Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 20 min czytania

Astalos en Hagor - rozdział IV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

IV

Korytarze i pomieszczenia pod Kalder były budowane razem z miastem, z myślą o bezpieczeństwie mieszkańców, by mogli schronić się w razie napadu zbrojnych band, które w dawnych czasach nawiedzały tamte tereny i nie szczędząc nikogo napadały na miasta i wsie. Dopiero zakrojona na szeroką skalę zbrojna interwencja Hindarinu, w której udział brali liczni jeszcze Meneryjczycy, wytępiła owe bandy. Wiele sąsiadujących miast posiadało takie kanały, chociaż niektóre zostały zasypane, a inne z powodu zaniedbań same się zawaliły. Najemnicy, którzy władali w Kalder zawsze jednak dbali o to, by ten system zabezpieczeń był zawsze sprawny. Składały się na niego liczne korytarze o wysokości sześciu stóp i szerokości od czterech do sześciu, prowadzące z różnych części miast oraz dwa duże pomieszczenia z paleniskiem pośrodku, a także spiżarnia, w której magazynowano zapasy. Dym z paleniska uchodził do otworów w suficie. Od obu pomieszczeń wychodziły korytarze łączące się w jeden większy, wysoki na sześć stóp, szeroki na siedem, stanowiący wyjście z korytarzy pół wiorsty za miastem, gdzieś w lasach. Wyjście to było sekretne i nieliczni tylko wiedzieli gdzie ono się z zewnątrz znajduje. Korytarz ten zakończono obecnie kratą, by nikt niepowołany nie wydostał się z miasta, lub, co gorsza, odkrywszy tajemne przejście do miasta nie wszedł. Przy kracie Indi kazał postawić dwóch strażników, pilnujących tego przejścia. Ponadto tunele patrolowało sześciu żołnierzy. Dopływ powietrza zapewniały niewielkie otwory pod samym półkolistym sufitem. Licząc powierzchnię korytarzy oraz oba pomieszczenia, miejsca nie wystarczyłoby dla dwóch tysięcy mieszkańców. Jednak, jak już było powiedziane, nie wszyscy zdecydowali się zejść do podziemi, tak więc nie było potrzeby wyrzucania kogokolwiek z tego schronienia. Mimo to panował tutaj ogromny tłok i zaduch. Wszędzie dawały się słyszeć płacze niemowląt, narzekania dzieci i starców oraz głośny gwar prowadzonych rozmów, a czasami krzyk z pretensjami, że ktoś zajął miejsce uprzednio zajęte przez inną rodzinę. Niektórzy, nie bojąc się złodziei, którzy czasami buszowali w czyichś bagażach lub utraty miejsca, wychodzili na świeże powietrze, by jeszcze cieszyć się ostatnimi widokami ukochanego miasta. Indi nakazał, by wszyscy pozostawali w tunelach, gdyż w każdej chwili oblężenie może przybrać zły dla miasta obrót i wydany zostanie wtedy rozkaz zamknięcia korytarzy, a wtedy ci co znajdą się poza nimi już tam nie wejdą. Niewielu jednak ten nakaz zatrzymał i ci, co chcieli wyjść, wychodzili z przekonaniem, że zawsze zdążą wrócić. Do takich właśnie należał Astalos. Swoje bagaże, w których miał tylko najpotrzebniejsze do podróży rzeczy i trochę zapasów, umieścił w jednym z pomieszczeń zajmując niewiele miejsca. Złodziei się nie obawiał, gdyż nie miał co utracić – pieniądze i inne według niego wartościowe rzeczy pierwszej potrzeby miał w torbie, którą stale nosił przy sobie. Poza tym niektórzy czuli strach przed nim, gdyż sprawiał dziwne wrażenie i niewielu odważyłoby się zajrzeć do jego bagażu lub ukraść ten skrawek wolnego miejsca. Był jedynym mężczyzną w sile wieku, który schował się w tym miejscu. Wiele kobiet lub starców spoglądało ukradkiem