Fantasy · 1 godz. 30 min czytania
Artyści
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Rozdział pierwszy Młynarz
-Nie tu matole!- krzyknął po raz kolejny rozłoszczony Diert.- Ile razy mam mówić, że te worki przeznaczone są na eksport do Antwert.- Po ustnej reprymendzie wyszedł na zewnątrz obrzydliwie trzaskając drzwiami. Diert od dwudziestu dziewięciu lat jest właścicielem starego młyna, w którym razem z jego niepełnosprawnym siostrzeńcem pracuje siedem osób. Skrzydła “staruszka”(bo tak Diert nazywał swoje miejsce pracy) nadawały się do rozbiórki lub całkowitego remontu, lecz kierownik zwyczajnie nie miał na to pieniędzy. Młyn znajdował się na jednym ze wzgórz w pobliżu Lowrpel, wsi której mieszkańcem był także Dierta. Młynarz udał się w kierunku domu, swego wiernego przyjaciela, który także jest jego pracownikiem, lecz dziś zaniemógł i nie przyszedł do roboty. Diert szedł polną drogą, która przy wielkiej topoli skręcała w kierunku traktu wiodącego wprost do Lowrpel. Miasto Kompativ słynęło z tego, iż całe było zamieszkane przez ludzi i elfów. Krasnoluda ujrzeć było nie sposób(tylko na papierze do dupy widniała twarz grubego krasnoluda z długą brodą, na której pisano jego skalę miękkości; ten papier miał najniższą , a co za tym idzie także najmniej kosztował). Taką czystość rasy zapewniła tam, działająca od pokoleń – Schmerzgruppe. Pilnowała “porządku” nie tylko w Kompativ. Rozwijała swoją działalność także na okoliczne wsie oraz miasta. Właśnie szykowała się do kolejnej akcji. Diert mijał jedyną gospodę w Lowrpel. Przed oczami zamyślonego Dierta przeleciało krzesło i deska z dużym sękiem. Właśnie rozgorzała bijatyka między lekko podchmielonymi kmiotkami, którzy kłócili się o to, kto więcej wypił. Szybko okazało się, że pan w podartej, skórzanej kurtce, bo to on mógł z łatwością policzyć liczbę desek na mokrej od piwa podłodze.- Co za hołota - pomyślał Diert - gotowi jeszcze mnie okraść albo zgwałcić. Po obejrzeniu krótkich scen walki młynarz wtulił głowę w kołnierz swej czarnej kurtki i ruszył dalej. Miał przy sobie cztery złote korony , fajkę, bez której się nie ruszał oraz kopertę, zalakowaną własną pieczęcią, przeznaczoną dla przyjaciela Martusa. Drogę przebiegł mu pręgowany kot, co oznaczało, że będzie miał dziś szczęście.- Oj, chyba już nie dziś – mruknął pod nosem Diert. Słońce powoli chowało się za drzewa pobliskiego lasu. Młynarz przyspieszył kroku gdyż chciał dotrzeć do przyjaciela jeszcze przed zachodem słońca. Skręcił w boczną uliczkę, na końcu której znajdował się już dom chorego. Miał do niego jakieś trzysta kroków. Martus wypełzł właśnie, jak dżdżownica, z ciepłego wyrka i udał się w kierunku wychodka, zwanego też przez wieśniaków gawronem. Musiał tam iść, ponieważ pęcherz był tak pełny, że uciskał na żołądek i chciało mu się nie tylko szczać, ale i rzygać. Martus miał szóstkę dzieci – nieznośnych dzieci. Trzech chłopców i trzy dziewczynki. Właziły na ojca co chwila i prosiły, aby zrobił im młynek. Polegało to na tym, że tatuś łapał je za nogi i kręcił wokół własnej osi tak długo, aż ostatnie piwo nie podeszło mu do gardła. Martus chwilę spokoju miał właśnie w gawronie. Opatentował do niego niewiarygodnie szczelne drzwi z dębowego drewna, które pozwalały na chwilę odpoczynku dla uszu szczęśliwego ojca. Schmerzgruppe wjechała właśnie konno na teren wsi, w którym według planu miało mieszkać około stu krasnoludów. Mijali pierwsze zabudowania, kiedy Lida popisał się swoją spostrzegawczością – Eee, kurna zobaczcie, ktoś w ogródku wybudował sobie bunkier. - To nie bunkier matole tylko kibel, „gawron” po chadziajsku. Ktoś tam teraz pewnie sra i puszcze brzydkie bąki – wytłumaczył ze szczegółami Zag po czym wraz z kompanami ruszył dalej w drogę. Diert ujrzał przed sobą grupę jeźdźców zmierzającą w jego kierunku. Młynarz myśląc, że to kupcy zjeżdżają się na jutrzejszy dzień targowy, poczłapał dalej przy ogrodzeniu. Gdy jeźdźcy byli kilkanaście stóp od niego odważyli się przemówić – Wiesz kim jesteśmy, śmierdzący krasnoludzie i nie boisz się koło nas przechodzić...? No popatrz Bary, popatrz – powiedział zaczepiającym tonem Zag. - Ja was nie znam panowie, ale wiem dlaczego tu jesteście i nie mam powodu się was bać – odpowiedział całkiem spokojnie Diert. - Ha, to się zaraz okaże! - krzyknęli zgodną nutą członkowie Schmerzgruppe. Tak na marginesie to zapomniałem wspomnieć, że Diert to krasnolud z krwi i kości, a prócz swych czterech złotych koron i fajki ma też dłuuugą brodę. Zsiedli z koni – to poszło im jak z płatka. Pierwszy cios zadany przez Lidę miał ugodzić Dierta w brzuch, lecz ten zwinnie uskoczył w tył unikając trafienia. - Panowie, nie ma się co denerwować, nie popełniajcie błędu – rzekł chyba niezbyt przekonywująco krasnolud, bo właśnie Bary wyjął z cholewy nóż i rzucił nim w kierunku młynarza. Musiał trafić, stał zaledwie kilka stóp od niego. Nie trafił. Diert jeszcze zwinni ej niż poprzednio ugiął nogi w kolanach i wychylił się maksymalnie do tyłu, tak że nóż przeleciał kilka ziaren piasku od jego lewego ucha. Bary patrzył z niedowierzaniem . Po raz pierwszy widział twarz krasnoluda, która nie wyrażała ani bólu, ani cierpienia czy też błagania o litość. Twarz Dierta nie wyrażała niczego. Młynarz był niewiarygodnie spokojna, jakby nie obecny. Kolejny działacz Schmerzgruppe rzucił się w kierunku krasnoluda z kastetami na dłoniach. Diert nie zrobił najmniejszego ruchu. Napastnik przyjął pozycję osy i machnął kilka razy przed twarzą krasnoluda. Zbój spojrzał głęboko w jego oczy i z przerażeniem zastygł w bezruchu, po czym... upadł bezwładnie na ziemię. W brązowo piwnych oczach krasnoluda ujrzał jak odrąbuje mu lewą rękę i ucho. Zrozumiał, że to jest jego przeznaczenie. - Mamo... - zajęczał. Wszystkich zamachowców było czterech. Przyszła kolej na Zaga. Wyjął z pochwy miecz i rzucił się na Dierta. Miecz świsnął w powietrzu, zawadził o kamienny bruk. Iskry podskoczyły w górę i zdezorientowały na pozór zdecydowanego na wszystko Zaga. To zawahanie bezlitośnie wykorzystał młynarz. Szybkim kopniakiem spod siebie uderzył napastnika w nadgarstek. Ten wypuścił z dłoni miecz, który jeszcze w locie trafił w ręce Dierta. Ciął płasko wypruwając Zagowi wnętrzności. Napastnik zawył z bólu i padł na ziemię zalewając się krwią. Diert chwilę po tym usłyszał za plecami krzyk. Gdy się odwrócił zobaczył rzekomego trupa z kastetami na dłoniach, biegnącego w jego stronę. Krasnolud uderzył z taką siłą, że odciął zarazem rękę jak i ucho napastnika, który patrząc na