Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 2 godz. 9 min czytania

Arturo y Cuba

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

“Arturo y Cuba” (Trilogia de la Isla, p. 3)

Niniejszy tekst jest na bieżąco spisywaną mieszanką przemyśleń, emocji i przygód, jakie spotkały mnie w czasie ostatniej podróży. W szczególnych przypadkach, może też posłużyć jako mały poradnik ludziom, którzy - jak ja - zechcą wybrać się na podobną wyprawę. To dzisiaj. Za dziesięć, cóż dopiero za dwadzieścia lat?, tekst ten nabierze cech z lekka historycznych i będzie opisywał kraj, jakiego już – w wyniku nieuchronnie zachodzących w nim zmian – nie będzie. Zostanie on, w poniższych tych literach i słowach, wspomnieniem tutaj, oraz oczywiście pięknym wspomnieniem w moim sercu. Podobnie jak ludzie, jakich los postawił na mojej drodze… Miłej lektury!

30 czerwca 2016, czwartek, pierwsza notatka (!)

Jest już prawie trzecia nad ranem. Lotnisko Chopina w Warszawie. Dotarłem tu po około pięciogodzinnej podróży autobusem z Krakowa (do którego to, a jakże!, też musiałem dojechać) i po blisko godzinnym spacerku cichymi ulicami uśpionej Warszawy. Uśpionej dosłownie gdyż przez blisko pięć kilometrów pieszego spaceru napotkałem może… zaledwie pięcioro ludzi! Co jak co, ale tego się nie spodziewałem. Lotnisko też jest senne, jest bardzo cicho, w zasięgu mojego wzroku jest może około z dziesięć osób… Pewnie w ciągu dnia są tu ich całe mrowia… Przedwczoraj miał miejsce atak bombowy na lotnisko w Stambule, jeszcze chwilę temu na jednym z czołowych polskich portali czytałem, że Okęcie zaostrzyło procedury bezpieczeństwa. Rozejrzałem się, czynię to nawet teraz. I znowu się uśmiecham… Otóż po całej hali odlotów chodzi sobie, a właściwie to się włóczy, dwójka znudzonych funkcjonariuszy w zielonych mundurach, a ja, gdybym miał zamiar się wysadzić mógłbym to zrobić w każdej chwili. Zamierzam wysadzić się, oczywiście, ale w Amsterdamie, by stamtąd móc kontynuować podróż w rejon, którego odwiedzenie chodziło mi po głowie już od jakiegoś czasu. Wiza (właściwie Karta Turysty) przyszła aż z Berlina, sam lot znalazłem zaś w internecie i wysłałem link do sprawdzonego, malutkiego biura podróży aby to oni zorganizowali przelot za mnie. Kwaterę w stolicy tego kraju (na kilka początkowych i troszkę więcej końcowych dni mojego tam pobytu) znalazłem w Internecie (od ubiegłego roku działa również i tam airbnb.com) - Hiszpan Antonio był 'słupem’, który aranżował wszystko, a na miejscu już ma się mną zająć ktoś z tambylców. No, zobaczymy jak to będzie. Wziąłem ze sobą czajnik na kuchenkę gazową, bo podobno na mieszkaniu go nie ma (a ja jestem kompulsywnym kawożłopem), a także kilka rolek papieru toaletowego (gdyż z tym lubi tam być problem) oraz cały zapas książek na samotne wieczory. Internetu tam nie ma, a jak jest, to w kilku wyznaczonych strefach, a godzina dostępu do Wi-Fi kosztuje podobno masakryczne pieniądze… Oglądanie TV raczej odpada, gdyż ucząc się ichniejszego języka w autobusach przez jakieś trzy tygodnie umiem go na tyle tylko by sobie poradzić w jakichś codziennych sytuacjach (np. umiem się targować!)... No cóż, będzie skromnie, będzie dziko, ale o to też w tym wypadzie chodzi. Odprawa za godzinę - kleją mi się oczy.. Cichy stukot klawiaturki podłączonej do tableta nie sprawia, że staję się żywszy… Pierwsza notka! A teraz zamierzam sobie pochodzić…

30 czerwca, po kontroli

Zacząłem, w mordę, pikać na bramce… Wyjąłem wszystko z kieszeni, na życzenie węszącego w każdym terrorystę pana zdjąłem moje super chińskie trampki, a moje ręce i elektronikę obmacano dokumentnie jakimś papierkiem, który miał wykazać obecność środków wybuchowych… Na chwilę zablokowałem kolejkę… Pewnie metalowe elementy suwaków od kieszeni w spodenkach... Puszczono mnie wreszcie do bramek. Tam, daleko daleko, nie będzie pewnie już tak fajnie… Jeszcze zarządzą rewizję osobistą… A może nie? Nie ma się co zamartwiać!

30 czerwca, w samolocie, nad wielką wodą

Godzina piętnasta, siedzę sobie jak lord w dużym samolocie i lecę. Lot do Holandii, samolotem mniejszym, przebiegł bezproblemowo, a dzięki bardzo dobremu oznakowaniu szybko znalazłem bramkę do drugiego samolotu. Oto tak więc sobie w nim siedzę. Mam tu taki ekran na tyle zagłówka osoby siedzącej przede mną, a w nim całą masę filmów do obejrzenia oraz całkiem pokaźną ilość albumów muzycznych do odsłuchania. Jest też program do nauki prostego języka - oczywiście powtórzyłem z jego pomocą liczby i trochę słówek. Są jakieś gry i mapka pokazująca gdzie się w obecnym momencie jest. Jestem już po skromnym, ale dość sycącym obiedzie, co chwila roznoszą nam tu darmową wodę, soczki, piwo i inne alkohole. Wypiłem dwa małe piwka (czyli nasze jedno zwykłe), pozwoliło mi to zmrużyć oko na godzinę. To sporo w takich okolicznościach. Nieco tu chłodnawo, ale załoga wyposażyła nas w kocyki. Że co? Że 'czemu chłodnawo’? No, jak na wysokości 11 kilometrów leci się 1 mach (tysiąc kilometrów) na godzinę, to choćby jak grzali, ciepło nie będzie… Ja chłodu specjalnie nie odczuwam, ale pasażerowie o ciemniejszej karnacji założyli sobie kocyki nawet na… głowę! Ale mimo wszystko leci się fajnie, trzepie mniej niż jadąc minibusem po polskich drogach! Właściwie w ogóle nie trzepie, płyn w plastikowej szklaneczce ani drgnie. Miejsca na nogi mam sporo, a nie należę bynajmniej do osób niskich. Pomyśleć, jak podróżował taki Kolumb! Byle sztorm mógł zatopić jego statek. Rejs trwał całe miesiące… Musieli racjonować żywność, jak również zważać na to by nie wyzabijać się nawzajem. I ta codzienna monotonia i niewiadoma, czy coś tam na swojej drodze znajdą, a jeśli znajdą, to co. Jeśli chodzi o tego typu myśli, dużo mnie łączy z tamtymi ludźmi. Dużo naczytałem się o miejscu, w którym spędzę trzy tygodnie. Nie zawsze były to same pochlebne rzeczy. Autochtoni lubią oszukiwać takich białych, bladych turystów jak ja. Brakuje wielu towarów pierwszej potrzeby. Na kwaterach lubią występować karaluchy. I takie tam różne rzeczy tego właśnie rodzaju. Jednak nie wiem, nie mam pojęcia jak to naprawdę będzie… No, Artur, łosiu! Na pewno nie będzie tak źle. Jesteś już dużym chłopcem i tu czy tam się bywało. Zawsze jakoś sobie radziłeś. Aczkolwiek pewne obawy owszem, mam, ale ustępują one miejsca podnieceniu podróżą, żądzy przygody, ciekawości doświadczenia czegoś nowego. Poziom adrenaliny utrzymuje się na nieznacznie podwyższonym poziomie, heh. No ale to bardzo, bardzo dobrze!