na niego z pogardą, nie rozumiejąc, dlaczego nie chce chwycić za broń. On, mimo iż widział to, bowiem był bardzo spostrzegawczy, niewiele sobie robił z ich spojrzeń. Pomagał komu było potrzeba, czasem udawało mu się znaleźć jakieś wolne miejsce kobiecie z gromadką dzieci, czasem poniósł bagaże słabej staruszce której nikt już na świecie nie został. Nie odzywał się sam do nikogo i nie wdawał się w żadne dyskusje. Starał się trzymać na uboczu, co jednak było trudne w takim ścisku. Jeśli komuś pomagał, robił co miał zrobić, a gdy widział że osobie tej już nic nie potrzeba lub że inni nią się zajmą, oddalał się na swoje miejsce lub wychodził na miasto. Nie zawierał z nikim znajomości i nikt nie mógł powiedzieć o nim nic więcej, niż to, że przedstawiał się jako człowiek bez imienia, na którego można wołać Astalos en Hagor. Wśród częstych ataków paniki zachowywał zawsze spokój i wyraz jego twarzy nie zdradzał nic, nigdy się nie zmieniał. Spacerując po mieście oglądał je dokładnie, przyglądał się fortyfikowanym domom, czasem wpuszczano go na mury i stamtąd widział oblegającą armię. To, co dostrzegł drugiego dnia wczesnym rankiem, jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że miasto upadnie. Armia budowała machiny oblężnicze. Oczom strażników na wieżyczkach ukazały się już drewniana wieża i dwie gotowe katapulty, dwie kolejne natomiast były na ukończeniu. Rozstawiono je tak, by mogły bombardować miasto z każdej strony. Szło im szybko, gdyż bardzo dobrze zaopatrzono ich w gotowe części, które wystarczyło tylko poskładać jedna do drugiej. Zauważył również, że zaczynały formować się pewne szyki. Wczoraj wieczór jeszcze obozowali w częściowym nieładzie, a dzisiaj przemieścili się. Nie mówiąc ani słowa zszedł z murów i skierował się do niewielkiej, murowanej twierdzy pośrodku miasta, siedziby najemnika Osila Indi. Przy wejściu zagrodzili mu drogę dwaj strażnicy. - Przepuśćcie mnie. Mam ważną wiadomość dla Indiego. - Hola, hola – odezwał się stary wartownik ze śladami po ospie na twarzy – to nie jest stajnia że każdy może tak po prostu sobie wejść - To chociaż mu powiedzcie, że stoję i czekam. Na pewno zechce usłyszeć co mam mu do powiedzenia. - Powiedz nam, a my powtórzymy – strażnik nie ustępował - To nie jest jakaś tam plotka, żeby każdy mógł ją słyszeć – odpowiedział spokojnie Podróżnik, naśladując ton żołnierza. Zdenerwował go tym widocznie, gdyż wycelował miecz w jego stronę i wycedził przez zaciśnięte zęby: - Uważaj na słowa bo nie doczekasz południa! Drugi, dotąd milczący i widocznie spokojniejszej natury, skierował w dół miecz kolegi i odezwał się do niego: - Daj spokój, Meton. Przypilnuj go, a ja zamelduję Indiemu że ma gościa. Jeśli zechce to go wpuścimy, a jak nie, to sobie pójdzie – po czym zniknął za wrotami budynku. Twierdzę w mieście stanowiła kamienna, kwadratowa budowla z trzema piętrami, zakończona u góry blankami, zza których żołnierze mogli atakować wrogie wojsko. Znajdowała się w centrum Kalder i nie była otoczona żadnym murem. Prowadziła do niej tylko jedna brama z opuszczaną kratą i mocnymi, dębowymi wrotami. W środku panował chłód i wilgoć. Osil, jako człowiek przyzwyczajony do surowego życia, mieszkał tam ze swoją żoną odkąd został mianowany najemnikiem, a więc od ponad 10 lat. Wraz z nim mieszkała tam służba, której pozwolił trochę zmienić wystrój swoich komnat, podobnie z