fontannę swojej krwi osunął się na kolana, a potem na twarz. Bary bez swojego sztyletu był w walce nikim. Tak było i teraz. Chciał więc jak najszybciej stąd wiać. Niestety, gdy wsiadał z pośpiechem na konia poczuł okropny ból w krzyżu. Upadł plecami na bruk. Czuł się jakoś dziwnie, bo nagle zdrętwiały mu nogi, a potem nie mógł specjalnie ruszać głową. W jego mostku tkwiła pokryty mąką lśniący bełt wystrzelony ze złotej kuszy trzymanej w rękach znanej tylko przez Dierta osoby. Z twarzy przypominała trochę nieszczęśliwe dziecko jakby opóźnione w rozwoju o kilka...naście lat. Był to siostrzeniec krasnoluda. Młynarz skinął lekko głową w jego stroną. Ten zginął gdzieś w gęstej jak mąka mgle. Bary ujrzał w błyszczącym grocie swoją twarz. Nie poznał jej. Zobaczył kościstobladą głowę odzianą w kaptur. Szybko pojął, że zmarł śmiercią tragiczną. Z obliczeń Dierta wyszło, że powinien być jeszcze jeden zamachowiec. Chwilę się rozejrzał i dostrzegł go leżącego na ziemi z przebitym gardłem i merykordią w dłoni. Był to Lida. Oddech krasnoluda był równy. Ciśnienie także w normie. Diert spokojnie strzepnął z kurtki ciało obce, jakim była kropla krwi. Spadając na ziemię roztrysnęły się na cztery mniejsze. Te szybko utonęły w szczelinach kamiennego bruku. Młynarz udał się wreszcie do Martusa. Kiedy przechodził przez drewnianą furtkę ujrzał swego przyjaciela wychodzącego z gawrona. Na widok krasnoluda Martus zawołał – Już myślałem, że nie przyjdziesz przyjacielu, coś się stało ? - Nic nie słyszałeś ? - zapytał zdziwiony Diert. - A co miałem słyszeć przecież byłem w wychodku ? - Ach no tak, twój kibel – westchnął z uśmiechem na twarzy młynarz.
***
Następnego dnia, Diert, zadowolony stanem zdrowia swego przyjaciela, ruszył żwawo do pracy. Gdy wszedł do młyna powitali go pracownicy zdejmując z głów białe od mąki berety. Diert udał się na górę do swej „kancelarii”. Zasiadł w wygodnym fotelu i przyglądał się rozliczeniom z poprzedniego miesiąca. Zauważył, że obrót nieznacznie zmalał. Nagle krasnolud usłyszał na dole szamotaninę i podniesione głosy swoich podwładnych. – Co tam się dzieje ?- wrzasnął Diert.- No panie ten chuligan wtargnął tu jak do siebie, a przecie na drzwiach wyraźnie jest napisane „osobom nienaprawionym wstęp wzbroniony”!- Nie uprawnionym chyba- poprawił nieznajomy- Widzi pan, czytać umie, a się nie stosuje!- wrzeszczał czerwony ze złości Warka. – Cisza! O co panu chodzi?- zapytał Diert- Czy moglibyśmy porozmawiać... Marek jestem...- Cały młyn naraz ogarnął śmiech.- Marek... to imię dobre dla teściowej !- parsknął Kusy. Jednak po chwili wszyscy , spoglądając na Dierta , uspokoili się. Ten nawet się nie uśmiechnął.- Choć pan, tylko szybko, bo mam dużo pracy. Marek wbiegł po schodach wprost do kancelarii krasnoluda. – Siadaj pan i mów, o co chodzi.- A więc przychodzę tu do pana, panie Diercie , z pewną propozycją. Powiedziałbym więcej, propozycją nie do odrzucenia. Mianowicie, chodzi o...
Rozdział drugi
Artyści
-Hula wiater na pustyni, wiśta wio! Na wikinga ruszym z rana, jest zabawa, kupa siana.. buch... -Morda psie! Pijanyś jak trza... Nie wyj tak, bo tu od księcia Karola żołnierze stacjonują. Gotowi zara spuścić ci manto... -I jaszczurkę sobie zjem! Huzia! Huzia, gdzie je Zuzia... Noc była wyjątkowo ciemna, więc pijany Norman sporadycznie zaliczał jakieś drzewko, tudzież drogowskaz... -Co tu napisali? Dooo Kaarrczmmyy... Ej! Idziem? -Daj pokój, starczy ci jak na jeden dzień...- odparł Piwowarek, któremu niezbyt uśmiechała się kolejna wizja nocy spędzonej na blacie w jakiejś obskurnej spelunie. -Zresztą w tamtych lasach to ponoć siła goblinów po nocach się włóczy...-dodał. -Gobliny?! Dawaj skurwysyna! Niech no ino podejdzie... -Toć mówię, że to w tamtym lesie to grasują, nie tutaj. Czarodziej mówił, że ten borek to ich odstrasza jak Zwierciadło demony... -Mają tedy szczęście, bo by się im ze mną zmierzyć nadarzyło... Piwowarek bardzo chciał pomaszerować sobie w ciszy, lecz nie dane mu było ze względu na wyśmienity humor kompana... -Hej wróżki leśne, macie miodu podarować? Strudzonym po dniu całym śpiewania... Niemiłosiernie mi w gardzieli zasycha... -Stać!- rozległo się na cały las... -Kim jesteście i dlaczego niepokoicie straż szlachetną księcia waszego Karola? -Na wikinga...- tyle zdążył powiedzieć Norman zanim Piwowarek zatknął mu gębę -Jam jest Rajmunt von Bere, zwany też Piwowarkiem a to jest mój przyjaciel zza rzeki, sir Norman Mc Murphy -Norman? Że też ja cię hulako nie poznałem sam najpierw! -A kim ty jesteś, że mnie od hulaki, zbója i kurwiarza wyzywasz... Matkę mi obraziłeś psi synu tyyy... -Toż to ja, Jason! Przecie myśmy razem siedzieli w świątyni, na naukach tego... jak mu tam... Lancelota, o! -Jason! Niemożliwe, on był niższy... -Zapomniałeś o koniu- zauważył Piwowarek.. -Ano, to by się i nawet zgadzało- skorygował swój błąd Norman... -Panowie, zapraszam w obozową gościnę! Do wioski daleko a u nas jadło i schronienie się znajdzie. Niebezpiecznie nocą w lesie... Mówią, że masa goblinów nieopodal czary odprawia... -To nie tak... a zresztą...- zaniechał polemiki Rajmunt von Bere... Udali się w stronę obozowiska. Już z oddali słyszeli odgłosy zabawy. Rozochocony Norman przyspieszył kroku. Wkrótce weszli na polanę pełną pijanych rycerzy. -Na wikinga! Musieliście mieć niezłe palenie...-stwierdził Mc Murphy. -Jeszcze dwa woreczki zioła od medyka zostały. Panowie skosztują? -Bardzo chętnie!- odpowiedzieli chórem Wędrowny minstrel śpiewał rubaszne pieśni... Przedstawiciele stanu rycerskiego oddawali się uciechom z okazji ostatniego w tym roku ziołobrania. -Echuu...! Zaprawdę przedni gatunek mości Jasonie- zauważył Piwowarek... -A jakże, Medyk zna się na robocie... Doprawił jak trza... Powiedzcież tedy, przyjaciele, dokąd was bogini Tehenna, Matka Dróg Błogosławiona prowadzi? -Ku rzece... List dostaliśmy z góry samej że oto Nermal, wódz zapluty goblińskiego plemienia, na Wzgórzach się rozszalał. W dole rzeki czeka już wojsko na nasze wsparcie... Ja tam na codzień to się magią nie param, ale znam sztuczki parszywej rasy jak nikt inny w tym księstwie. Norman za to biegły w czarach wojennych... Tedy bez nas nie ruszą... Ino konie w karczmie nieumyślnie zostawilim i droga przez to stokroć dłuższa... -Zadziwiacie mnie von Bere! Toż to nam nie na kogo innego tylko na Nermala spieszno! -Tedy sztachnijmy jeszcze raz za misyji powodzenie! -Sztachnijmy... A gdzie Norman? Czyżby dosyć już mu było? Wtem do namiotu wpadł Mc Murphy z okrzykiem: -Suuuukiiinsyyynyyy aataaakuuująą!!!