30 czerwca wieczór lokalnego czasu, 6 godzin do tyłu

Soroa, czyli vino blanco i ja. Na miejscu! A propos jeszcze samolotu - jestem pod wrażeniem obsługi. CAŁY czas uśmiechnięta, bardzo grzeczna, człowiek - nawet ten w klasie ekonomicznej - ma wrażenie, że jest największym VIPem ze wszystkich VIPów na świecie. Niech będzie, że reklamuję - to holenderskie linie KLM. Już przy bramce cała załoga, wchodząca pierwsza, zdjęła czapki przed oczekującymi na lot pasażerami i z uśmiechem się ukłoniła. Samo lotnisko tutaj, już po przylocie, już na miejscu, zrobiło na mnie przytłaczające wrażenie - brudne, duszne, zatłoczone i śmierdzące spoconymi ludźmi… Klimatyzatory były, potężne, przytwierdzone do ścian, tyle, że nie działały. Cingada! Do kontroli dokumentów tłoczyły się potworne kolejki - minęła godzina (w czasie której nawet się nie nudziłem, gdyż uciąłem sobie pogawędkę o naszych podróżach z dwoma siostrami z Anglii) zanim od masywnej, czarnej pani usłyszałem wreszcie 'Welcome’. W każdym bądź razie, na moje szczęście bramka, w odróżnieniu od tej w Polsce, nie pikała. Przed przylotem obawiałem się, że poproszą o ubezpieczenie w wersji angielskiej, że taki Apap musi być w opakowaniu z instrukcją o jego działaniu i tak dalej – w internecie dużo bzdur, wiele nieaktualnych już rzeczy można wyczytać. Nie chcą okazania pieniędzy na pobyt ani biletu powrotnego. Po prostu wpuszczają bez problemu. Ubezpieczenie oczywiście trzeba mieć, acz dobrze znaleźć ubezpieczycieli rekomendowanych przez rząd tego kraju. Ja wybrałem Mondial Assistance, jakąś tam odnogę Allianz. 300 złotych, no ale na 90% mam spokój i zagwarantowane zwroty kosztów wizyt u lekarzy i jakichś ich interwencji. Zapytałem jakiegoś urzędnika o kantor, co by mieć na taksówkę i małe co nieco na mieszkaniu. Kazał mi iść w górę, na pięterko. Pan pracujący tam zaczął wymieniać pieniążki, ale że brakło mu dosłownie kilku groszy… anulował mi transakcję i kazał iść na dół. No ale przecież z dołu wysłali mnie na górę… Nie ma tego złego - w kolejce, tej na górze, zagadnąłem do takiego bladego chłopaczka, na oko nieco młodszego ode mnie. Od razu zaproponowałem mu wspólną podróż do centrum, aby było nieco taniej - z chęcią przystał na moją propozycję. W międzyczasie lunął rzęsisty deszcz. Dosłownie lało się strumieniami! Ivo, bo tak miał na imię mój nowopoznany znajomy, przyleciał ze Szwecji. Był jeszcze bardziej spontaniczny niż ja gdyż nie wynajął sobie nic, nawet na pierwszą noc. Był jednak dobrej myśli; znał trochę tutejszy język, twierdził, że mieszkań na wynajem jest sporo. Miał rację, na każdej ulicy jakieś się znajdzie. Zeszliśmy na dół, kantor był przed lotniskiem, ja wymieniłem 40 euro. Relacja mniej więcej 1:1, więc będę posługiwał się walutą europejską (1 euro to jakieś 4,4 zł). W międzyczasie odezwały się pioruny. Uderzały albo w jakiś piorunochron tuż nad nami albo gdzieś obok nas. Huki paraliżowały mózg, a nagle wszystko znikało i w oczach robiło się jasno. Biali kulili się że strachu, miejscowych to nie ruszyło… Czegoś takiego w Europie nie ma... Spróbowaliśmy negocjacji z taksówkarzami. Niewiele nam zbili, 5 euro na głowę, musieliśmy dać po 20… Na lotnisku akurat nie ma wolnej konkurencji – jest jedna firma i ma stałą cenę, 25 od łebka. Sama jazda była dość… wariacka - trochę (bardzo?) otyły taksówkarz nie omijał kałuż, które tryskały spod kół jego żółtej Hondy (nie wszystkie auta są tu stare) na pięć metrów, podśpiewywał do muzyki z radia udając, że dyryguje zamiast trzymać kierownicę… W międzyczasie burza przeszła. Takie one tu są – 10 minut ostrej napierduchy i jakby nigdy nic, wyłazi ciepłe słońce. W pewnym momencie nasz szofer wskazał palcem na… tyłek dziewczyny, jadącej na starym motorze ze swoim facetem. Uśmiechał się głupio po czym zajechał tuż za nich i już powoli podążał za nimi wpatrzony w TEN jeden punkt, haha. Tak kilka minut, nigdzie się nie spiesząc i cmokając z zachwytem. Gdy parka gdzieś skręciła, nasz kierowca dodał gazu. Najlepsze nastąpiło zaraz potem, gdy zatrzymywany przez policjanta zignorował machanie jego radarem i pojechał dalej - chwilę potem usłyszeliśmy syreny i nasz taksówkarz wdepnął już maksymalny gaz i robiąc slalomy między pojazdami zgubił pościg. Niesamowite! Patrzyłem na niego w czasie ucieczki - cały czas zachowywał kamienną, pokerową twarz, mając na niej niewzruszony szyderczy, cwaniacki uśmiech. Król szos! Przypomniał mi się kultowy już francuski film komediowy „Taxi”. „To nie pierwszy raz chyba”, pomyślałem sobie, gdy po chwili zwolnił i ponownie, jakby nigdy nic, zaczął sobie radośnie podśpiewywać. Wyjął papierosa i tak jakby od niechcenia go sobie palił. Po 15 minutach jazdy z lotniska pożegnaliśmy Ivo, a zaledwie 5 minut potem przyszła kolej na mnie. Troszkę się zląkłem gdy wjechaliśmy w jakieś zupełne slumsy - okna bez szyb, odrapane budynki, droga bez asfaltu, na szczęście to nie tam miałem się rozmościć, ale na nieco bardziej zadbanej ulicy troszkę dalej. Pan taksówkarz, zadowolony z jazdy, przybił mi piątkę, odjechał, a ja wzrokiem wyłapałem Darwinga, którego zdjęcie dostałem na maila, a który to miał być na telefon 24 godziny na dobę. Wysoki, w nieco sztywnej, wysokiej czapeczce z napisem “Boy”, bardzo chudy o bardzo ciemnej karnacji. Obok niego Carlos, mały, drobny Latynos, witający mnie tak serdecznie, jakbym był (co najmniej!) samym papieżem. Czekali już na mnie od ponad godziny. Wprowadzili mnie do budynku, w którym przed windą siedziała jakaś pani wachlująca się leniwie jakimś wachlarzem w kształcie (i z obrazkiem) ptaka z Angry Bird. Ogólnie, wachlarz to podstawowy atrybut każdej tutejszej kobiety. Czy to młodej, czy to w wieku średnim, staruszek również. Nie dziwię się, jest bardzo duszno, nawet chwilę po burzy… Winda okay, tylko długo się czekało. Zaprowadzili mnie na mieszkanie, wytłumaczyli, że aby uruchomić prysznic muszę najpierw puścić wodę z kranu, pouczyli by zrobić sobie kopię paszportu i oryginału nie nosić przy sobie oraz radzili, by mimo czterech solidnych zamków w drzwiach, gdzieś dobrze ukryć pieniądze i dokumenty. Pokazali mi małą skrzynkę na małą kłódkę, mówiąc dumnie, że to sejf. Nie chciałem niegrzecznie się uśmiechnąć, kiwałem tylko że zrozumieniem głową, myśląc sobie, że takie małe metalowe pudełeczko można przecież bez problemu wynieść w plecaku, i że to ono właśnie jest najlepszą zachętą dla złodzieja. Nawet nie trzeba go wynosić, tylko dobrym śrubokrętem wyłamać tę kłódeczkę… Chyba jednak się uśmiechnąłem, jako że Darwing od razu dodał, że mogę schować je do szuflady. Tym razem walczyłem że sobą by nie wybuchnąć śmiechem! Kilka minut zajęło im sporządzenie oficjalnych papierów (każdy gość musi być rejestrowany i część z tych pieniędzy idzie dla rządu), ja też musiałem podpisać regulamin pobytu („Ale Darwing, o co chodzi z tym no excessive drinking?” [nadmiernym piciem] – „A tam, to tylko takie pierdolenie, po prostu nie lataj goły po korytarzu jak se popijesz” !!!), po czym pouczono mnie bym nie otwierał służbom imigracyjnym ani żadnym kontrolom, ale od razu dzwonił do nich. Jakby co, mam podać zaniżoną stawkę wynajmu. Powiedzieli mi, gdzie jest najbliższy kantor, gdzie kupić podstawowe rzeczy i serdecznie się ze mną żegnając, wyszli. Ja też, nie biorąc nawet prysznica, wyszedłem na miasto. Ruchliwe ulice, klaksony, krzyczący ludzie, mieszanina ciemnych odcieni skóry, stare, trzymające się na ostatnich resztkach cementu budynki, małe sklepiki z kilkoma towarami. Przypomniały mi się znajome obrazki z czasów kryzysu w czasach poprzedniego systemu w Polsce. W tym kraju istnieją dwie waluty - taka lokalna, za którą kupić można lokalne rzeczy typu owoce, świeży sok, bułka-pizza… Istnieje też waluta na towary zza granicy, którą płaci się np. za Heinekena (chyba jedyne europejskie piwo tutaj). Oczywiście w tej walucie na towary luksusowe ciężko kupić coś lokalnego, a nawet jeśli, to można być pewnym, że człowieka spróbują naciągnąć. Miałem w głowie przygotowany przelicznik i tak zrezygnowałem z zakupu w pierwszym sklepie z alkoholem (próbowali mnie oszukać…). Wszedłem w końcu do małej knajpki z pizzerkami (wielkości składziku na ręczniki w hotelach) i tam moim łamanym lokalnym językiem poprosiłem panią by zamieniła mi tę walutę na dobra droższe na ich walutę na towary zwykłe. Zgodziła się od razu, a ja mogłem wreszcie kupować lokalne towary spożywcze za cenę taką, jaka być powinna. Kupiłem u niej tanią pizzerkę z szynką, którą ona… mi posoliła! Przez tę sól ledwo to zjadłem. Już wiem - takie rzeczy bez soli! Kilkukrotnie zaczepiano mnie na ulicy, pytając łamanym angielskim skąd jestem, mówiąc, że ich kraj jest piękny i czasami polecano mi by iść zobaczyć to czy tamto. Oferowano różne rzeczy. W każdym bądź razie wróciłem po ponad godzinie badania okolicznego terenu (jakież to atawistyczne, czyż nie? - brakowało tylko obsikiwania latarni, heh). Już czuję się pewnie i… niemal jak u siebie! No, może jeszcze niezupełnie, ale takie coś, taki mały rekonesans, mimo potwornego zmęczenia, zawsze warto zrobić. Wiem dzięki temu gdzie jest kantor, gdzie sklep z wodą, gdzie mogę coś zjeść. Kojarzę jakieś charakterystyczne budynki, zabudowania. Jutro będzie milion razy łatwiej – pierwsze wrażenia zawsze pamięta się przecież najżywiej, najmocniej!

