Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 7 min czytania

Atlantyda I rozdział.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział I

- Antyniosie szanuję cię, wiem, że jesteś inteligentniejszy od nas wszystkich. Dlatego nie mogę zrozumieć twojej decyzji. Antyniosie lubię cię, dlatego żałuję, że nie mogę cię przekonać do jej zmiany – mówił młody mężczyzna, pociągający łyk wina przy każdej pauzie podczas swojej wypowiedzi. Jak na Atlanta był niski, miał zaledwie metr siedemdziesiąt wzrostu. Krótkie włosy wyróżniały go od wśród złotej młodzieży wyspy. Jasnoniebieskie oczy, zamglone z powodu alkoholu, skakały z osoby na osobę, zwracając uwagę na każdą nawet drobną zmianę w zachowaniu. - Lysteosie! Przyjacielu, jestem ci wdzięczny za troskę. Wiem, że martwisz się o mnie, jak wy wszyscy. Ale zapewniam cię, zapewniam każdego z was, że dokładnie przemyślałem swój wybór. Nie raz, nie dwa, ale dziesiątki razy zastanawiałem się nad wszystkimi za i przeciw. Wziąłem pod uwagę wszelkie możliwe konsekwencje. Toczyłem w myślach zażarte kłótnie, przytaczałem najróżniejsze argumenty, za jedną i za drugą opcją. I wydałem wyrok. Podjąłem ostateczną decyzję – odparł spokojnie Antynios. Obejrzał srebrny puchar, który trzymał w ręku, odgarnął kosmyk czarnych włosów opadających na duże ciemne oczy i napił się z pięknego naczynia. Nie każdy na wyspie miał okazję trzymać w ręku dzieło atlantyckich jubilerów, a jeszcze mniej osób miało szansę korzystać z takiego wytworu. Dla młodych szlachciców z Fistii, był to przedmiot codziennego użytku. Oczywiście zachwycali się rzeźbionymi w srebrze motywami winorośli, czy zwierząt zamorskich, jednak przywykli do zbytku i zbytek odczuwali jako coś naturalnego. - Już nie ma odwrotu – kontynuował. – Spust pociągnięty, kula jest w locie. Lysteos zmrużył swoje wąskie oczy i westchnął głęboko. - Znakomicie! – krzyknął jeden z biesiadników. Wyższy od Antyniosa, blondyn o szerokich barkach i zaokrąglającym się brzuchu. – Ja się zgadzam w pełni z twoją decyzją. Świetnie, świetnie! – mówił głośno gdyż leżał na kanapie, która znajdowała się pod samą ścianą okrągłego pokoju, a zależało mu zawsze aby dobrze go słyszano. Mówiąc pił wino wprost z butelki i obgryzał pieczone indycze udo. - Dziękuję za wsparcie Deystosie – powiedział wesoło Antynios. - Tylko jedno, jedno mnie męczy. - Pytaj, odpowiem. - Po co? Po co chcesz tam iść? Bo przecież nie dla pieniędzy. Masz ich nadmiar. A jak zabraknie, my ci pożyczymy – mężczyźni parsknęli głośnym śmiechem – Co ja mówię? Damy ci je. Jeśli nie pieniądze, to może sława? Mnie też pociąga. Kobiety kochają sławę, a ja kocham kobiety. Tym się nie różnimy. – Na chwilę przerwał by wlać w siebie kolejną ilość trunku – Ale sławę można zdobyć także w inny sposób. Chcesz pokażę ci sposoby? – Uśmiechnął się chytrze do Antyniosa. – Jeszcze jeden powód przychodzi mi do głowy. Przygody! Ach, te podróże w miejsca, w których nigdy nie postawię stopy. I te widoki. Aż mi się włosy jeżą na myśl o nich. Ale nie chcę widzieć piękna, które będzie ostatnim pięknem jakie zobaczę, nie chcę stawiać nóg w miejscach, które mi nogi odbiorą. – Nagle zamilkł, a twarz jego przybrała kolor dojrzałej maliny. Spojrzał na przyjaciela, od którego powiało chłodem. Wszyscy wstrzymali oddech. - Wybacz, Antyniosie. Wino. Zapomniałem. - Wybaczam, Deystosie – odpowiedział łagodnie.

W pokoju było sześciu młodych mężczyzn,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%