Część 22 / 5
***
-Co ja zrobię tera, że mi się sakiewki pomerdały...- wycedził Norman przez opuchnięte wargi... -Jak byś nie rzucił w skurwysyna rumiankiem to może byśmy na głupców nie wyszli... Szczęście, że coś od nas chcą i niewolę nas wsadzili. Inaczej byłbyś tera na palu się suszył... -To się jeszcze obaczy...
***
-Cicho... Uważaj na gałęzie... -Gdyby nie moje mikstury to by cie tera gobliny szamały, więc mnie nie pouczaj... -Co zrobimy z tym ścierwem?- Zapytał Piwowarek wskazując na goblina, któremu dopiero, co rozerżnęli grdykę... -Tak szybko nie zauważą- uspokoił go Norman. -Jakoś ich tu nie widzę... Może mają naradę? -Pewnie tak... Na mój znak w nogi, zrozumiałeś? -Pewnie- odpowiedział von Bere... -Tera! Zerwali się do szaleńczej ucieczki. Mknęli przez gęsty las niczym spłoszone sarny. Stopniowo oddalali się od obozowiska. Nie słyszeli jednak żadnych odgłosów pościgu, co wywołało w nich przedwczesną radość. -Stój!- krzyknął nagle Piwowarek -Co jest? -Rów, psia mać... A głęboki i szeroki jak trza... -Co tera radzisz? -Na taką przeszkodę to trza sposobem... Przeskoczym! -Powariowałeś?! Toż to długość wierzchowca! -A cóż to za kształt w oddali? Wygląda jak mostek... ale w mgle niewiada... -To jedyne wyjście... Szybko, póki jeszcze nie słychać pogoni... Ruszyli w stronę domniemanego mostu. W mgnieniu oka znaleźli się przed masywną kłodą przerzuconą na drugą stronę rowu. W tej samej chwili usłyszeli okrzyki nadciągającej, rozwścieczonej hordy. -Masz ci los... Biegiem! -Na wikinga!- ryknął Norman wbiegając na śliski pień. Ledwie udało mu się nie spaść. Czekał teraz po drugiej stronie na kompana, który już był w połowie belki. Po chwili obaj stali pewnie na ziemi. -Szybko- powiedział Mc Murphy- trzeba zrzucić to gówno do rowu to nie przejdą. Tak też zrobili. W tej samej chwili z ciemnego lasu wyłoniło się sześciu wyrośniętych goblinów z pochodniami. -Możecie mi naskoczyć, szczurze pomioty!- krzyczał wesoło Norman- Jesteście pedały! Możecie sobie pomarzyć, że przyjdziecie tu do mnie, zresztą i tak bym wam manto spuścił! Kiedy napastnicy znaleźli się tuż przed rowem, zwinnie i z łatwością owego przeskoczyli.
***
-Wiedziałem, że przeskoczą...-powiedział Mc Murphy dłubiąc sobie sztyletem w zębie. -Wolę się nie domyślać, co by z nami było gdyby nie odsiecz...-zauważył Piwowarek. -I tak już miałem sporo siarki w ręce. Z łatwością posłałbym w ich kierunku ognistego ptaka. -Śmiem wątpić... zwłaszcza, że to nie była siarka, ale ryż prażony... -Obojętnie. Podobno jedno plemię ze wschodu to z ryżem robi takie sztuczki, że nie jeden nasz czarodziej byłby się pod stół schował ujrzawszy coś takiego. Siedzieli sobie teraz w komnacie zamkowej, popijając wino z książęcych piwnic. Nie posiadali się z radości, że w końcu dane im było zażyć kąpieli i zmienić odzienie. -Późne lato to najpiękniejsza pora roku- stwierdził Norman- Aż chce się hulać i tańczyć do białego rana... -A ty znowu o hulance. Dziś wieczorem wyruszamy z eskortą na goblina. Wojska w Bzdurach już się niepokoją. Spieszno chłopakom do bitki. -Bzdury to kawał drogi stąd. Wierzchem nam ze dwa dni zlecą... -Jak nic.-zamyślił się Rajmunt, któremu już od dawna wojaczka nie w głowie. Miał zamiar osiąść gdzieś nad rzeką, chatkę sobie zbudować, a w chatce żony i dzieci doglądać. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. -Prosim, prosim! Do oświetlonego pokoju wszedł wysoki człowiek o włosach jasnych niczym perła. Nie był jednak starcem, wręcz przeciwnie, aż biło od niego młodzieńczą charyzmą. Odziany był w ciemne szaty, takie jakie niegdyś zwykli nosić kapłani z Kompativ. -Panowie- przemówił do siedzących w fotelach, Piwowarka i Mc Murphy'ego -Mam dla was propozycję. Wybaczcie, Marek jestem. -Marek?- zdziwił się Norman- Skądś pan takie imię wytrzasnął? Jam jest Norman Mc Murphy a to mój wierny kompan Rajmunt von Bere, zwany też Piwowarkiem. -Wiem, wiem- odpowiedział Marek- Przychodzę do was z propozycją. Mam dla was robotę za niemałe pieniądze. -Bardzo chętnie- odpowiedział Piwowarek- ale tak się składa żeś się pan spóźnił panie Marku, bo my już są wynajęci przez mości Księcia. -Tą sprawę załatwiłem już z imć Karolem. Goblinów jest mniej niż przypuszczaliśmy. Prawdopodobnie nie będziecie potrzebni na froncie. Dla mnie zaś, pomoc wasza może okazać się bardzo potrzebna. To jak będzie? -Mów pan, o co chodzi....