1 lipca, piątek

Spałem… 13 godzin! Wszystko przez długą podróż, a zmiana strefy czasowej pewnie też zrobiła swoje. Wyglądam nieco lepiej niż wczoraj, nie mam tak przekrwionych oczu, ściągniętej skóry twarzy i zmęczonego spojrzenia. Siedzę w takiej knajpce, która jak na tutejsze warunki jest w miarę elegancka. Podają tu duże, tanie hamburgery. Obsługa jest ładnie ubrana. Ceny niższe niż w prowincjonalnych, polskich miasteczkach. To nieprawda, że ten kraj jest drogi, tak jak czytałem w przewodnikach. Może jest drogi dla turystów w kurortach i typowo turystycznych miejscowościach, może drogi dla ludzi wygodnych albo naiwnych, ale coś czuję, że do domu przywiozę jeszcze sporo pieniędzy. Da się tu naprawdę tanio zjeść! Noclegi jak w Europie (chociaż za 25 Euro/doba nie jest tak łatwo wszędzie w Europie znaleźć nocleg), troszkę droższe będą autobusy do innych miejscowości. Jako przyjezdny będę musiał korzystać z autobusów dla turystów - ma to… Kurna, karaluch! Brrr… Szedł po podłodze… Nie panikuję… Nie panikuję... Po prostu dawno żadnego nie widziałem. Spokojnie, one są całkiem niegroźne. Nie wchodzą na człowieka, właściwie to się go boją. O! Drugi! Ktoś go chyba przydeptał, bo w nienaturalny sposób odstaje mu pancerzyk. Cóż, knajpa stylizowana na McDonald’s, a tu takie rzeczy... W każdym bądź razie autobusy dla turystów mają ten plus, że są podobno w miarę komfortowe i nie trzeba się na nie zapisywać trzy dni wcześniej, jak to robią lokalni mieszkańcy w przypadku swoich autobusów. Okay, zbieram się, na 4 lipca załatwiam pierwszą podróż w głąb kraju. Tutaj wrócę 12-go. Póki co, mam jeszcze kilka dni na poznanie stolicy :) Zamierzam zacząć od teraz!

1 lipca, późny wieczór

I ponownie na mieszkaniu. Zwiedziłem centrum stolicy, jej starą część. Bogowie, niektóre ceny tam powalają. Wszystko w walucie dla turystów, których zresztą tak wielu wcale tutaj nie ma. Przypadkiem leciutko potrąciłem jakąś panią idącą z dzieckiem za rękę, oczywiście przeprosiłem, ale krótka dyskusja się między nami wywiązała… Poprosiła mnie bym jej kupił mleko dla dziecka - nigdzie w normalnym sklepie nie kupi, a w sklepie gdzie są towary importowane jest drogo. Łamanym angielskim i prostym swoim językiem mówiła błagalnie patrząc mi w oczy “dla dziecka, tu trudno, wszystko trudne”. No co miałem zrobić? “Chodźmy”, rzekłem i po chwili weszliśmy do takiego sklepu na modłę PRLu, z kilkoma towarami na długich półkach za ladą (to trochę działa jak nasz śp. PEWEX, gdzie mój ojciec za jakieś bony dewizowe kupował mi klocki Lego). Pani poprosiła o mleko (prawie 3 euro karton), zapłaciłem, bardzo, bardzo mi dziękowała. A tam, kurka, drobiazg... Fajnie było pomóc. W moim mieszkaniu właśnie rozlega się głośne gooooooooool (najpierw było urywane, jak z karabinu, go-go-go-go-go-go-go-go-go-go-gol). Oglądam retransmisję meczu Walia-Belgia (Euro 2016). Dziwne to trochę, bo ten pan, który komentuje, na milion procent nie jest Walijczykiem. Ale 10 sekund ciągnął okrzyk radości. Może postawił na Walię? Zwiedziłem dziś Muzeum Sztuk Pięknych - hmm, lokalnej sztuki było tyle co kot napłakał (a kotów i psów na ulicach tu sporo, oj sporo), a część eksponatów stanowiły nudne figurki greckie i egipskie, oraz obrazy Holendrów, Włochów, Brytyjczyków i Niemców. Może z pięć jedynie było wartych uwagi. Trzydzieści sztywnych portretów brytyjskich napuszonych (naPOSHonych?) szlachciców to nie jest to, co turysta w tym kraju chciałby oglądać (wątpię czy chciałby to kontemplować nawet w samej Anglii…). Muzeum 28 sierpnia (tego dnia, w 1960 roku, powołano do życia Komitet Obrony Rewolucji, czyli system jakby nie patrzeć… donosicielski) - to samo, czyli nuda. Jakieś stare zdjęcia, medale za walkę, jakieś dokumenty. Chyba złośliwie żaden ze skromnej kolekcji muzeum nie był podpisany w języku angielskim… Strata czasu i pieniędzy. Dużo pochodziłem, w jednej z knajpek spotkałem dwie Polki mieszkające w Wielkiej Brytanii. Dałem im parę przydatnych rad i podyktowałem kilka fraz w lokalnym języku (za drogo, chcę, potrzebuję, szukam, rachunek…), pogadaliśmy przy muzyce na żywo pół godzinki. Mam nadzieję, że jakoś sobie poradzą ze swoim angielskim, którym nikt tu prawie nie mówi… (Znowu 'go-go-go-go-go-go-go-go-gol’, po czym do utraty tchu 'goooooooooooooool’ - tak, pan musiał postawić na Walię - a tak a propos, całkiem nieźle chłopaki grają, szkoda, że Giggs już przeszedł na emeryturę…). Jestem zmęczony, ten upał i przechodzone lata świetlne odciskają piętno na moim organizmie. Pooglądam rządową telewizję, dokończę kieliszek lokalnego wina (jest paskudne, ale mocno schłodzone jest w miarę pitne) i sobie zasnę… Dobrze, że jest tu klimatyzator i dwa wentylatory. Jeden taki potężny - nim suszę pranie wiszące na krześle :) Niechaj schnie!

1 lipca, godzina później

Pierwszy karaluch spostrzeżony. Nim dobiegłem do niego z trampkiem w ręce, skubaniec zwiał.

PS: Gratulacje dla Walii! PS2: Na wszelki wypadek zamykam walizkę….

1 lipca, 5 minut później

Zabit!

1 lipca, minuta później

Ale czy to oby na pewno ten sam, co wcześniej zwiał?

2 lipca, czyli sobota

No! Transport do innego miasta załatwiony. Za dwa dni, w poniedziałek, prywatną taksówką ruszam w głąb wyspy. Właściwie to nie będzie taka prywatna taksówka, bo podobno ze mną na jechać jeszcze kilka osób. Siedzę w knajpce i wzmacniam się przed długim spacerem do największego cmentarza w kraju i w ogóle w tym rejonie świata. Pewnie mógłbym wziąć taksówkę, ale spacerując czuje się ducha i klimat miasta. Poza tym zawsze coś się zaoszczędzi heh. Jak znajdę jakiś fajny lokal z telewizorem, to obejrzę na żywo mecz Niemcy-Włochy. Tak a propos piłki, zapytałem o drogę jakiegoś pana, a ten oczywiście zapytał skąd jestem. Gdy tylko dowiedział się, że z Polski, nie wykrzyknął Jan Paweł II (czego bym się spodziewał, jako że to kraj raczej katolicki), ani Wałęsa, ani Kopernik, Chopin czy Lech Kaczyński (co krzyczą zawsze w Gruzji!). Otóż z ust tego pana wydobyło się jedno nazwisko: Lewandowski! I tak oto prawdą jest, że piłkarze są najlepszymi ambasadorami kraju i najlepiej budują jego markę. Przynudzam pewnie, czas więc kończyć :)

