Fantasy · 20 min czytania
Astalos en Hagor - rozdział V
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
V Szybko odnalazł swoje miejsce. W pomieszczeniu oraz na korytarzach panowało żywe poruszenie. Mimo późnej pory nikt tutaj nie spał. Odgłosy z góry dochodziły przez wąskie otwory w ścianach. Rozprawiano na temat oblężenia – pochwalano lub krytykowano taktykę najeźdźców lub obrońców, liczono szanse, zastanawiano się co będzie gdy miasto upadnie. Matki tuliły dzieci, staruszkowie zabawiali wnuki niezwykłymi opowieściami, by przerażające odgłosy spadających kamieni nie trwożyły malców. Astalos nie wdawał się w żadne rozmowy. Szedł przez pomieszczenie na swoje legowisko, czując na sobie spojrzenia niektórych kobiet i starych mężczyzn. Wszak był jedynym mężczyzną w sile wieku, który nie trzymał broni – a do walki zgłaszały się nawet kobiety. Jak już było przedtem powiedziane, nic sobie z tych spojrzeń nie robił. W końcu doszedł na miejsce i ujrzał Ilanę siedzącą pod ścianą, obejmującą rękami kolana, z głową wtuloną w kolana. Zapytał najpierw siedzącej obok staruszki czy nie miała żadnych problemów. Gdy dowiedział się że nie, otworzył plecak, wyjął małe zawiniątko i zwrócił się do dziewczyny: - Zjedz coś, musisz się dobrze odżywiać. Zjedz, póki możesz… Ja dopiero jadłem. Spojrzała na niego, a gdy usiadł kolo niej i wręczył pakunek, rozwinęła i natychmiast zabrała się do jedzenia. Znajdował się tam chleb, kawałek sera i mięsa i trochę różnych owoców. Po chwili podał jej także wodę. Zjadła ser, owoce i trochę chleba. Gdy się nasyciła, podziękowała swemu dobrodziejowi, a ten zawinął pozostałe jedzenie i schował do torby. - Prześpij się. – poradził. - Myślisz że dam radę tutaj zasnąć? Tam na górze umierają ludzie, tam ważą się nasze losy – odrzekła mu jakby z wyrzutem – Dlaczego ty nie walczysz? Wiesz, że każda para rąk się przyda. – spojrzała na niego jak na winowajcę - To nie moja wojna. – bronił się, wbijając w nią swoje tajemnicze spojrzenie – I również nie twoja. To wojna dwóch królów, którzy nie potrafią dojść do porozumienia. Siedzą teraz w swoich bezpiecznych zamkach i myślą jak podejść drugiego - a cierpią niewinni ludzie, jak ty i ci wszyscy tutaj. To ci królowie powinni walczyć, nie my. - Mądre słowa, ale to nie zmienia faktu, że tam walczą, a ty siedzisz tutaj, chociaż mógłbyś pomóc. - Nie będę zabijał ludzi tylko dlatego, że ktoś mi tak każe. Nie zrobię krzywdy człowiekowi, który nic mi nie zawinił, którego nawet nigdy na oczy nie widziałem. - Jak nie zawinił? Napadli na nasze miasto. - Nie moje. - Przestań! – krzyknęła nie mogąc się pohamować i znosząc ręce do góry – Zachowujesz się jak dziecko! To nie moje, więc mnie to nie dotyczy… Jest tu wielu przyjezdnych jak ty i jakoś walczą w naszej obronie! A ty wystawiasz na niebezpieczeństwo te wszystkie bezbronne istoty, które nie mogą walczyć! - Zapominasz, czyj chleb przed chwila jadłaś. To, ze nie mam w ręku miecza nie znaczy, że nikomu nie pomagam. Zapytaj tamtej staruszki po przeciwnej stronie kto jej przyniósł bagaże. Albo tego starca, kto zniósł go po schodach, gdy sam nie mógł iść. Idź do matki z pięciorgiem dzieci i spytaj, kto się nimi opiekował, gdy ona robiła zapasy. Ja wolę chronić życie niż je niszczyć. Dziewczyna spłonęła rumieńcem, słysząc jego słowa. Rzeczywiście, podczas jego nieobecności słyszała co nieco o dobrodziejstwach