Rozdział trzeci
Część 33 / 5
Złodziej
Złodziej biegł ile miał tylko sił. Gęsto rozstawione stragany mijał z kocią zwinnością i niesamowitą precyzją. Gdy spojrzał za siebie zauważył już spory tłum biegnący za nim, nie tylko strażników, ale także zwykłych kupców i wieśniaków. - Takie wielki halo o jakiś pierdolony pierścionek- mruknął pod nosem złodziej. Ostrym wirażem skręcił w prawo. Ślepa uliczka. - No to pięknie- skomentował ścigany. Na końcu drogi znajdował się, wysoki na kilkadziesiąt stóp, ceglany mur. Złodziej stanął tuż pod nim. - Mamy cię kradzieju nieczysty. Zara prosto do ratusza i wygnać ze wsi raz na zawsze! – krzyknęła gruba kobieta z widłami w dłoniach. - Palce poucinać by już nigdy nie pożyczał na wieczne oddanie!- dodał kmiotek w słomianym kapeluszu. Złodziej ubrany był w czarną opończę, której kaptur zasłaniał twarz. Peleryna sięgała po kolana. Pod nią znajdowały się czerwone spodnie i krucze buty. - Brać go!- krzyknął strażnik. W tym samym momencie złodziej podskoczył i w powietrzu zakręcił piruet. W mgnieniu oka znalazł się na szczycie muru. - Psia jego mać!- zaklął siarczyście kupiec z Antwert, któremu naraz z rąk wypadł gruby badyl. Gdy złodziej był już po drugiej stronie wciąż słyszał za plecami przekleństwa i wyzwiska w jego kierunku - A to ci penis dopiero no!- dodała od siebie pani z widłami. – Czego to ludzie nie wymyślą – pomyślał zbir i wyjął z kieszeni swą zdobycz. Był to złoty pierścień dodatkowo odziany w kolorowe kamyki - Szmaragdy to chyba. Sporo można za to dostać, ale nie tu w tej dziurze. Może w Kompativ? Nagle kradziej poczuł wielki ból głowy i przed oczami zobaczył ostre światło, a potem po prostu stracił przytomność...
***
...Złodziej przebudził się w, zimnej i śmierdzącej moczem, celi ratusza. - Moja głowa – wyjąkał z grymasem na twarzy, gdy namacał duże zgrubienie pod kapturem. Włożył rękę do kieszeni. Pierścienia oczywiście nie było. Gdy złodziej powoli dochodził do siebie, usłyszał na korytarzu kłótnię: - Ale panie tak nie można...jak to pan chce go wziąć...zara...zara! Za to trza najpierw...no właśnie- na korytarzu rozległ się szczęk monet. - Trzecia cela po lewej.- Przed oczami więźnia pojawił się pewien, nieznany mu dotąd, człowiek. Z dobrego rodu się wywodził pewnie, bo dobrze ubrany i zadbany jak na te czasy. Strażnik otworzył celę. - Jesteś wolny- powiedział nieznajomy. Z ratusza wyszli razem. - Dziękuję- powiedział złodziej zdejmując z głowy kaptur. Na twarzy wybawiciela rysowało się wielkie zdziwienie. Na ramiona byłego więźnia spłynęły długie, mlecznobiałe włosy. Ukazała się piękna, delikatna, choć zarazem zdecydowana, twarz. Jej lazurowe oczy mogły wielu doprowadzić do szaleństwa. - Ty jesteś ku..., znaczy się masz pi...- zdołał wyjąkać nieznajomy. - Tak, jestem kobietą i mam wszystko na miejscu...Blanka- powiedziała kobieta wyciągając rękę. - Marek- przedstawił się ciągle nie wierząc w to, kto przed nim stoi. Widziałem cię w akcji z tym pierścieniem. Byłaś naprawdę dobra. Jak ty mu to ściągnęłaś z tego palca? Przecież tam było w pizdu ludzi. A...rozumiem- wir, war, wur, pierścionek jest mój, taa...- zachichotał. - Jak to zrobiłam, to tajemnica zawodowa. Ale dobra Jarek, znaczy się, Marek. Nie o tym chcesz ze mną rozmawiać, prawda? Powiedz, dlaczego mnie stamtąd wyciągnąłeś, o co ci chodzi?- zapytała Blanka. - A widzisz, bo ja właśnie szukam kogoś takiego jak ty. - Stały związek mnie jeszcze nie interesuje, jeśli to masz na myśli- odparła z uśmiechem na twarzy i błyskiem w oku. - Nie, nie, nie o to chodzi. Nie powiem...coś w pani jest, że można stracić głowę, prawda...Ale przejdźmy do sedna sprawy...pani Blanko...hej Blanka!- Blanka znów poczuła okropny ból w skroniach i ujrzała ponownie jasne światło...