2 lipca, wieczór

W łóżku, na mieszkaniu. W telewizji pokazują odznaczanie i awanse wojskowych. Wszyscy dumnie się prężą, pozują do zbiorowych, pamiątkowych zdjęć, tylko o ile mi wiadomo, od jakichś pięćdziesięciu lat wojsko nie miało tu nic do roboty. No, poza czuwaniem nad tym by nikt nie porwał się na jakiś zamach stanu czy coś w tym rodzaju. W pewnych krajach wojsko to tylko policja, z tą różnicą, że jakby co, to będzie strzelać do ludzi z karabinów. … Trzy kropki oznaczają przerwę spowodowaną pukaniem do drzwi. Odparzyło mi trochę pachwiny, więc leżałem sobie i pisałem jak mnie mama urodziła, toteż trochę minęło nim zarzuciłem co nieco na siebie. Za drzwiami cierpliwie jednak nadal stała jakaś pani, która pokazała mi - przykładając wyciągnięty kciuk i ostatni palec do ucha - że ktoś do mnie dzwoni. Oczywiście wiedziałem, że to mój gospodarz, bo próbowałem się dodzwonić do niego wcześniej, dając na ulicy jakiemuś młodemu chłopaczkowi parę groszy za możliwość skorzystania z jego wiekowej komórki. Darwing jednak nie odbierał (a tak w ogóle zastanawiam się czy to jego prawdziwe imię…). Sam chciałem kupić jakąś lokalną kartę, ale powiedziano mi, że a) jest to drogie b) trzeba czekać na nią kilka dni c) mogę, jako obcokrajowiec, jej nie dostać… Telefon do Polski z mojej komórki kosztuje 2 euro za minutę, a nie wiem ile by zadzwonić tutaj. Wolę nawet nie zgadywać! Na szczęście SMSy do Polski są trochę tańsze. W każdym bądź razie, tak jak myślałem, dzwonił Darwing (do mieszkania sąsiadki, bo u siebie telefonu nie mam). Powiadomiłem go, żeby po klucze przyszedł w poniedziałek o 7.50, dopytywał czy wszystko dobrze, czy coś przynieść, czy ilość ręczników wystarczy… Nie powiem, obsługa na wysokim poziomie! Miałem jednak okazję wejść do mieszkania statystycznej, lokalnej rodziny. Od razu obskoczyły mnie trzy małe psy, spostrzegłem dwójkę dzieci siedzących przed gigantycznym, starym monitorem. Troje ludzi, może gdzieś jeszcze jest ojciec, który mieszka z nimi. Mieszkanie takie samo jak moje. Taki większy pokój hotelowy! Jak oni mogą tak żyć, w tylu, na paru metrach kwadratowych? Piętrowe łóżka z przegnitymi materacami. Brudne, ciemne ściany. Ja mam siedzibę odnowioną i schludną, a u nich… Dzieciaki jeszcze, gdy wychodziłem, dopytywały czy mówię w ich języku - odparłem, że kiepsko, i tyle… Nieco przykre wrażenie wywarła na mnie ta wizyta… … Dzisiaj udałem się na zabytkowy cmentarz. Gdy pytałem o drogę, każda z kilku osób zamiast pokazać, w którą stronę iść, zaczynała mówić “Daleko, daleko” albo “Weź taxi”. Kurczę, to była tylko godzinka spaceru! Będąc już bliżej, jakieś 20 minut drogi do celu, spotkałem młodego, może 20-letniego chłopaczka, którego zapytałem o wskazówki, jako, że znalazłem się na jakimś skrzyżowaniu. Oczywiście od razu zalecił jazdę autobusem, aczkolwiek nie miałem na to najmniejszej ochoty. W pojazdach komunikacji miejskiej panuje taki tłok, że chyba bym się zadusił, poza tym na przystankach są tylko numerki, bez wyszczególnionych kierunków czy dalszych przystanków. Poza tym nie wiedziałbym, gdzie trzeba wysiąść. Powiedział więc, że kawałek mnie podprowadzi, bo akurat idzie w tamtą stronę (ciekawe czemu szedł, a nie jechał autobusem, hę?). Jego angielski był, zaskakujące!, dość dobry, więc ucięliśmy sobie małą pogawędkę. Powiedział, że w szkole uczą angielskiego, ale on zna go bardziej z gier, gdyż jest zapalonym graczem ('gamer’). Jako, że tu właściwie nie ma internetu, grają ze znajomymi w jednym mieszkaniu, przez sieć lokalną (ech, przypominają mi się takie właśnie spotkania sprzed ponad 10-ciu lat przy Counter-Strike’u, chipsach i hektolitrach piwa wymieszanego z beztroską radością i głośnym śmiechem). Zapytałem go o naszego polskiego Wiedźmina ('The Witcher’) - “Jedno z lepszych RPG w jakie grałem”. Hmm, prawie urosły mi piórka i wzbiłem się na moment w niebo. Duma! Nim nasze drogi się rozeszły, powiedział bym na siebie uważał, bo biali turyści tu są widziani często jako “walking money” (chodzące pieniądze), no ale Polak nie w ciemię bity, toteż zapewniłem go, że nie jestem typem naiwnej osoby. Czasem jednak, taka prawda, trzeba dać się lekko naciągnąć, o ile jest to w granicach jakiejś przyzwoitości, jeżeli przy jakimkolwiek naciąganiu, które przecież jest oszustwem, można o przyzwoitości mówić. Np. gdy załatwiałem sobie transport w inny rejon kraju, od początku była mowa o 30 Euro. Gdy już wszystko było dobrze, kierowca powiadomiony, pani pośrednicząca w dość nieformalnej umowie zaczęła przepraszać mówiąc, że się pomyliła, bo to będzie 35 Euro, nie 30. No co zrobić? Mogłem powiedzieć, że rezygnuję, bo wiedziałem, że o żadnej pomyłce mowy być nie mogło, ale machnąłem ręką. Jeśli jednak kierowca powie mi, że był przekonany, że pojedziemy za 40, jak bogów kocham! - nie pojadę! Albo czasem nie wydadzą tyle ile trzeba - kwota rozchodzi się o jakieś 10 centów (45 groszy), więc naprawdę szkoda się wykłócać i wychodzić na sknerusa. W każdym bądź razie pożegnałem mojego miłego towarzysza i szedłem już sobie sam. Ulica 23. Zachodnia część miasta jest bardzo ciekawie oznaczona - ulice poziome mają numerki, 1, 2, 3, a pionowe literki A, B, C… Gdyby tylko były tak dobrze oznaczone fizycznie jak na mapie, niemożliwością byłoby się zgubić. Ale tu żadnych znaków, drogowskazów… Ta Calle 23 to była rewelacja! Asfalt czarny i płaski jak szklanka, dwa pasy w jedną stronę, dwa w drugą, po obu stronach małe, zadbane kwadratowe, kolorowe domki (wille), i te samochody z lat 50-tych! Miami sprzed pół wieku! KOSMOS! Po drodze co jakiś czas trzeba było kupować 'odświeżacze”, czyli szklaneczkę soku. Parę groszy, dosłownie! (10-20 centów). Było potwornie gorąco!

Dotarłem na cmentarz. Wstęp 5 euro. Na cmentarz?! Zdziwił mnie nieco ten fakt, acz postanowiłem się nim nie przejmować. Wszystkie groby są tam niesamowicie białe, niektóre bardzo stare, niektóre grobowce są potężne! Jakiś bogacz żyjący dawno, dawno temu, ma grobowiec, którego strzegą przepiękne, misternie wykute posągi aż czternastu aniołów. Tak sobie szedłem podziwiając cuda sztuki funeralnej gdy zaczepił mnie niemłody już Murzyn i kazał iść za sobą. Pokazał mi wiele ciekawych grobów - m.in. jednego z dawnych prezydentów, mały, masoński grobowiec w kształcie piramidy, miejsce gdzie leży jakiś bardzo znany muzyk. Zrobił mi kilka zdjęć. Oczywiście wiedziałem, że będę musiał się odwdzięczyć. “Mam dzieci, mógły pan dać 5 euro, albo 2, albo chociaż jedno…”. Oczywiście doskonale w ich języku wiem jak powiedzieć, że “Jestem biednym turystą z Polski”, toteż zadowolił się drobnymi w wysokości 75 centów. Później widziałem go idącego z parą innych turystów. Z głodu nie umrze – jego dzieci też nie! Od mojej nekrowizyty o wiele bardziej jednak cenię sobie to, co wydarzyło się po niej. Naturalnie, jako samiec alfa, archetyp berserka i milionprocentowy macho, pilnowałem sobie czasu by obejrzeć ćwierćfinał Niemcy-Włochy gdzieś na mieście i oczywiście na żywo. Po przejściu pięciu minut natknąłem się na otwartą garkuchnię. To był lokal bez okien czy ścian, po prostu długa lada, pod daszkiem, wychodząca na ulicę, za którą tłuczono mięso, krojono kapustę itd. Na jej końcu, na prawym rogu, stał stary telewizor Sanyo, którego ekran troszkę siał, ale dało się oglądać. Za 2 euro zamówiłem niesamowicie syty obiad (ryż, kurczak, sałatka i chyba gotowany ananas, który miał konsystencję i smak… ziemniaka - rewelacja!). A potem oczywiście troszkę piwka. Myślałem, że nikogo tu Euro 2016 obchodzić nie będzie, ale myliłem się, i to bardzo! Co chwila ktoś z ulicy podchodził i pytał o rezultat, budowlańcy remontujący sąsiadujący lokal co kilka minut wpadali pytając o wynik i o to, który zawodnik strzelił bramkę. Pracownicy tej jadłodajni cały czas rzucali pracę i patrzyli w ekran, głośno (bardzo głośno!) reagując na sytuacje podbramkowe. Każdy pytał mnie za kim jestem. Najpierw informowałem, że jestem z Polski. “Leandowski!”, pierwszy, jakiś naturalny okrzyk (bez 'w’ w nazwisku). Jeden z klientów zaczął cmokać i mówić, że to geniusz! Bogowie, znowu urosłem w piórka i niemal przebiłem daszek swym dumnym czerepem! Po czym mówiłem im prostym językiem, że w tym meczu akurat wolę Niemców (nie potrafiłem już ładnie powiedzieć, że nie lubię włoskich piłkarzy za te ich symulacje, antymęski płacz podczas niekorzystnych decyzji sędziów, robienie teatru z twardej gry…). Gdy doszło do karnych cały interes stanął i wszyscy, łącznie z kobietami, młodymi, starymi, przypadkowymi przechodniami, zaczęli emocjonować się jedenastkami. Krzyków, gestykulacji, było co nie miara! Mam to nagrane, haha! Ale co najfajniejsze - po zwycięstwie Niemiec, każdy mi gratulował poprzez podanie mi ręki (co było dziwne, bo ja zawsze mówiłem, że jestem z Polski, ale w tym meczu wolę Niemców…)! W tamtym lokalu dla - nie oszukujmy się - biedoty, czułem się jak u siebie. Każdy zagadywał, nie przejmując się moim beznadziejnie słabym językiem, każdy się do mnie śmiał, poklepywał. Nawet ludzie, którzy tylko przechodzili i zerkali na wynik. Piłka jak muzyka, łączy ludzi! Przynajmniej tych normalnych :)

PS: Już rano zastanawiałem się, gdzie są zwłoki tego ubitego przeze mnie karalucha. Na pewno nie przeniosłem go w inne miejsce podeszwą stopy/trampka. Są więc dwie możliwości - albo sobie to uroiłem albo jego koledzy, inne karaluchy zrobiły coś z jego ciałem (czy karaluchy praktykują kanibalizm?). Hmmm…

3 lipca, niedziela, czyli Domingo

(tak a propos, teraz mnie naszło! – imię śpiewaka Placido Domingo, znaczy „Łagodna niedziela”)