wyrządzonych przez jej opiekuna. Znów oplotła kolana rękami i pochyliła głowę, by za chwilę znów ja podnieść Z góry nadal dochodziły stłumione okrzyki i odgłosy bombardowania. - Przepraszam – odezwała się po chwili, lekko drżącym głosem – ale ta cała sytuacja mnie trochę przerasta. Mam dopiero dwadzieścia lat, rok temu straciłam całą rodzinę, majątek, a to już druga wojna, drugie oblężenie jakie przeżywam... Boję się. – znowu spuściła głowę, a w kącikach jej pięknych oczu zalśniły łzy – No i jeszcze to… – rzekła wskazując na swój brzuch. Astalos usłyszał ciche łkanie, Nie przerywał jej, nie pytał, nie chciał wyjaśnień. Siedział tak w ciszy, wśród ogólnego gwaru rozmów, wpatrując się w nią i czekał. Nie próbował jej przytulić, chociaż być może tego najbardziej teraz potrzebowała. Po chwili odezwała się znowu: - To było w październiku zeszłego roku… Mieszkaliśmy w Torten. Matka zmarła we wrześniu, żyłam z ojcem. I nadeszła jakaś armia, zdaje się, że ta sama co teraz. Ojca powołali do wojska. Tam nie było takich schronów jak tutaj – opowieść czasami przerywana była łkaniem płaczącej dziewczyny. Wzrok miała wbity w ziemię. Astalos słuchał uważnie – nie nalegał, mówiła sama to, co chciała. - Schroniłam się więc z sąsiadkami w ich domu. Miasto było mocne, ale tamta armia mocniejsza… I w końcu przyszli. Wyważyli drzwi. Stara sąsiadka rzuciła się na nich z nożem, to ją mieczem przebili, pozostałe dziewczyny wzięli za włosy i wywlekli gdzieś… Przede mną stanęło dwóch takich drabów. Jeden powiedział „Śliczniutka jesteś.. zostawimy ją dla niego”, i złapał mnie wpół, i wyniósł… Krzyczałam, machałam pięściami, ale jak oberwałam w twarz to mnie przyćmiło i się uspokoiłam. Wiedziałam że nie ma już sensu.. Na ulicach widziałam jak mordowali ludzi, wszystkich, bez wyjątku… I gwałcili dziewczyny, a potem je także zabijali. Wszędzie krew, krzyk, pisk, śmiech żołnierzy… To wolałam zamknąć oczy żeby tego nie oglądać. Bałam się cholernie, byłam pewna że mnie też to czeka, że też umrę, ale przedtem… I zaniósł mnie do twierdzy, tam gdzie przedtem był nasz książę. Położył mnie na jakiejś ławie i znowu się odezwał: „Zaszczyt cię spotkał, będziesz z samym naszym kochanym wodzem” Uśmiechnął się szpetnie i poszedł, a ja tak leżałam. I po chwili wszedł on, ten cały ich wódz. Uśmiechnął się tak bardzo upiornie jak mnie zobaczył… On też powiedział z jestem bardzo ładna. Był nawet przystojny… I podszedł, i rozerwał mi ubranie, i… - rozpłakał się już na dobre, nie mogąc wymówić ani jednego słowa. Ukryła twarz w dłoniach. Nie widziała, że Astalos od dłuższej chwili wpatruje się w podłogę. Po chwili jednak opanowała się. Widocznie nie miała już łez, już wypłakała swoje nieszczęście, i znowu ciągnęła swoją opowieść – …i on mi to zrobił. Nie wiem nawet jak się nazywał. Mam nadzieję że już go dawno robaki zeżarły. Jakiś wielki wódz tych Barigotczyków. Pies go trącał… po wszystkim wyrzucił mnie z twierdzy i udało mi się umknąć. Tułałam się po miastach, żebrząc, czasami imając się prostych prac… Nieraz obito mnie kijem lub psami poszczuto. Niedawno przybyłam tutaj, bez żadnych środków do życia. Zaopiekowała się mną jedna staruszka, ale dwa tygodnie temu oddała ducha… i od tamtej pory jestem sama. A teraz znowu ten koszmar… Nie wiem co będzie. Boję się o życie. Nie chcę umierać, mam przecież w sobie dziecko… Co, że bękart, ale