Rozdział czwarty
Lilipucia
-Na wikinga!- wykrzyknął Norman mocno podenerwowany- Nie uświadczysz w zasranym Kompativ ulicy Lilipuciej. -Cicho siedź, może się nadarzy kogo spytać- odparł spokojnie Piwowarek. -Już ci!- parsknął Mc Murphy- Najpewniej zwierzyny jakiej bo żywego człowieka o trzeciej nad ranem nie ujrzysz! Udali się na przeciwległą stronę rynku, pod szereg brązowawych kamienic pamiętających jeszcze zapewne czasy Wielkiej Dynastii. Jedyną rzeczą, którą mogli słyszeć był stukot końskich kopyt na zakurzonym bruku. Ich wierzchowce zdawały się być jeszcze bardziej znużone poszukiwaniami niż oni sami. -Patrzaj tam! „Pod Stęchłym Kocykiem”; gospoda pewnikiem. Otwarta może jeszcze? -Daj pokój- westchnął Von Bere- Tobie to trza takie klapki końskie na oczy cobyś nie widział gdzie się uwalić można. Wędrowali tak jeszcze od ulicy do ulicy przez dobre pół godziny. Piwowarek zaczynał już rozważać w myślach opcję udania się do owej gospody, gdy usłyszeli wołanie: -Panowie!- powolnym krokiem podążał w ich stronę krępy krasnolud- Panowie, wiecie może jak mogę się dostać na ulicę Lilipucią?- zapytał kulturalnie przedstawiciel Niższej Rasy -Ha!- odrzekł Norman- Toż to nam z tym samym problemem borykać się nadarzyło. -Panowie też na spotkanie? -A jakże! Trza omówić tą całą śmiszną eskapadę- odpowiedział Mc Murphy -Zapamiętaj Norman, że jak w grę wchodzą pieniądze to nic nie jest śmieszne- poprawił go kompan- Jam jest Rajmunt Von Bere, zwany też Piwowarkiem, a to mój przyjaciel Norman Mc Murphy, zwany też Normanem Mc Murphy. -Jestem Diert. Młynarz. -A zatem witajcie panie Młynarzu- rzekł wesoło Norman- Coś mi się widzi, że trza się będzie zara napić za przyszłość nowej znajomości. -Zaiste trzeba będzie- wtrącił się Rajmunt- Ale nie „zara” tylko jak już będzie po wszystkim. -Chodźmy do gospody zapytać o drogę- zaproponował Diert. Mc Murphy coś tam pomruczał pod nosem o piwie, po czym udali się w stronę szyldu „Pod Stęchłym Kocykiem”. Drzwi wejściowe były masywne, nabijane ćwiekami. Nie miały nawet klamki tylko mosiężną kołatkę. Z tego właśnie wynalazku skorzystał von Bere. Przez dłuższy czas nic się wewnątrz nie poruszyło, ale zanim zdążyli kompletnie stracić nadzieję, usłyszeli kroki. -Kto tam, do kurwy nędzy?!- zaryczał ktoś bardzo grubym głosem -Nie, nie… My nie do niej- odrzekł, a w zasadzie odkrzyknął Norman- Nam tylko na Lilipucią spieszno. -Toście nieźle zbłądzili!- zaśmiał się przez drzwi ów niemiły osobnik -Błądzić rzeczą ludzką- odparł Von Bere- Krasnoludzką zresztą też…- dodał po chwili namysłu. -Idźta cały czas na południe- sugestia Rajmunta najwyraźniej podziałała- Jak dojdzieta do klasztoru to skręćta w prawo w kierunku „Karczmy Jana”. Tam gdzieś jest Lilipucia. -Trza było tak od razu- zakończył rozmowę Norman. Zrobili tak jak im powiedział. Droga była długa i nużąca, więc Mc Murphy uznał, że powinien rozbawić towarzystwo: -Znacie kawał o wędkarzu?- spytał z nadzieją, że odpowiedzą „nie”. -Nie.-odpowiedzieli. -Siedzi sobie wędkarz, i podchodzi do niego taki jeden i pyta: ”Biorą?” a wędkarz mu na to: ”Biorą…”;”A złapał pan coś?”; ”Jednego” odpowiada; „Co pan z nim zrobił?”; ”Wrzuciłem do wody…”; „A duży był?”; „Taki jak pan, i też mnie wkurwiał…” -Buahaha!- Zaśmiał się donośnie Piwowarek- A to dobre… -Gwóźdź…- skomentował uśmiechnięty krasnolud. -Hejże Norman! Opowiedz ten o wróżce!- zaproponował Rajmunt. -Się robi… tylko jak to było? Hmm… Ona tam w lesie czatowała na księcia… albo i na smoka… Chyba nie pamiętam- stwierdził Norman. -Szkoda, psia mać, bo i ja nie pamiętam- dodał Piwowarek po czym spojrzał się na Młynarza- A wy panie? Znacie li, jakie anegdotki? -Nie bardzo…- odpowiedział Diert drapiąc się po głowie. -Panie Diercie, a pan skąd przybywasz?- spytał Norman -Mieszkam we wiosce, niedaleko…- rzekł spokojnie krasnolud - I nie wiesz pan gdzie jest Lilipucia?! Jakże to tak?- zdziwił się Von Bere. -Rzadko wychylam nosa poza moje domostwo i stary młyn- odpowiedział Diert- Widzicie panowie, nie wszędzie naszej rasie żyje się dobrze. Tu w Kompativ, ludzie nie bardzo lubią jak ktoś wygląda inaczej niż oni sami. -Ha!- wykrzyknął Norman- Zasrani inteligenci! U nas panie to nie ma tego całego, modnego rasizmu. W Księstwie to nawet i gnoma można napotkać… Ba! Jeszcze panu powie, że mu się dobrze żyje. -Chyba widzę „Karczmę Jana”.- przerwał mu Rajmunt- Aha! A tam stoi jak byk: „Lilipucia”! Dobra Norman, tera se przypomnij, jaki to był numer. -Przecie pamiętam doskonale!- zbulwersował się Mc Murphy- To było coś z trójką… trzynaście bodaj… albo nawet i dwadzieścia trzy… -To rzeczywiście, pogratulować pamięci- zaśmiał się Piwowarek. -Nie bądź taki mądry- odparł Norman- Zara się tego zakapturzonego na schodach spytam gdzie tu mieszka nijaki pan Marek.- Zsiadł z konia i ruszył w stronę czerwonej kamienicy, na której to schodach siedział jakiś osobnik odziany w ciemny płaszcz. Jego głowę w całości zasłaniał kaptur. -Hej przyjacielu!- rzekł- Wiesz może gdzie tu pan Marek…-zaniemówił na chwilę gdyż spod kaptura wyłoniła się kobieca twarz. Piękna kobieca twarz- Ano, w tej sytuacji to przyjaciółko, co to ja chciałem? -O drogę spytać.- odpowiedziała spokojnie głosem tak powabnym, że Normanowi aż ciarki po plecach przeszły. -Właśnie!- rzekł- Pana Marka szukam. -To jest jego dom.- odparła- Z tym, że pan Marek troszeczkę się spóźnia. -Najpewniej coś ważnego go zatrzymało- powiedział Mc Murphy, po czym skinął głową na kompanów. -To tutaj!- wykrzyknął. Kilka sekund później wszyscy siedzieli już na szerokich schodach pięknej kamienicy. -Pani pozwoli, że przedstawię- rzekł Piwowarek- Ten tutaj krasnolud, to Diert- Młynarz, osobnik którego zdążyła już pani poznać to Norman Mc Murphy, mój towarzysz i przyjaciel. Jam zaś jest Rajmunt, proszę nie mylić z Rajmund, Von Bere zwany też Piwowarkiem -Jestem Blanka, miło mi.- uśmiechnęła się szeroko demonstrując rządek śnieżnobiałych ząbków- Zdaje się, że to już koniec naszego czekania. W ich kierunku podążał osobnik o jasnych włosach siedzący na karym koniu, którego maść idealnie wręcz pasowała do koloru czarnej, kapłańskiej szaty. -Bardzo przepraszam za spóźnienie. Widzę, że drużyna w komplecie. Wierzchowce odprowadzę do stajni a was zapraszam do środka- mówiąc to wręczył im klucz.