Dzisiaj dzień zacząłem od spacerku na plac rewolucji. Po drodze zahaczyłem o taki mały bar. Natychmiast przysiadł się do mnie jeden z miejscowych i zaczął zagadywać. Poprosił bym kupił mu piwo - akurat w owym miejscu było niesamowicie tanio, toteż się zgodziłem. W międzyczasie przyszedł jego kolega, taki siwy Murzyn w podeszłym wieku. Zaproponowali mi cygara. Oczywiście targowałem się ostro i udało mi się kupić kilka za niewielkie pieniądze. Z tego, co zrozumiałem, dostają tu jakieś miesięczne przydziały na darmowe jedzenie i właśnie cygara (jeśli pracuje się w fabryce cygar, jak oni). Kto nie pali, sprzedaje turystom. Staruszek gdzieś poszedł, a ja uciąłem sobie pogawędkę z facetem, któremu kupiłem piwo. Jest muzykiem, który w nocy pracuje jako stróż w szkole. Zapytał czy nie mam długopisu, bo tutaj to towar deficytowy (zgadza się - za 1,5 euro sztuka, sam widziałem). Miałem ich kilka, więc jeden mu dałem. Taki z gumeczką na zakończeniu, specjalną, do smartfonów. W międzyczasie przyszedł starszy Pan z cygarami, a chwilkę później jeszcze inny mężczyzna. Wszyscy się znali. Byłem w dobrym humorze więc kupiłem wszystkim po piwie, sobie jeszcze jedno, i tak sobie prostym językiem gawędziliśmy. O Polsce, wojnie, jedzeniu… Heh, było miło! Ale komu w drogę… Plac Rewolucji to rzeczywiście… plac. Z prawdziwego zdarzenia. Ogromny! Nad nim góruje ogromny, wąski budynek, u którego stóp stoi gigantyczna rzeźba jakiegoś rewolucjonisty. Sam budynek robi przytłaczające wrażenie. Gdy dodać do tego latające wokół niego… sępy, powstaje obraz czegoś postapokaliptycznego. Na placu nie było prawie nikogo, po jego drugiej stronie, daleko, daleko, stały dwa betonowe bloki z wizerunkami rewolucjonistów. Żar lał się z nieba. Wszystko jakby stało w miejscu. Tylko te sępy gdzieś bardzo wysoko, krążyły wokół chudego, gigantycznego, betonowego tworu… Zerknąłem na mapę w poszukiwaniu miejsca, do którego mógłbym następnie skierować swoje kroki. Hmm, stadion. Bejsbolowy. Nigdy jeszcze na takim nie byłem! Po dwudziestu minutach stałem już przed bramą. Zapytałem panią w sklepie, czy można jakoś wejść i zrobić sobie zdjęcie. Zawołała jakiegoś chłopaczka, który od razu wyskoczył z ceną - 5 euro. No co ty, chłopie! Jedno? To dwa! Stanęło na trzech, heh. Otworzył jedną z bram, po czym zaprowadził mnie na górę, na trybuny. Nie powiem, bardzo ładny widok. Dookoła boiska biegało sobie dwóch graczy. Zrobiłem dwie fotki, poprosiłem o zrobienie mi jednej i postanowiłem iść do tej knajpki, w której spostrzegłem dwa dni wcześniej dwa karaluchy, ale okazało się, że... przed drzwiami stoi ogromna kolejka. Tak jakby u nas ludzie stali by zjeść sobie w podrzędnej burgerowni! W dodatku z karaluchami. Nieee! Bez przesady. Zjadłem coś w jednym punktów wydających jedzenie przez okienko, po czym wróciłem na mieszkanie. Zrobiły mi się małe odciski, które zaczęły mi dokuczać, poza tym przez ten upał strasznie osłabłem. Uciąłem sobie krótką drzemkę, obejrzałem mecz (Francuzi rozbili Islandię, szkoda...), przygotowałem walizkę na jutrzejszą zmianę miejsca… Poczytam coś za chwilkę…

PS: W czasie gdy brałem prysznic, woda przestała lecieć. W żadnym kranie też jej nie ma… Hmm…

4 lipca, poniedziałek

Rano zaczęło lecieć troszkę więcej wody, w sam razy by obmyć sobie twarz. Przed ósmą przyszedł Darwing z Carlosem, pogrzebali coś przy małej pompie w takim niewielkim pomieszczeniu gospodarczym i woda trysnęła! W każdym bądź razie było za późno by dokonać dokładniejszych ablucji. Pożegnaliśmy się serdecznie, wrócę do nich za dziewięć dni. Taksówka spóźniła się jakieś dziesięć minut, ale to mnie już absolutnie nie zdziwiło. Chyba zacząłem już czuć ten kraj. Taki latynoski luz wymieszany z komunistycznymi przywarami - zdawać by się mogło, że to przepis na totalną katastrofę, ale jakoś wszyscy tu sobie powolutku egzystują i państwo od tego nie upadło. Można odnieść wrażenie, że w tym klimacie wszystkim jest to na rękę… Przyjechał stary, mały, czerwony Citroen. Wyskoczył z niego latynoski macho z kręconymi włosami do ramion i kilkudniowym zarostem. Na nosie okulary przeciwsłoneczne. Typ amanta-awanturnika z południowoamerykańskiej telenoweli. Dość długo kluczyliśmy wąskimi, często nieprzejezdnymi z powodu zagruzowania uliczkami by w końcu znaleźć kamieniczkę, z której wyszły dwie ładniutkie chicas (dziewczyny). Zafir i Shani - dwie koleżanki, które poznały się w Los Angeles, gdzie razem wynajmują mieszkanie. Pierwsza z nich pochodzi z Boliwii, a druga z Izraela. Jechaliśmy prawie pięć godzin, przez cały ten czas żywo sobie dyskutując. Ta podróż taksówką na długo zostanie mi w pamięci - słońce na bezchmurnym niebie, soczyście zielone, porośnięte palmami wzgórza, żywa latynoska muzyka, szczery, radosny śmiech wypełniający mały, zdezelowany samochodzik, w którym ludzie czterech narodowości gawędzili sobie jakby nigdy nie istniało coś takiego jak granice, odległości, kontynenty. Jeszcze raz powiem, to co zawsze powtarzam - ludzie, jako jednostki, są tak naprawdę tacy sami. Lubią dobrze się zabawić, śmiać się, cieszyć życiem. Wszystko psują takie czynniki jak polityka, kiepskie warunki ekonomiczne, skupianie się na rzeczach przyziemnych… Polubiwszy się wynajęliśmy sobie razem cały domek - pokoje wyglądają prześlicznie. 25 euro doba. Dziewczyny płacą po 12,50, bo tu nie pobiera się opłat per capita, ale od pokoju właśnie. Właściciel zaoferował nam jutro wycieczkę nad jakieś wodospady - powiedziałem, że się zastanowię. Wróciłem po pewnym czasie już 'zastanowiony’ - zmartwiło mnie, że lekko podchmielony Nelson (bo tak miał na imię) poprosił mnie, tak nieśmiało jakoś, bym zapłacił od razu. No, wcześniej mówił, że na końcu będziemy płacić… Pewnie potrzebował na kontynuację procesu alkoholizacji organizmu. Był nieco wcięty, mam nadzieję, że nie zapomni, iż mu zapłaciłem! Albo nie będzie wmawiał wszystkim, że się z nim nie rozliczyłem… Nah, to są chyba te przyziemne sprawy, o których wspominałem… Wyrzucam je z głowy! Sio! Zwiedziłem sobie to urocze, kolonialne miasteczko, Trinidad, założone w początkach XVI wieku przez konkwistadorów. Zaiste, skromne, czyste domki, w oknach których wiszą klatki z kanarkami (mającymi przynieść szczęście) i te wykładane kamykami głośne, tętniące życiem uliczki robią urokliwe wrażenie. Trinidad to trudno, na nasze polskie realia, nazwać nawet miasteczkiem - ma on zaledwie kilka uliczek i niewiele rzeczy do zobaczenia. Strasznie dużo tu za to knajpek i sklepików z pierdółkami dla turystów - właściwie co drugie drzwi. Jeden jedyny kantor nie działał z powodu awarii elektryczności, przynajmniej bank był czynny. Kurs podobny, kolejki (tak, gigantyczne!) też. Obecnie siedzę sobie w takiej małej, ładnie urządzonej knajpce, tuż przy oknie. Właściwie trudno to nazwać oknem, bo tu nie mają szyb. Po prostu krata i drewniane okiennice. Z głośników sączy się jakaś melancholijna muzyka, barman gdzieś zniknął, przy ladzie siedzi sobie smukła latynoska, która pali papierosa. Czasem na nią zerkam, czasem ona zerka na mnie. Hmm… Wiatr z ulicy wpada oknem, przy którym siedzę, a wylatuje po drugiej stronie budynku, gdzie znajduje się mieszkanie właścicieli. To pół knajpka-pół mieszkanie. Jest otwarta na przestrzał. Ubikacja dla klientów to właściwie część mieszkania, obok sedesu jest… kabina prysznicowa. Przynajmniej jest schludnie i jakże spokojnie. Pół małego piwka zaczyna mnie usypiać, ale to dobrze. Czas zwalnia, nie muszę się nigdzie spieszyć. To też mają w końcu być wakacje - trzeba się trochę wyluzować, a nie latać wszędzie z aparatem i przewodnikiem.