resztą i żonie. Sam mieszkał w pomieszczeniu bez żadnych ozdób, z dużym łożem pod ścianą i kominkiem. Teraz jednak przesiadywał całe dnie w „gabinecie” – równie surowym pomieszczeniu, na środku którego stało mahoniowe, duże biurko. Wejścia strzegli dwaj strażnicy. Gdy otrzymał wiadomość, że ten dziwny człowiek ma mu coś do powiedzenia, kazał go do siebie natychmiast przyprowadzić. Był niezmiernie ciekaw co ów przybysz, każący się nazywać Astalosem en Hagor mu zakomunikuje. Fascynowała go jego postać – głównie tajemniczość i pogarda dla śmierci. Nie minęło kilka chwil, a już stal przed nim. Ubrany w białą, zwykłą koszulę, ciemne spodnie i skórzane, długie buty. Włosy skrywały część blizny na policzku. Płaszcz zostawił w podziemiach, gdyż dzień był gorący, jednak swoja torbę nadal miał przy sobie. - Powiedziano mi, że masz dla mnie jakąś ważną wiadomość – zaczął Osil, siedząc przy biurku i pozwalając przybyszowi stać. - Właściwie radę – odrzekł beznamiętnie, wpatrując się w niego swym dziwnym, tajemniczym wzrokiem - Jakaż więc to rada? – spytał najemnik z lekkim rozbawieniem - Widziałeś co się dzieje poza murami? Usta Osila coraz bardziej układały się w uśmiech. - Z tego, co wiem, stacjonuje tam armia Barigotu, która ma zamiar podbić nasze miasto. Chyba, ze cos się zmieniło? - Owszem, już nie stacjonują, ale przygotowują się do walki. - Też mi nowina… - Wiesz o tym, że się przegrupowują? I że budują katapulty? - Masz mnie za idiotę? – uśmiech znikł z jego twarzy i spojrzał rozmówcy prosto w oczy, jednak nie wytrzymał tak długo – Doskonale wiem, co się tam dzieje! Czego ode mnie chcesz? - Skoro wiesz, to dlaczego nic z tym nie robisz? - A niby co mam zrobić? – Osil pochylił się nad biurkiem, Astalos oparł się o nie. Ich oczy znowu się spotkały, ale po chwili Osil znów zwrócił wzrok na nieistniejący punkt w przestrzeni. - Masz tutaj ponad 500 wspaniałych, szybkich koni. Twoi żołnierze potrafią na nich zapewne świetnie jeździć, a nawet jeśli nie oni, to wielu mieszkańców pochodzi z okolicznych wsi i również doskonale jeżdżą. Poślij jeźdźców poza mury z pochodniami, niech spalą drewniane machiny. W armii Barigotu panuje jako taki zamęt, zanim spostrzegą co się dzieje, ich katapulty już będą płonąc, a jeźdźcy zdążą wrócić do miasta. Jeśli nie wdadzą się w walkę, nikt nie zginie, a miasto uzyska większe szanse na utrzymanie się, przynajmniej przez kilka dni dłużej. Gdy skończył, zapanowała cisza. Osil podjął jeszcze jedną próbę spojrzenia w oczy Podróżnikowi. Tym razem wytrzymał jego wzrok, choć kropelka potu pojawiła się na czole starca. - Od kiedy z ciebie taki strateg, Człowieku z Gór? Hm? Pewnie sam chciałbyś pojechać, i gdy tylko uda Ci się oddalić, uciec gdzie pieprz rośnie? - Nie ukrywam, że gdybym tylko miał okazję, uciekłbym z tego nieszczęsnego miasta. Ale nie dlatego przyszedłem tutaj do ciebie. Nie chciałem jechać i nie pojadę. - Po co więc przyszedłeś? Mówiłeś że cię nie obchodzi ta wojna! - Bo nie obchodzi. Ale w odróżnieniu od ciebie interesują mnie mieszkańcy tego miasta. A jeśli nadal będziesz tak siedział na stołku i nic nie robił, to wkrótce wszyscy zginą. Mówił spokojnie, bez żadnych emocji. - Więc chcesz, żebym zrobił wycieczkę i naraził moich ludzi na śmierć… A jeśli oni chcą nas tylko przestraszyć, byśmy oddali miasto bez walki? Może…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%