Część 44 / 5
***
-Wyruszamy jutro, skoro świt- ogłosił Marek- Nie możemy tracić czasu. Dziś dowiedziałem się, że będziemy mieli konkurencję. Starosta Ed Miller wysłał swoich ludzi już wczoraj wieczorem. Bądźmy jednak dobrej myśli. Udało mi się zorganizować łódź, która zawiezie nas na wyspę. Będę potrzebował wszystkich waszych zdolności podczas podróży, więc postarajcie się zregenerować siły. Jakieś pytania? -Możesz nam powiedzieć, panie Marku- rzekł Rajmunt- co takiego jest w tych pergaminach, że oto książe nasz Karol, starosta Miller i bogowie wiedzą kto jeszcze, chcą wejść w ich posiadanie za wszelką cenę? -Widzisz mości Rajmuncie…-odparł- To nie są zwykłe pergaminy. Zawierają treści zaklęć, bardzo przydatnych w dziedzinie ekonomii, jeśli wiesz co mam na myśli… -Skoro jużeśmy zeszli na temat mamony- wtrącił się Norman- to ile dokładnie przypadnie na głowę? -Książe obiecał po dwieście tysięcy koron dla każdego, oczywiście jeżeli pergaminy będą w nienaruszonym stanie. -To on ma tyle piniędzy?!- zdziwił się Mc Murphy. -Zaraz- wtrącił się Młynarz- Powiedziałeś pan, że zostaniemy wynagrodzeni tylko wtedy, gdy pergaminy będą nienaruszone, a co jeśli one już są w strzępach? -Jest to ryzyko, które musimy ponieść.- odrzekł Marek- Arystokraci nie zwykli płacić za nic. -Ile czasu zajmie nam podróż nad Morze?- spytała dotąd przysłuchująca się rozmowie Blanka. -Jakieś trzy dni wierzchem, przyjmując wersję bez niespodzianek.-Marek nie zorientował się nawet, że już od dłuższego czasu wpatruje się bezustannie w twarz Złodziejki. -Z tym że ja nie posiadam konia.- rzekł Diert. -Oto się nie martw Młynarzu, zorganizowałem już dwie wspaniałe klacze dla ciebie i Blanki- odparł z uśmiechem- Jeszcze jakieś wątpliwości. -Gdzie się jutro spotkamy?- spytał Von Bere. -Tutaj, o wschodzie słońca.- odparł Marek zakładając kaptur na głowę- Nie wiem czy wiecie, ale na zewnątrz leje jak z cebra. Może chcecie tu przenocować? Zostawię wam klucz. -Muszę iść, pozałatwiać sprawy w młynie- powiedział Diert- Zatem do jutra. -Mnie się tu widzi- Norman rozejrzał się po pokoju- Lecz nie omieszkam zwiedzić tego miasta. Muszę jeszcze zakupić kilka specyfików. -Masz rację Norman- rzekł Piwowarek- przyjdziemy tu wieczorem, a ty Blanka?- odwrócił się w stronę pustego krzesła, na którym jeszcze przed chwilą siedziała jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie w życiu widział.
Rozdział piąty
Pod Stęchłym Kocykiem
Rajmunt von Bere oraz Norman Mc Murphy nieprzytomnie zmęczeni zakupami, porównywalnymi do tych, jakie robiono na Dzień Błogosławionej Jutrzenki Przecudnie Ubranej, nie omieszkali wstąpić do gospody „Pod Stęchłym Kocykiem”. Usiedli przy stoliku zrzucając z obolałych pleców ciężkie bagaże. - Na wikinga, toż to osioł od nas mniej dźwigać może, a my z tym gdzieś za wielką wodę mamy dotrzeć.- zdołał wyjąkać Norman. - Boś głupi jak ten osioł! Na cholerę ci tyle klamotów. - A bo od dnia, kiedy mamci zbrakło to nie ma kto nawet na zakupach przypilnować... - A kto mówił żeby te grabki na miejsce odłożyć i tej beczki z prochem na siłę nie pchać, bo szwy diabły wezmą i z jednym plecakiem w podróż trza będzie wyruszyć. Kto, jak nie Rajmunt von Bere wrzeszczał, gdyś po dzban siwuchy sięgał i dwadzieścia stóp liny od sprzedawcy żądał. To teraz masz babo placek...- odparł Piwowarek. - Ale baryłka z prochem, nie powiesz, jak gorący nóż w masło ha, ha ... A ty się tak von Bere nie mądruj, boś też pierdoł nakupował, że aż ci w gnatach trzeszczy. Tak , tak ...nie rób tera takiej głupkowatej miny. Drewno na rozpałkę do plecaka ładować... Dobrze, że śniegu nie ma bo już by woda za tobą ciurkiem się lała, jak za Krzysiem piasek he, he... - Milcz Mc Murphy, boś nie lepszy!- dogryzł Normanowi Piwowarek. Od tego momentu przez dobre trzy kwadranse siedzieli nie zamieniając słowa, przy kuflu piwa, zagryzając chlebem razowym ze smalcem. Karczma powoli się opróżniała, bo słońce haczyło już horyzontu i jakoś tak naraz wszystkim spieszno do domów się robiło. Prócz dwóch kompanów w karczmie pozostał tylko starszy człowiek przy stoliku obok drzwi, sączący piwo. Karczmarz sprzątał już, wymieniając co chwila słowa z tymże klientem. Naraz do gospody weszło trzech pijanych oprychów, lekko się zataczali. Stanęli koło baru i wołali piwa. Karczmarz grzecznie wytłumaczył, że zaraz zamyka i niestety muszą wyjść. Wtedy jeden z nich wyjął nóż i wbił go w blat baru. Drugi z nich podszedł do kupca przy drzwiach krzycząc na całą gospodę. - O patrzcie ten ma piwo!- Bez ogródek wziął mu jego kufel i wypił resztę. Pozostali dalej wołali piwa. Jeden wyjął z za pazuchy miecz. Tymczasem w ręku kupca pojawił się pistolet prochowy. Zauważył to jeden z oprychów i szybko wybił mu go z rąk poczym zaczął mu ubliżać. Inny przewrócił stolik. Wtedy zauważyli Normana i Rajmunta z wielkimi oczami i otwartymi jak ryba ustami. - Na wikinga, a już myślałem, że się obejdzie bez nas - westchnął Mc Murphy. Podszedł do nich jeden z rozbójników. - Widzę, że i wy macie piwo!- Wziął ze stołu kufel dopijając go do końca. Zawartość drugiego zaś, wylał na Piwowarka. - Nie wylewaj rwać pan piwa - odparł Mc Murphy. Oprych splunął mu w twarz. - O nie panie, miarka się przebrała!