4 lipca wieczór

Siedzę na tarasie, po uprzednim wypiciu z dziewczynami butelki białego wina. Nieźle się nalatałem by znaleźć kolejne, już dla mnie, jak się okazało ostatnie i niestety czerwone (tak tanie) o tej godzinie. “Donde puedo comprar uno vino barato? Quiero Soroa” (Gdzie mogę kupić tanie wino? Chcę Soroę) Haha! I tak w tych egipskich ciemnościach odnalazłem wreszcie to tanie, niewymownie podłe, kubańskie wino. I tak sączę sobie je teraz, bo dziewczyny poszły szukać wrażeń. Tak w ogóle mały szok przeżyłem wychodząc z pokoju na taras, “as fresh as a daisy”, po prysznicu i zrobieniu małego prania. Otóż na podłodze niezadaszonej części tarasu siedziała Zafir, w skąpym stroju kąpielowym, biorąc sobie naturalny prysznic z kropli ulewy w czasie… burzy. O bogowie, bogowie! Jak ja walczyłem z, nazwijmy to, syndromem wędrującego oka… Przyznam, że nie zawsze skutecznie ;) Nalałem nam wino, ona sobie je piła w przerwie między rozprowadzaniem szamponu we włosy, ja siedziałem przy stole, na którym spoczywał jej pamiętnik (też robi zapiski, ale w formie papierowej) i rozmawialiśmy - milknąc na moment gdy pioruny uderzały gdzieś niedaleko - o naszych wrażeniach z Kuby. O tej biedzie wystającej zza każdych drzwi, o mentalności ludzi, którzy rzucają śmieci dosłownie pod swoje nogi, ale też o ich (dziewczyn) pobycie na plaży gdy ja chodziłem sobie po miasteczku (wiosce?). Dołączyła do nas Shani, która wyszła spod normalnego prysznica. Przyniosłem jej kieliszek, napełniłem go winem. Pogadaliśmy o taksówkarzach, którzy zamiast samochodu używali rowerów. Stwierdziliśmy, że to nieco poniżające, gdy człowiek, jak zwierzę, siłą swoich mięśni wozi innego człowieka. Z drugiej jednak strony, nie mieliby na chleb. Przykry temat… Zafir jest weganką, z powodów moralnych (denerwuje ją sposób w jaki hoduje się i zabija zwierzęta) jutro z nami nie pojedzie na wodospady, bo to będzie podróż konna. Próbowałem ją jednak przekonać, mówiąc, że te konie i tak pojadą, z nią czy bez niej, ale rozumiem, że później źle mogłaby się z tym czuć… Poszła się wysuszyć, ja na tarasie zostałem z Shani. Jako z pochodzenia Izraelka (z rodzicami wyjechała do USA mając 15 lat - wciąż pamięta jak w czasie gdy wyły alarmy, musiała zakładać maskę gazową, a jej malutką siostrę mama pakowała do takiego woreczka dla dzieci), prędzej czy później musiała zejść na temat konfliktu z Palestyną. Nie wydała mi się już taka miła, jej ton głosu - gdy poruszyła tę kwestię - się zmienił, stał się jakiś poważny, by nie rzec mroczny. “Chciałabym by w końcu utworzyli to swoje państwo, wtedy moglibyśmy ich oficjalnie najechać - bez rządu i struktury to tylko, w opinii świata, biedni cywile. Na rękę im jest taka sytuacja - świat nie wie, że im pomagamy, budujemy szkoły, dotujemy szpitale, a oni się u nas wysadzają, a ostatnio - ze względów psychologicznych - wpadają do mieszkań i dźgają wszystkich domowników. Dźgają!” Jej oczy, rozszerzone, mimo, że tak zimne w czasie tej tyrady, zdawały się płonąć... Nie mogłem w nie patrzeć, coś w nich mnie przerażało… Na pytanie, dlaczego wspierają ich finansowo, odpowiedziała, że są pokojowo nastawionym, humanitarnym krajem. Ech, zabrzmiało to jak wyuczone zdanie z jakiegoś propagandowego podręcznika. Tym bardziej, że gdyby tylko Palestyna - jak sama wcześniej stwierdziła - stała się oficjalnie państwem… Nie chciałem jej tego mówić i na ten temat dyskutować, gdyż nie mnie oceniać ich konflikt, toteż po kilku jeszcze minutach, widząc, że wino się kończy, powiedziałem coś w stylu, że muszę poszukać nowego i tak jakoś temat się skończył. W Shani, gdzieś głęboko, jest dużo nienawiści, niestety, nawet tu, na Kubie… Ma prawo ją w sobie nosić, ale powinna też wiedzieć, że każdy kij ma dwa końce… Niech zabrzmi King Diamond i niech się dzieje co chce. Salud!

5 lipca, wtorek

Rum z colą i odrobiną szronu wydziobanym nożem z zamrażarki. Przygotowane cygaro i popielniczka. 23:26 lokalnego czasu, czyli prawie już środa. Dziewczyny właśnie poszły na miasto, po uprzednim wypiciu ze mną kilku szklaneczek rumu. Pożegnaliśmy się serdecznie i może uda nam się spotkać jeszcze w Hawanie. Wiem już jak być tu z nimi w kontakcie, ale o tym później. Dzisiaj wstałem sobie rano, Nelson się spóźnił ze śniadaniem 20 minut. Przyniósł zmrożony sok z grejpfruta, mleko i kawę, do tego talerze z chlebem i owocami, a w kuchni zrobił nam jajecznicę (taka przyjemność - 3 euro). Tylko Shani wyszła coś przekąsić, Zaphir spała jak zabita. Bawiły się do piątej nad ranem! Okazało się, że Shani nie pojedzie konno, skoro Zaphir nie chce. No to ja też, skoro się już jakoś poznaliśmy, stwierdziłem solidarnie, że zrezygnuję i udamy się tam na własną rękę. Nelson mówił, że tylko koń tam wjedzie, taksówki nie dają rady, tylko koń, koń, koń, taki prawdziwy, mocny! Patrzyliśmy na siebie z Shani z niesmakiem, mając już dość naszego gospodarza. Nie rozumiał tego, że zrezygnowaliśmy. Namolnie próbował przekonać nas do zmiany decyzji. Gdzieś wyszedł, a po chwili wpadł na mieszkanie z gościem od koni. Shani, mimo, iż z pochodzenia Izraelka, hiszpański zna perfekcyjnie, toteż podjęła się odgonienia natrętów. Ależ byli wściekli… Daliśmy sobie jeszcze godzinkę na to, by Zaphir wstała i jakoś doprowadziła się do porządku. W międzyczasie zauważyłem, że moje ciastka w pokoju oblazła chmara miniaturowych, czerwonych mrówek. Szybko, uśmiercić i strzepnąć ile się da! I do lodówki! Po chwili książka, aż do ‘puk, puk’ o moje drzwi. Przyszła Zaphir. 'Arturo, going!’ Poszliśmy na miasteczko i ot tak, po prostu, zagadaliśmy do pierwszego lepszego taksówkarza. 8 euro na głowę w dwie strony, z czekającym na nas na miejscu kierowcą i jedziemy! W starej, zdezelowanej Ladzie. Rączki do obniżania szyb podawał nam ze schowka, pasów nie było, nie mówiąc o tym by były działające wloty powietrza. Wspomniałem o radiu? Nie? To dobrze, bo radia nie było. Taksówkarz opowiadał nam dużo o regionie, piratach chowających tu skarby, plantatorach, niewolnictwie - nie rozumiałem wszystkiego dobrze, ale dziewczyny mi tłumaczyły na angielski. Na przykład jadąc wzdłuż rzeki koloru mocno kakaowego słuchaliśmy jak to piraci płynęli nią w górę, w stronę lądu, by znaleźć odpowiednie miejsce do ukrycia zrabowanych kosztowności. Mówił też o okolicznym bogaczu, który uzbierawszy niemałą fortunę poszedł z nią, z kilkoma członkami swojej rodziny i afrykańskimi niewolnikami w głąb dżungli, po czym gdy skarb już ukryto, kazał około dwudziestu czarnoskórych tragarzy po prostu zastrzelić by nikomu nie wydali miejsca jej ukrycia. Ot, takie tam makabryczne ciekawostki umilające podróż... Główne drogi na Kubie są super zadbane - mają nawet trzypasmowe autostrady. Te boczne, to inna historia. Asfalt nie wytrzymuje nagłych ulew i osuwania się ziemi, toteż często jechaliśmy powoli, wpadając w głębokie dziury. Na szczęście jazda trwała około 20 minut, więc nie narzekaliśmy. Kierowca wysadzając nas prosił byśmy zmieścili się w czterech godzinach, po czym sobie gdzieś poszedł… Okazało się, że to Park Narodowy. Przy kasie łysy pan, raczej biały, obok pana cennik. I tu szok! Wejście dla Kubańczyków 1 euro, dla turystów… 10! Shani z Zaphir próbowały najpierw wmówić sprzedającemu, że jesteśmy Kubańczykami (albo nie udało się że względu na białego mnie albo zdradził je akcent - same przyznają, że Kubańczycy zjadają dużo zgłosek, używają sporo słów, które są inne niż w takiej, chociażby, Boliwii...), po czym próbowały wmówić facetowi, że jesteśmy studentami ('Zniżka tylko dla studentów studiujących na Kubie. Tu studiujecie? Poproszę legitymacje!’), aż wreszcie zaczęły ładnie, słodko prosić, a i ja wtrąciłem - żartobliwie - swoje trzy grosze, mówiąc, coś głupiego w stylu, że Kuba to moja druga ojczyzna, i 'Viva la revolucion!’. Zaśmiali się nawet przypadkowi słuchacze, no ale nic to nie dało… 10 euro i koniec. Przez kilka minut było nam nieco smutno, tym bardziej, że dziewczyny poprzedniej nocy od jakichś Rosjan dowiedziały się, że ich wpuszczono za grosze. Ale co tam. Weszliśmy w taki śmieszny lasek z cienkimi drzewkami/patyczkami, Zaphir przypomniało się dzieciństwo w Boliwii (wyjechała mając 6 lat) i zaczęła chować się za tymi cieniutkiej patyczkami, zgrabnie przeskakując z nogi na nogę, od patyczka do patyczka. Shani i Zaphir to profesjonalne tancerki, w dodatku nauczycielki tańców południowo-amerykańskich. Podróżują dużo po świecie biorąc udział w pokazach, zawodach, lekcjach… Jednak Kuba to tylko relaks i wypoczynek! Szliśmy sobie ścieżką wydeptaną właściwie w dżungli, tak niespiesznie przed siebie, zaledwie co dziesięć minut mijał nas jakiś turysta. Taki brak ludzi był dobrą okazją do głupich żartów (bardzo lubią mój sarkazm i ten polski, czarny humor, chociaż ja go czasami zdaję się nie zauważać), robienia miliona wspólnych zdjęć, rozmów o życiu, zachwycaniu się skupiskami motyli, które krążąc wokół nas sprawiały, że obracaliśmy się wokół siebie z rozpostartymi ramionami, czując się jak w jakiejś dinseyowskiej bajce! W prawdziwą ekstazę wprawił nas domek ukryty za drzewkami, który wyglądał jak domek Królewny Snieżki i 12-tu Krasnoludków. Nie, to nie był obiekt stylizowany na taki styl, ale najprawdziwszy domek, w którym - jak się okazało - mieszkał jakiś starszy pan, który z minutkę z nami sobie pogawędził. Żadnego dostępu do prądu, pranie robił w płynącym obok strumienia, miał jakieś kury za domem. No czad! A najlepsze, że tuż przed werandą i drzwiami wejściowymi, fruwało z tysiąc kolorach motyli!

