ucieczka przed żelaznym golemem, który okazał się być strażnikiem statuetki. Mogłem wtedy przynajmniej liczyć na pomoc mojego kompana. A teraz…szkoda, że nie ma ze mną Aardena.

***

Rothanburskie więzienie, podobnie jak okazały zamek, było powszechne znane. Jednak nie z powodu pięknego wystroju, czy swobody albo rygoru dla więźniów; do owego więzienia niekiedy zaglądał rakarz, który torturując zbrodniarzy najbardziej chorymi metodami, utrzymywał ich przy życiu nawet przez dwa tygodnie. Najbardziej umiłował sobie kastracje i wkładanie rozżarzonego drucika wprost w żołądź. Dlatego też zwykło się na niego mówić Jajobijca. Aarden, którego pochodzenia nikt na zamku dotąd nie poznał, skazany został na przypiekanie, połamanie kości, torturowanie gruszką i wbicie na pal. Przekładając na to umiejętności kata, pożyłby może tydzień, z czego na samym palu konałby, przez co najmniej trzy dni. Kat zaklinał się, że o kaźni, jaką uszykuję dla niego, będą układane pieśni, a egzekwowanie prawa i żelazna postawa księcia Alvina de Grace’a, obiegnie legendą. Wszakże Jajobijca na własne oczy widział, jak nieznajomy więzień, ośmiesza księcia, obsrywając mu dywan. Tuż po incydencie w sali koronacyjnej, Aardenowi nie stała się żadna krzywda, został po prostu odprowadzony do celi. Książe wszakże był człowiekiem i zrozumiał, że bywają gorsze dni, chciał zresztą uchodzić za władcę humanitarnego, dlatego oficjalnie skazał go na tortury tylko za jego liczne występki, które czytał kat. Nieoficjalnie, bardziej miał na względzie obsranie mu dywanu. Mimo to i tak zbadano jedzenie, które zostało podane Aardenowi i faktycznie było z nim coś nie tak. Jeżeli po jedzeniu rzygają nawet szczury, to musi być z nim coś nie tak. Cele rothanburskiego więzienia, były dosyć małe a do tego kształtu nieco owalnego, gdyż budowane były wzdłuż ścian wież. Sama wieża miała dużą średnice i kilkanaście pięter, a na jednym piętrze mieściło się przeciętnie dwanaście cel. Po środku, obok schodów, znajdował się malutki posterunek dla czterech strażników, którzy byli odpowiedzialni za porządek na danym piętrze. Cele natomiast nie były odgrodzone od siebie ścianą lecz żelazną kratą dzięki czemu więźniowie widzieli się wzajemnie. Było to bardzo irytujące, gdyż ograniczało to intymność, a gdzieś się wypróżniać trzeba było. W każdej celi znajdowało się coś na wzór kuwety. Dwa razy dziennie po wszystkich celach przechodził się nadworny zbieracz łajna, zbierał kuwety, po czym dawał więźniom nowe. Zawartość starych kuwet wyrzucał. Najczęściej na wysypisko. Aardenowi została przydzielona pusta cela na czwartym piętrze i dostał ją na własność. Po incydencie w sali uznany został za niepoczytalnego, a strażnicy nie chcieli mieć z nim problemu. Leżał teraz na więziennej pryczy, która była tak naprawdę kawałkiem szmaty rzuconej na ziemie i poduszką. Był znudzony i lekko zirytowany tym, że nie może wymyślić sensownego planu ucieczki. Ożywił się nieco, gdy zobaczył strażników wchodzących po schodach z nowym więźniem. Z Maurycym Hexe von Deklem. Aarden wyszczerzył się w najpaskudniejszym uśmiechu na jaki było go stać. A gdy spostrzegł, że Grzeboryj będzie miał cele obok niego, niemal oszalał. Strażnicy wepchnęli Maurycego do pół owalnego, małego pomieszczenia, w którym znajdował się jeszcze starzec i mężczyzna w średnim wieku. Naturalnie pierwsze co zrobił Maurycy to zbliżył się to kraty oddzielającą go od Aardena. - Aarden! A niech mnie, popatrz jaki to świat jest mały, witaj przyjacielu, naprawdę cieszę się na twój widok! - Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego – Aarden jakby od niechcenia się podniósł z swego posłania, po czym zbliżył się do kraty. Ciągle się uśmiechał – dawnośmy się widzieli, Dekel, ale to nie oznacza, że się cieszę widząc cię teraz. Grzeboryj nieco się zdezorientował. Oczekiwał innej odpowiedzi. Po chwili milczenia, podjął: - Faktycznie, obecne okoliczności nie sprzyjają radosnym nastroją. Ale nie rozumiesz? Przecież razem możemy się stąd wydostać! Nie z takich opresji się wychodziło! - Mów głośniej proponuję, niech wszyscy usłyszą, że planujemy ucieczkę – Maurycy ucichł momentalnie – co do opresji…zazwyczaj to ja ciebie ratowałem. Zresztą po ostatniej naszej akcji, nie mam żadnego interesu żeby ci pomagać. - Jak to Aarden, znamy się lata, zawsze dzieliliśmy się łupem, pomagaliśmy sobie. Pomórzmy sobie i teraz! - Ciszej tam, kurwa wasza mać, bo kolana poprzetrącam, gnidy jedne! – warknął strażnik, który zajęty był z trzema innymi grą w kości. Lubił on cisze i spokój na swoim piętrze. Po chwili Aarden, półszeptem zaczął: - To ja powiem inaczej. Nie pomogę ci, bo nie mogę pomóc i sobie. Wiem, nic nie mów, po prostu nie wiem jak można by się stąd wydostać. Za dużo straży, za wysoko… - Ty nie wiesz jak się wydostać? – mocno zdziwił się Maurycy – człowiek, który odnalazł drogą do podziemnej lustiańskiej świątyni? Który rozgryzł działanie antycznych mechanizmów machideusów? Który zaplanował najbardziej spektakularną ucieczkę w dziejach Tentrawind? - Niestety, wydało się, nie jestem bogiem…- krzywo uśmiechnął się Aarden – może ty choć raz coś wymyślisz? Masz na to cały jeden dzień, bo jutro o tej porze będziesz mógł dokładnie mnie obejrzeć od środka… - A tak, słyszałem co dla ciebie szykują…Trzeba coś wymyślić… - Twoja inteligencja mnie poraża, Grzeboryj. - Mógłbyś przynajmniej ty tak do mnie nie mówić? Dziękuje. - Nie lubisz swojego pseudonimu, Grzeboryju? Myślałem, że przyzwyczaiłeś się do niego. - Nie – w głosie Maurycego usłyszeć można było irytacje – jakbyś wiedział tyle co ja, też byś grzebał w śmieciach. - Doprawdy? A cóż ty takiego wiesz, czego nie wiem ja, hę? - A choćby to, jak zwykło mawiać się na ciebie. - I to miało mnie zainteresować? Wiesz ile obchodzi mnie opinia innych? - A jak ktoś mówi na ciebie ,,wszetecznik’’ i ,,jebajło’’? Aarden zdziwił się nieco. - Bez przesady. Nie było ich aż tak wiele. - Nie chodzi o kobiety. Dwa lata wcześniej, Aarden zawędrował do miasta Unkeon położonego w zachodniej części wyspy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Artefakt — czytnik · opowiadania