- wykrzyknął Norman wyjmując z plecaka wałek do ciasta. Uderzył z całych sił tak, że „broń” pękła w pół, a awanturnik upadł z łomotem na podłogę. Reszta słysząc huk za swymi plecami przestała bić kupca i ruszyła w ich stronę. - Masz jakiś plan dzielny poszukiwaczu zaczarowanych pergaminów? – spytał z nutką ironii w głosie Piwowarek. - Jeszcze nie, ale chyba zaraz będę miał- odpowiedział Mc Murphy sięgając do przywiązanej u pasa sakiewki. Wyjął z niej garść niebieskiego proszku. - Lepiej żebyś wiedział, co robisz- mruknął von Bere. Norman wyszeptał coś pod nosem i rzucił pod nogi to, co miał w ręku. Ogarnął ich kłąb dymu, który po chwili zniknął...razem z nimi. Rozbójnicy zbaranieli. Rajmunt z Normanem wywlekli w tym czasie kupca na zewnątrz gospody i razem schowali się obok karczmy tuż za pustymi beczkami po piwie. Słyszeli jak oprychy wybiegli z gospody. - Toż przecie czarnoksiężnik jaki albo i gorzej sam Syn Diabła. Żem go od razu nie zdemaskował. Niech to licho!- krzyknął jeden biegnąc za resztą w stronę rynku. - Ha, ha...a nie mówiłem żem najlepszy w swym fachu...krowy doić!- krzyczał pełen radości i dumy Norman wychodząc z za beczek.- Niech no tylko mnie kto podskoczy, zara sypnę proszkiem między oczy i w ropuchę albo...w łajno von Bere przemienię. - O z tym to byś miał trudności...cicho siedź, bo gotowi tu przyjść większą zgrają i wtedy nawet ten twój ryż nas nie uratuje - zadrwił z niego Piwowarek. - Zaraz ryż, zaraz ryż. Ty musisz do tego wracać, że raz mi nie poszło jak trza... I niech przyjdą tylko, to poczęstuję ich prawda...co ja tu jeszcze mam...a tak w ogóle to niejednego już w łajno zamieniłem... - Taa, chyba samego siebie he, he...milcz przecie po raz drugi ci mówię - Kolega dobrze radzi – odparł milczący do tej pory kupiec.- Nikt nie wie, co im jeszcze do łba może strzelić. Dziękuję wam, uratowaliście mi życie. Szczególnie tobie panie... - Norman Mc Murphy, a to mój towarzysz Rajmunt von Bere Piwowarkiem też zwany. - Jam jest Rudolf zwany Klimkiem. Widzę, że nie jesteście stąd, bo znam każdą twarz z tejże mieściny, a waszych nie raczyłem dotąd ujrzeć. Tamte łobuzy też z zewnątrz od niejakiego Ed Millera przybyli. - Millera...toż my w tej samej...- Rajmunt uderzył Normana z łokcia w brzuch. - My zwykli sprzedawcy, na targu różnościami tu i tam handlujemy, jak pan widział wałkami do ciasta i innymi takimi pierdołami.- odparł von Bere. - Co ty Rajmunt ochujałeś, ty jesteś w szoku! Zaraz ci ziółek jakichś przygotuję...wdech-wydech Piwowarek, wdech-wydech. Zaraz minie. A wracając do rozmowy, to my też wynajęci do szukania tych pergaminów, prawda... - Taa, Zaczarowane Pergaminy Ludu Siedmiu Jezior. Wiem coś o tym. Mnie też chciał wynająć ten cały Ed Miller. Ale ja już za stary. Laskę do ręki mi trzeba i pieniędzy, a nie jakichś tam wrażeń i obiecanych gruszek na wierzbie. Już nie raz mnie wynajęli za czasów mojej świetności i to nie takie sławy jak Ed Miller. Czego to nie miałem ja dostać. Wysokie posady mi obiecywali, a jak doszło co do czego to ginęli pod ziemią i wynagrodzenie widziałem jak świnia niebo. - Czekaj Klimek, a czy czasem jeden z tych oszustów to Markiem się nie zwał -zapytał z zainteresowaniem i przyspieszonym biciem serca Norman. - Marek...nie, na żadnego tak nie wołano- odparł Klimek. - Toż kamień z serca nam spadł, prawda Piwowarek – ten kręcił tylko głową nic nie mówiąc. - Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Jutro ci zapewne przejdzie, spokojnie. A pan to skąd taką wiedzę posiadł o tych pergaminach panie Rudolfie?- spytał Norman. - Bom nie raz już ich szukał. Można by długo opowiadać. Powodzenia wam życzyć mogę i tyle. Jeszcze jedno, co mogę wam rzec to pewna przestroga, choć wątpię by wam się ona przydała.- Piwowarek podniósł znudzone oczy na Klimka. - Legenda mówi, że na tych pergaminach zapisane są zaklęcia, których moc ukryta jest pod kotarą tajemnicy. Podobno pierwsze ich słowa kryją się już na pierwszych stronach zwoju. Jednak język, w jakim są one zapisane, jest dla nas niezrozumiały. To jakby szyfr pewien. Dopiero po wymówieniu odpowiedniego hasła, zmienia się kolejność wszystkich liter, tak, że z łatwością można te pergaminy odczytać. - Dobra, dobra Klimek, ale kto zna te hasło? – odparł słuchający z zainteresowaniem Rajmunt. - Legenda mówi, że każdy może poznać hasło, jeśli tylko w dzień zdoła ujrzeć gwiazdy. Ale to przecież nie możliwe. - Co za brednie. Za co my się w ogóle bierzemy. Mamy ryzykować życie za jakieś kawałki papieru, które mogą zostać nigdy nieodczytane, a po całej sprawie zostaniemy odprawieni z kwitkiem...wielkie dzięki!- powiedział wyraźnie zdenerwowany Piwowarek. - Tak, dobrze was rozumiem panowie. Czas nagli a ja muszę wracać do siebie. Powodzenia życzę byście cali i zdrowi z poszukiwań wrócili, no i oczywiście z pergaminami w dłoniach he, he...Jeszcze raz za wszystko dziękuje. Żegnam.- powiedział Rudolf zwany Klimkiem podając im dłoń. Ruszył w stronę ciemnej ulicy na przeciwko gospody. - Nie wiem, co tu jest grane, ale zaczyna mi się to powoli nie podobać. Mam złe przeczucia, co do tej wyprawy.- odparł jakby przestraszony, Rajmunt von Bere. - Spokojnie Piwowarek, już idziemy spać, już. Tylko wiesz, nie omieszkaj mnie poinformować jakbyś czasem ujrzał te gwiazdy i postaraj się zapamiętać coś tam widział dobra. Pakuj plecak na grzbiet i idziemy bo widzę, że coś nie kontaktujesz dziś jak trza...ale musisz przyznać, że Norman Mc Murphy był dziś pierwsza klasa co... - Stul wargi! Łeb mi już pęka od tych twoich przechwałek.- krzyknął von Bere. - Ale przyznać musisz...- odparł Norman. - Milcz Mc Murphy!