Przykucnęliśmy, i w jednej ręce trzymaliśmy aparaty, a drugą kierowaliśmy w przód otwartą dłonią, mając nadzieję, że spocznie na niej jakiś motyl, ale po tym jak minęła nas trójka jakichś dziwnie patrzących na nas turystów, zdaliśmy sobie sprawę, że wyglądaliśmy jak trójka żebraków proszących o pieniądze. I znowu śmiech. I tak całą drogę z takich drobnych głupot. A droga momentami była dosyć ciężka - czasem bardzo stroma, a dwukrotnie trzeba było, trzymając się liny, po prostu przejść przez wartki strumień. Lepiej chyba było zrobić to w butach, co by gładka stopa nie ślizgała się po zanurzonych w wodzie głazach, toteż później - choć na początku było to odświeżające - nogi zaczęły nam się nieco gotować. Na szczęście po 30 minutach byliśmy na miejscu. Jakże pięknym miejscu!

Cygaro, z jednej strony otwarta końcówka, z drugiej jej brak. Tę otwartą trzeba odpalić, tylko jak zasysać dym z tej zamkniętej? Jest tam papierowy paseczek, ale się go raczej nie zrywa. Zrobię 'gryza’, tytoń się rozejdzie, liść rozlezie. Jak się do tego zabrać? Zrobiłem właśnie może i szaloną rzecz. Gdzieś tam z patio słyszałem i słyszę zresztą nadal głosy zza drzwi wejściowych. Polazłem tam z zapałkami i cygarem, otwarłem je dość szybko. Czterech gości siedziało na schodkach, dwóch stało przed nimi na ulicy. Nastolatkowie. Chyba się wystraszyli, że chcę im jakiś 'opieprz’ zrobić. Artur, co by zrównać się z tymi siedzącymi na schodkach, wpakował się miedzy nich, usiadł i rzekł (oczywiście wielokrotnie łamanym hiszpańskim): Hola Amigos! (Hola! - wszyscy grzecznie odparli). Tengo uno cigaro. Como usar? Yo no se. Estename, por favor! (Mam jedno cygaro. Jak użyć? Ja nie wiem. Pokaż, proszę). Popatrzyli na siebie, potem na mnie, jak na debila. Nie dziwiło mnie to, bo to trochę tak jak dla naszych gimnazjalistów skręcić blanta. Co drugi to wie. A może po prostu zdziwiła ich nietypowa prośba… Od razu dwóch chciało pokazać. Jeden delikatnie odgryzł samą końcóweczkę. Dosłownie końcóweczkę, tak, że na trzonku powstała malutka dziurka. Drugi mi to odpalił. Podali mi zapałki i cygaro. 'Muchas gracias, amigos! Buenas noches” Wszyscy, jak jeden mąż odparli 'Dobranoc’. Fajne, grzeczne dzieciaki. Od młodych można się strasznie dużo nauczyć. Także w Polsce! (bo nasza młodzież, choć nieco zblazowana i pali zioło, też jest ogólnie okay) Zapytali jeszcze, skąd jestem. Polonia! - oczywiście :) Zamknąłem drzwi, i tak sobie oto siedzę z nieskończenie długo się tlącym cygarem, które - choć może i tanie (tutaj), acz moje pierwsze - smakuje wybornie!!!

La cascada. Wodospad. Tuż przed wejściem na jego teren bilety sprawdzał chudy, acz bardzo sympatyczny, niemłody już Murzyn. Nie był to może wodospad Niagara, ale ukryty był on uroczo pośród bujnej, zielonej, karaibskiej roślinności. Wyszliśmy troszkę wyżej i będąc na połowie jego wysokości zrobiliśmy sobie kilka ładnych zdjęć. Zeszliśmy w dół, ku wąskiemu korytu wolno płynącej wody, po czym zostawiliśmy plecaki pod drzewami, zdjęliśmy ciuchy (niezupełnie wszystkie, naturalnie) i wskoczyliśmy do małego, otoczonego skałami, naturalnego baseniku. Woda była - z początku, zimna, ale po kilku sekundach nikt nie miał zamiaru z niej wychodzić. Zaczęliśmy sobie powolutku płynąć w stronę wodospadu. Przyznam z przykrością, że jestem kiepskim pływakiem, toteż po kilkunastu metrach płynięcia pod prąd zrezygnowałem. Wróciłem do naszych plecaków, dziewczyny, które szły jakoś niezdarnie przed siebie wspierając się o kamienie na brzegu, rękoma dawały mi znać bym zrobił im fotki. Wziąłem jeden z ich telefonów, wyszedłem po skałkach wyżej i spełniłem ich życzenie. Potem popłynęły dalej, by cieszyć się spadającą na ich głowę kaskadą wody (La Cascada, heh). Tam już, gdzieś wyżej w te okolice, dojść pieszo nie było sposobu… W międzyczasie więc zacząłem się suszyć i rozmawiać sobie z człowiekiem będącym sprawdzaczem biletów i ratownikiem w jednym (pokazał mi wiszące na gałęzi drzewa koło ratunkowe i kamizelkę). On o coś pytał, ja też. Pytał o Polskę (zimny kraj? co jecie?), ja miałem, hmm, inne pytania (polski czarny humor…?) - (cyt. mój łamany hiszpański); “Ile śmierci tutaj?” - przeżegnał się i odrzekł, że pracuje tu piętnaście lat i na szczęście nikt mu tu nie umarł, ale kilka razy ratował paru ludzi, na pytanie czy to nie nudna robota, odrzekł, że praca super, bo może sobie pogadać z ludźmi, jak na przykład ze mną; zapytałem go, będąc nieco spragnionym, czemu nieco nielegalnie nie zacznie sobie handlować tu piwem czy innymi napojami - 'El jefe (szef) nie pozwoli’. Mówiłem śmiejąc się, że trochę pieniędzy dla 'El jefe’, trochę dla niego, ale wzdrygał się na samą myśl, heh. Szef wojskowy, z szefem się nie dyskutuje. I tak głupio gawędziliśmy, aż stwierdziłem, że chicas już długo nie ma, a ja się robię coraz bardziej wygłodniały. Zaczął mi opowiadać o owocach, że ten zawiera witaminę A, inny jod, i tak się zagadał, że schodziła mu na tym trzecia minuta. Trochę mnie to nużyło, bo owoców nie jadam, aż przerwałem mu mówiąc, że 'gusto carne’ (lubię mięso). Jakie? - zapytał. 'Todo (każde), haha’, odparłem. Zaśmiał się. Nim zdążył zacząć wywód o mięsie, powtórzyłem, że jestem głodny, patrząc ostentacyjnie w stronę wodospadu. Powiedział, że poszuka dziewczyn. Wrócił lekko zmartwiony, mówiąc, że nigdzie ich nie ma. “Muerte” (Śmierć), odrzekłem, śmiejąc się. Też się uśmiechnął, bo zrozumiał żarcik. Okazało się, że znalazły jakąś małą jaskinię ('caverna’), do której sobie weszły. Wracaliśmy niezmiernie zadowoleni. Cała wycieczka zajęła nam ponad cztery godziny! Po niej, gdy już wróciliśmy do miasteczka, weszliśmy do takiej taniej, eleganckiej knajpki, którą odkryłem dzień wcześniej. Taberna. Duża porcja wieprzowiny, gotowany ryż, półmisek z warzywami i pyszny chlebuś posmarowany czymś w rodzaju pikantnego smalcu. 2,5 euro! Na Kubie można tanio zjeść, wystarczy oddalać się 10 minut od placów centralnych :) A teraz rzecz ważna - Internet! Jak się okazało, nie jest z nim tak źle jak myślałem. Poszliśmy pod Casa de Musica (taka znana restauracja), usiedliśmy na pięknych schodach, za nami grała muzyka na żywo. Od chłopaków szwędających się między turystami kupiliśmy kartę z loginem i hasłem do Wi-Fi (w sklepach 2 euro, od nich 3) i mogliśmy cieszyć się oknem na świat. Na karcie jest godzina do wykorzystania w dowolnym miejscu na wyspie. Czasem chodziło wolno, czasami bardzo szybko. Nie można narzekać! Po powrocie do casy (domu) i odświeżeniu się, otwarliśmy butlę rumu Havana Club i popijając go sobie z colą rozmawialiśmy o wrażeniach z wyprawy i o naszych krajach. Około 23-ej pożegnaliśmy się ciepło (buziaki, objęcia) obiecując sobie przez Facebooka dograć spotkanie w Hawanie, i tak sobie oto siedzę, pisząc i słuchając muzyki. Żyć, nie umierać!

6 lipca, środa

Tuż przed moim wyjściem przyszedł właściciel ze śniadaniem. Zaproponował pomoc w załatwieniu pobytu w Camaguey - na dworcu miał ktoś na mnie czekać z moim imieniem na karteczce. Czemu nie? Poszedłem na autobus i po nieco ponad 4 godzinach jazdy (pojazd klimatyzowany, bardzo przyjemna podróż) znalazłem się na miejscu. Krótki kurs rozklekotaną tanią taksówką (pan już na mnie czekał) i dotarłem do miejsca mojego noclegu. Jadąc pan pokazywał mi ciekawe miejsca, kościółki, place, miejsce z internetem, miejsce z dziewczynami za pieniądze (!)...Dziewczyn nie będzie, heh, bo dom prowadzi staruszka, będę z nią tych parę godzin mieszkał. Moja część mieszkania jest wydzielona i oczywiście zamykana, moja sypialnia jest, jakby to rzec… nieco cukierkowa. Dwa łóżka, jedno z różową pościelą z dużym sercem, drugą z pościelą czerwoną. Łazienka też jest w różowe płytki. Są też różowe dywaniki… Może przetrwam bez zwracania obiadu… Oferowała na jutro dość drogie śniadanie (5 euro), toteż podziękowałem. “No desayuno?”, zapytała robiąc smutną minę. “No”, odparłem, nie dając się wziąć na litość. Poszedłem na miasto, dość schludne, z wąskimi uliczkami. Na centralnym placu z górującą nad ni figurą jednego z przywódców pierwszej wojny o niepodległość z Hiszpanią (1868-1878) Ignacio Agramonte gromadzili się ludzie chcący skorzystać z Internetu oraz cała masa naciągaczy oferujących karty z loginem i hasłem, taksówki i pokoje do wynajęcia. Momentami jest to męczące, gdyż, zresztą nie tylko tutaj, jestem co chwila zaczepiany przez tubylców. Idę uliczkami i nie próbując złapać z nimi kontaktu wzrokowego powtarzam tylko w kółko 'no, no, no’. Kontakt wzrokowy może skutkować tym, że ktoś od razu się przyklei i przez kilka metrów będzie oferował różnego rodzaju przysługi. Pochodziłem troszkę i tak sobie siedzę na zacienionym dziedzińcu jednej z restauracji sącząc rum, pisząc tę notatkę i popalając cygaro (które sobie sam przygotowałem!). Odpoczywam!