jednak dziecko. Chociaż dla niego muszę przeżyć. Chcę je urodzić, może kiedyś znajdę dobrych ludzi którzy zaopiekują się mną, a może nawet mężczyznę który mnie pokocha i wynagrodzi te lata cierpień i poniżenia. Będziemy mieli mały domek w jakiejś spokojnej wsi, on będzie pracował, a ja mu będę gotować pyszne obiadki, takie, jakie mnie mama uczyła. A nasza córka albo synek będzie rósł i rósł… - i przez chwilę tonęła w marzeniach, będzie to, będzie tamto, tworzyła w swej wyobraźni świat bez krzywd, bez wojen, w którym istnieje tylko miłość i szczęście, w którym dobry zawsze pokonuje złego, a niewinnych nie dotyka krzywda. Podróżnik nie chciał jej przerywać. Jej twarz nagle bardzo wyładniała, zdawała się promieniować nieziemskim blaskiem, zarażać innych tą wizja wspaniałego świata. Wpatrywała się uśmiechnięta w jakiś nieistniejący punkt w przestrzeni, jakby tam znajdowało się całe jej szczęście, jakby już widziała oczyma nie tylko wyobraźni, ale także tymi prawdziwymi. A dookoła ludzie snuli swoje domysły, prorokowali dobrze bądź źle, chodzili jedni do drugich. Odgłosy walki z góry nie ustawały. Wręcz przeciwnie – jakby narosły, stały się mocniejsze, już nie tylko odległy krzyk, spadanie kamieni, głuche uderzenia tarana o bramę, ale także już słyszalny szczęk mieczy, stukot kopyt, głośniejsze krzyki i nawoływania. Nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi, jednak Astalos który dokładnie przysłuchiwał się odgłosom wychodzącym z niewielkich otworów domyślał się powodu tej zmiany. Wiedziony złym przeczuciem przeprosił Ilanę, wybiegł z sali uważając by kogoś nie nadepnąć i dotarł do najbliższego włazu, przy którym znajdował się strażnik. We włazie znajdowała się maleńka kratka, którą można było otworzyć lub zamknąć. Obecnie była otwarta i strażnik z przerażeniem wypisanym na twarzy słuchał co się dzieje w mieście. - Weszli? – spokojny, mocny glos nagle wyrwał go z tego zasłuchania. Wzdrygnął się przestraszony i odruchowo chwycił za miecz, jednak gdy ujrzał długowłosego człowieka w białej koszuli za sobą odetchnął z ulgą. Starał się ukryć swoje przerażenie wywołane sytuacją na górze, choć nie bardzo mu się to udawało. Był młody i nie miał jeszcze doświadczenia w walce. - Dlaczego mnie straszysz – spytał z wyrzutem. - Myślałem, że żołnierz na służbie nie boi się niczego, a już na pewno nie głosu zza pleców. Jak sytuacja na górze? - Skąd mam wiedzieć? Przez ta kratkę nic się nie można dowiedzieć – próbował oszukać swego rozmówcę. Ten jednak spojrzał mu głęboko w oczy i rzekł: - Nie gadaj bzdur, mów co się dzieje. Weszli do miasta? Chciał skłamać, ale pod presją tych dziwnych, brązowych oczu nie potrafił. - Tak, weszli, niedawno… Teraz walczą na ulicach. Nawet nie chce sobie wyobrażać co się tam dzieje… - przerażony młodzieniec ukradkiem spoglądał na maleńka kratkę. Zdawał się dziękować losowi, że jest tutaj, na dole. - Więc chyba pora ewakuować ludzi? Kiedy strażnicy otworzą kratę do wyjścia? Żołnierz natychmiast spoważniał i zacytował wyuczoną formułkę: - Potrzebny jest rozkaz od samego Osila. Bez jego zgody nikt nie może opuścić tego miejsca. - Rzeczywiście, bardzo inteligentny rozkaz… - skomentował jakby sam do siebie Podróżnik – Żegnaj więc – rzuci, po czym oddalił się bardzo szybko. Biegł. Kierował się w stronę żelaznej kraty stojącej w korytarzu prowadzącym do wyjścia, pilnowanej…