Rozdział szósty
Prowianty i coś do jedzenia
Część 55 / 5
Noc była czarna jak herbata z Zachodniej Doliny. Gęste powietrze wlewało się w każdy zakamarek na pozór uśpionego miasta. W każdej normalnej powieści, taka atmosfera zwiastuje pojawienie się mrocznego typka, który (chcąc nie chcąc) zamąci nam w fabule i zmusi do skupienia. Pojawił się. Opończa z ogromnym kapturem sugerowała, że nie należy podchodzić do jej właściciela na odległość mniejszą niż długość wyciągniętego miecza. Postać szybkim krokiem kierowała się w stronę małej chaty przy ulicy Lilipuciej. Było to jedyne oświetlone miejsce na horyzoncie, z tym że słowo „oświetlone” zdaje się być w tym przypadku hiperbolą, z racji tego, że owo światło miało swoje źródło w małej świeczce na środku stołu. Osobnik w czerń odziany bezszelestnie otworzył drzwi chaty i wśliznął się do środka. Idealną ciszę rozdarł wrzask. -Na wikinga! Złodziej!- Mc Murphy podskoczył w górę tak wysoko, że musiał dłuższą chwilę poczekać aż spadnie. -Spokojnie, to ja, Blanka- odparł domniemany złoczyńca. -O kurcze…- odparł spokojny już Norman- Ładnieś mnie nastraszyła. Wtem do pokoju wpadł Piwowarek z napiętą kuszą w ręce. -Odsuń się Norman, wpakuję mu bełta prosto w skroń!- krzyknął. -Odłóż to von Bere boś gotów sobie coś zrobić zważywszy na to, że trzymasz kusze odwrotnie. -Faktycznie- skomentował- Widać śpię jeszcze… Kto to? -To ja, Blanka- odparła Złodziejka swoim niepowtarzalnym, zmysłowym głosem- Nie chciałam robić zamieszania, więc postanowiłam was nie budzić. Swoją drogą to niezły musisz mieć słuch Normanie. Nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek ktoś mnie usłyszał wkradającą się do domu. -Nic z tych rzeczy. Mnie to ledwo baryłka z prochem obudzić zdoła. Aleś panno na nogę mi stąpnęła, a ja na odciski cierpię. -Całe szczęście, bo już myślałam, że będę musiała poszukać sobie innego zawodu.- odparła z uśmiechem. -Swoją drogą, to późno się panienka zjawiła.- zauważył Rajmunt- Coś przeszkodziło? -Skąd…-odparła spokojnie- Wieczór taki piękny… Można pospacerować. -Ha!- wtrącił Norman- Nie wydaje mnie się, aby okolica była odpowiednia na nocne przechadzki, pono można tu oberwać z byle powodu. Na ten przykład, jak się kmiotowi zachce piwa to gotów ci łeb rozrąbać… -Nie przesadzaj Mc Murphy…- Rajmunt zabrał się do słania łóżka nowo przybyłej współlokatorki. -Nie trzeba!- Na twarzy złodziejki malowało się wyraźne zakłopotanie. Nie mogła sobie przypomnieć, czy ktokolwiek, kiedykolwiek ścielił jej łoże- Idźcie odpocząć, jutro ciężki dzień. Przepraszam za kłopot… -Kłopot to jest jak się komuś coś ciężkiego na łeb spadnie- zauważył Norman- To zaś była czysta rozrywka. -Dobranoc- rzekł von Bere zamykając za sobą drzwi od pokoju. -Niech ci się przyśnią gwiazdy za dnia- odpowiedział Mc Murphy, po czym padł jak kłoda na swoje legowisko.
***
-Biegnij Normaaaaaaan!- krzyczał mały Ferdinand wymachując toporem- Biegniiiij! Złapią cię! „Kto mnie złapie? Na wikinga…” pomyślał Mc Murphy, po czym wskoczył do studni. Już wiedział, kto go goni. To były one. Makhikoriniaki. Najgorsze wspomnienie dziecięcych lat. Babcia opowiadała mu o nich, kiedy był niegrzeczny. Mówiła, że przyjdą po niego i pożrą go jak pączka. Tak, babcia miała zdecydowanie wyszukane metody wychowawcze. Były wszędzie. Wpadały do studni i wdrapywały się na małego Normanka. Makhikoriniak na Makhikoriniaku. Zdawał sobie sprawę z tego że śni, ale i tak nieomal zmoczył posłanie z powodu paraliżującego strachu. Te włochate stwory wchodziły mu we wszystkie otwory ciała, uprzednio powiększywszy je do średnicy dojrzałego arbuza. Kiedy przerażenie osiągnęło apogeum, obudził się.
***
Do pokoju wpadł von Bere, w stylu podobnym do tego sprzed paru godzin, lecz teraz dzierżył miecz, a jak powszechnie wiadomo, tego rodzaju broni raczej nie da się chwycić odwrotnie. -Co jest, do stu diabłów?!- wykrzyknął. -Aaaaaaaaaaaaaaa!- Norman siedział na łóżku z wybałuszonymi oczyma i wydzierał się do ściany. -Ucisz się, łachmyto!- uspokoił go Piwowarek -Coś ci się śniło. Mc Murphy zamilkł, i spojrzał na gniewne oblicze kompana. Przez chwilę zastanawiał się gdzie jest, kiedy się zorientował, począł analizować sytuację. -To było straszne…- stwierdził kiwając głową.- Czy krzyczałem? -A jak ci się wydaje?- spytał von Bere – Wydzierałeś się w niebogłosy, że cię jedzą małe maliniaki. -Makhikoriniaki- poprawił go Norman. -Obojętnie. Gdzie jest Blanka? Oboje rozejrzeli się po izbie, ale nie znaleźli ani śladu po Złodziejce. -No ładne jajca!- skomentował Piwowarek- Wyruszamy za niespełna godzinę a tej znów nie ma. -Nic się nie martw- Norman powoli dochodził do siebie- Pewnikiem zara się zjawi. -Zjawi się czy nie, mus nam się szykować. Zara przyjdzie tu Marek i obaczysz, jaką nam sprawi reprymendę ustną.- odrzekł Piwowarek, po czym zabrał się do zapychania plecaka żywnością i rozmaitym sprzętem, który był tak samo ciężki jak bezużyteczny. Poranek napawał optymizmem. Leniwe słońce wytoczyło się znad horyzontu i oblizało swoimi promieniami budzące się do życia miasto. Łagodny wiatr wywiewał słomę z rynsztoków. Na ulicy Lilipuciej pojawili się pierwsi mieszkańcy. Wydzierali się i kłócili, prawdopodobnie z braku innego zajęcia. Gdzieś w oddali rysowała się sylwetka jeźdźca. Co bystrzejszy wieśniak zauważył, że mężczyzna na koniu musi się bardzo spieszyć, gdyż wywrócił po drodze wszystko, co miało zdolność wywracania się (ludzie, deski, słupki, budki itp.). Nikt nie był jednak na tyle bystry, aby zauważyć, że mężczyzna na koniu nie był sam. Towarzyszył mu krępy krasnolud o szorstkich rysach twarzy. Zatrzymali się przed małą chatą i przywiązawszy konia zniknęli za bukowymi drzwiami.
***
-Bałem się tego, że jej nie zastanę…- westchnął Marek- Cóż, zdaje się, że będziemy musieli obyć się bez niej- rzekł, po czym zaczął szukać czegoś w plecaku. -A na co nam ta pindzia…- skomentował Diert –Nie lubię pracować z kobietami, są mało pojętne. -Święta racja- odparł Mc Murphy. W izbie panowała niczym nie zmącona cisza. Nie docierały tam nawet odgłosy miasta. W powietrzu czuć było to „coś”, co czuje się przed każdą podróżą. Niepokój zdawał udzielać się wszystkim jej uczestnikom. Jedynie twarz Dierta nie wyrażała niczego. Piwowarek przeglądał listę ekwipunku już szósty raz, a jednak nie mógł uwolnić się od tej natrętnej myśli, że na pewno czegoś zapomniał. -Nie mamy na co czekać- słowa Marka zdawały się wisieć w powietrzu- Trza nam ruszać. Mam zamiar dojechać dziś do Studzienek i tam zanocować u znajomego karczmarza. Zajmie nam to trochę czasu, ale powinniśmy zdążyć przed północą. Spora część trasy wiedzie przez leśny skrót, ale nie powinno sprawić nam to problemu gdyż ścieżka jest szeroka i nawet po ciemku ciężko z niej zboczyć. Zdecydowałem, że Diert będzie jechał ze mną. Mój wierzchowiec jest dorodny i kilka dodatkowych kilogramów nie powinno sprawić mu problemu. -Nic tu po nas.- stwierdził Norman, po czym pociągnął sążnistego łyka sobie tylko znanego napoju, potrząsnął głową i założywszy plecak udał się w stronę drzwi. Reszta niemal natychmiast poszła