6 lipca, wieczór

Retransmisja meczu Portuglia-Walia, cola z odrobinką rumu, i ja. Wracając na mieszkanie miałem ciekawą przygodę. Jakoś tak spontanicznie złapałem kontakt wzrokowy z taką ładną, czarnoskórą kobietką po dwudziestce. Uśmiechnąłem się, ona uśmiechnęła się do mnie. “Hola”, rzekła. Odpowiedziałem tak samo. Coś powiedziała, nie dosłyszałem, więc cofnąłem się kilka kroków prosząc by powtórzyła. I zaczęło się. “Ty tutaj sam?” - zapytała słodko się uśmiechając. “Tak, ja tutaj sam”... Wiedziałem już, o co chodziło! Patrzyłem w te jej przymilające się, wesołe oczy. “Żadnej dziewczyny?” - dopytywała, zmysłowo ruszając zgrabnymi biodrami i zalotnie przechylając główkę. “Żadnej dziewczyny” - odparłem. “A masz tu jakiś dom, jakiś pokój?”. No tak, dom, pokój… “No mam”, odrzekłem, umiejętnie dozując przez chwilę suspens. Po chwili wreszcie dodałem: “Pokój, ale w mieszkaniu takiej starszej pani”, wzruszyłem ramionami, burząc cały ten czar jaki wytworzył się w czasie rozmowy. “Aaa, rozumiem”, odparła, nie próbując już kusić, a tylko się (bardzo ładnie) uśmiechając. Pouśmiechaliśmy się tak do siebie jeszcze ze dwie sekundy, po czym poszedłem do tej mojej starszej pani i mojej różowej, różowiutkiej, różowiuchnej, cholera by to, siedziby…

7 lipca, czwartek – pierwszy tydzień za mną

Dotarłem, jakoś! Do Bayamo. Nie ukrywam, że wybrałem to miasteczko ze względu na swoją dźwięczną, egzotyczną nazwę. Chyba prawie bym nie dojechał, bo z takich miejsc, przez które bus tylko przelatuje, jak Camaguey, nie da się zrobić rezerwacji. Przyszedłem odpowiednio wcześniej, pół godziny (tak jak mnie pani poinformowała dzień wcześniej), po czym wpisała mnie do zeszyciku i kazała czekać aż autobus przyjedzie i powiedziała bym się zwrócił wtedy do kierowcy. Pół godziny, autobusu nie ma… Spóźniony? - pytam. Media hora - pół godziny. Po kolejnych 30 minutach podchodzę do tego samego bagażowego (tu w ogóle pomieszanie z poplątaniem jest - bagaż zostawia się w 'bagażowni’, a później go wnoszą do autobusu, za co życzą sobie jakieś dobrowolne drobne - tak jakby jeden z kierowców nie mógł go wsadzić do luku ozdabiając odpowiednią etykietką; ukryte bezrobocie - kiedyś to przerabialiśmy…) i się śmieję - “no media hora pero una hora”. Heh. Nie wiedziałem, że musiała minąć jeszcze kolejna godzina i nim autobus nadjechał. I tu się zaczęło - kilku ludzi weszło do środka, pokazując bilety, a ja bez biletu! Przecież byłem w biurze rezerwacji wczoraj, byłem i dzisiaj! Mówię kierowcy, że nie mam biletu, ale dodaję, że rozmawiałem z panią w rezerwacji, że zapisała moje imię… Poszedł tam, a gdy wrócił zaczął mówić, że nie, bo coś, nie, bo tamto, bagażowi dopiero, którzy dostali ode mnie mały napiwek przy nadaniu bagażu (którego nie pozwoliłem wsadzić do luku, bo obawiałem się, że pojedzie beze mnie) pogadali z kierowcami i okazało się, że mnie wezmą, ale jako ostatniego, szybko, nieoficjalnie. Istotnie, kazali mi wskoczyć do środka wraz z moją mrrroczną walizką (którą upchali za fotelem kierowcy), wzięli w łapę 10 euro, czyli właśnie tyle, co miał kosztować bilet, i pojechaliśmy. Po to więc te całe zabawy! By okraść państwo, jako, że przewodnik jest państwowy. Dla nich 10 euro to… prawie pół miesięcznej pensji! Jak się okazało, ze dwa miasta wcześniej tak samo właśnie załatwili innego turystę, który do mnie zagadał w przerwie, bo przez szybę widział moją gestykulację i próby dogadania się. Przez pierwszą część, do przerwy, czytałem sobie w autobusie siedząc obok dość masywnego Murzyna, aż nieco mi się przysnęło, po czym zatrzymaliśmy się na 45 minut w takim małym wiejskim zajeździe. W czasie takich przerw wszyscy muszą wyjść, co np. nie jest normą w czasie podróż po Europie. Wyszedłem i ja. Za grosze kupiłem 'odświeżacz’, czyli refresco (to zimny napój albo w puszce, albo zimny sok ze szklanki) i patrzyłem sobie w przejeżdżające prymitywne dorożki konne albo ludzi jeżdżących powoli po prostu konno drogą krajową. Po poboczu chaotycznie łaziły kurczaki i stały sobie rozleniwione kozy, których nikt tam nie pilnował. Gdy wsiedliśmy do autobusu, masywny Murzyn zaczął sobie ze mną rozmawiać. Nalegał by mówić po angielsku, bo chce poćwiczyć język. Hector - czytane jak Eto (dlatego ten kubański hiszpański jest ciut trudny, zjadają oczywiste spółgłoski…). Dwie godziny rozmawialiśmy opowiadając sobie o własnym życiu, krajach, rodzinie, dowiedziałem się o wielu przywilejach wysokich wojskowych (np. mogą mieć telewizję satelitarną, a on, Hector, nie), ale też przypomnieliśmy sobie fabułę Iliady (to tak nawiązując do jego imienia) - “I hate Achilles! He killed me”, haha. Przez kobietę to wszystko, dodałem… Na chwilę, w ten właśnie sposób, zeszliśmy na temat związków - powiedział, że nie stać go na wesele, bo wesele ma być huczne, a na Kubie wszystko dla nich jest strasznie drogie (zarabiaj 100 zł i rób wesele…). Próbował robić z siebie macho wmawiając mi, że ma dziewczynę tylko na chwilę, bo jednak jedna kobieta na całe życie to straszna nuda (przypominały mi się słowa największych polskich pantoflarzy jakich znam, którzy przy kumplach i po kielichu odważnie mawiają, że kot przy jednej mysiej dziurze w końcu szybko zdechnie, heh), Chlapnął za dużo o tym weselu i po prostu głupio mu się zrobiło, bo ludzie, wszędzie przecież, biedy się wstydzą… Widząc to, zmieniłem temat i poleciłem mu mitologię nordycką, o której - jak się okazało - nigdy nie słyszał, a którą to ja cenię sobie o wiele bardzej (chociaż w głębi duszy nie zawyrokuję co lepsze - Edda Poetycka czy Ilida i Odyseja…). Powiedziałem mu, że jutro jadę do Santiago de Cuba i chciałbym trochę prywatności, a nie starszą panią za ścianą, poza tym chcę widok na morze (Morze Karaibskie). Dał mi numer telefonu, ma załatwiać. W najgorszym przypadku rodzina właścicieli będzie na parterze, a ja będę miał na własność całe drugie i trzecie piętro - taki dom ma pod nosem i na 100% może nagrać. Na Kubie jest trochę budek telefonicznych, ale jakby co, to mogę spróbować tego samego, co zrobiłem w Hawanie - za 1 euro poprosić jakiegoś chłopaczka, by użyczył mi komórki. W każdym bądź razie dojechałem. Bayamo! Biuro rezerwacji - po jakiego… jest to nazywane biurem rezerwacji, skoro znowu kazano mi przyjść jakiś czas przed odjazdem jutro? No to znowu będzie mała nerwówka. Albo będzie miejsce, albo nie. Nie mają tu jakiejś, centralnej sieci, przez którą sprzedawaliby bilety i wiedzieli ile jeszcze ich zostało. No, chyba że znowu chcą na czarno przewieźć turystę… Siedzę sobie w takiej, na nasze warunki, żulerni. Poza główną salą, w korytarzu prowadzącym do ubikacji. Leją tu piwo niby do kufli, acz tak naprawdę są to tylko duże, ceramiczne kubki… Wcześniej jadłem tradycyjne Ropa de Vieja, w restauracji gdzie gigantyczny klimatyzator nie działał i gdzie deskę klozetową w ubikacji (bańo) zastępował… karton ubrany w ładną, haftowaną chustkę. Kurczę, oni tu, chociażby na tej prowincji, chcą być tak bardzo eleganccy, ale nie mają po prostu jak tego zrobić. Brakuje wszystkiego! Gdyby mądrze otworzyć kraj, byłby on najpiękniejszym miejscem na Ziemi! Bo wiedzą jak być miłym, mają niesamowicie pozytywny stosunek do świata i dobrze widzą czego oczekuje przybysz z dalekiego kraju! Często w toaletach nie ma spłuczek (albo noszą je przy sobie 'babcie klozetowe’). Ewentualnie wlewa się do muszli kilka wiader…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%