Fantasy · 29 min czytania
Atlas w Matrixie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jeśli z własnej woli teraz to czytasz i uważasz się za człowieka normalnego, jesteś w błędzie. Aby zrozumieć większość gagów z tego tekstu należy rozumieć i lubić humor absurdu, oraz znać trochę dobrych filmów i książek.
ATLAS w matrixie, czyli Ragnarok.
Łysy Murzyn w czarnych okularach, odziany w zaarąbistą skórzaną kurtkę szedł sobie ulicą Los Angeles. W tle Nick Kang walczył z szefem jakiejś międzynarodowej organizacji terrorystycznej. Ale Murzyn wyraźnie czegoś, lub kogoś, szukał. Nagle coś czerwono niebieskiego przemknęło mu nad głową. "Będzie padać, spider-man'y nisko latają". Spider-man wracał, pewnie zauważył gdzieś jakiegoś podłego zbira molestującego młodą, niewinną dziewicę. Tak, macie rację. Superbohaterowie w Los Angeles to idioci. Dziewica w dzisiejszych czasach? Nonsens. Nagle na wyraźnie spieszącego się człowieka pająka spadło coś zielonego w niebieskich spodenkach. Zaczęło po nim skakać i ryczeć "HULK ZNISZCZYĆ KONKURENCJA!!". Murzyn postanowił ominąć to widowisko. Wyraźnie zmęczyły go już poszukiwania. Zatrzymał się i zaczął wołać: -ATLAS!! -Klej OK!!! - Ryknęli wszyscy ludzie na ulicach miasta. Nawet zielony przestał na chwilę niszczyć konkurencję i dołączył się do chórku. Pająk spróbował uciec, ale zielona stopa zagrodziła mu drogę i złamała nos. -Ludzie, uspokójcie się. Przyjaciela zawołać nie mogę? Co za miasto... Ludzie uspokoili się. Jakiś chudzielec w sutannie przeciskał się przez tłum. Zbliżył się do Murzyna. -Witaj Mordeuszu. - Powiedział z pięknym, brytyjskim akcentem. Hiacynta, która akurat przechodziła, nie mogła nie zauważyć wspaniałych manier Atlasa. Ale nie zauważyła. Gdy przeszła, Atlas podrapał się po tyłku i napluł na chodnik. -Co za krowa z tej Żakietowej - Powiedział już z akcentem znanym ze slumsów. -Nazywam się Morfeusz, a ona to Bukietowa. Ale nieważne. Mam dla ciebie... -Hola, przyjacielu. Ciebie mówi się z dużej litery. -Mam dla Ciebie zadanie. -Znowu? I po co ja się wyzwalałem... Nie lepiej było żyć nie znając tajemnicy Matrixa? -Odrzuć te ponure myśli, przyjacielu. Jeśli ich nie odrzucisz, to zjedzą cię od środka. Albo cię upieczemy, tak jak Cypher'a. Ach, Cypher... Ile z niego mięska było... -Zjedliście Cypher'a?! No, to by wyjaśniało tajemnicę zaginionego ciała. - Atlas zaczął się bać swojego czarnego przyjaciela. -Czy ja wyglądam na kanibala? -Nie licząc tej ręki, która wystaje z twojej skrzynki na drugie śniadanie, to nie. Więc czemu mówisz o mięsie z Cypher'a? -Bo zrobiliśmy z niego kotlety. Ale na targu sprzedaliśmy. -Jesteście nieludzcy! -Nie, jesteśmy Wyzwoleni. Nie pamiętasz? - Morfeusz wyraźnie się zdziwił -Przypominasz mi o tym średnio 5 razy dziennie. -Serio? No wiesz, ciężko to zliczyć... - Morfeusz zrobił minę strudzonego pawiana. Dobrze mu to wychodziło. Właściwie to musiał się starać, żeby nie wyglądać jak zapracowany pawian. -Dobra, gadamy już 23 linijki a nie powiedzieliśmy jeszcze niczego ważnego. To co z tym zadaniem? -To zadanie będzie wymagać od Ciebie odwagi, siły i zręczności. Będziesz musiał użyć całego swojego sprytu, żeby doprowadzić do sukcesu tej misji. Będzie bardzo ciężko, lecz musisz pamiętać, że myślami zawsze będę przy Tobie. -Jesteś homoseksualistą?-Atlas jak zwykle miał kudłate myśli -Nie, idioto. Zaraz, na czym to ja... Aha. Oto cele Twej szlachetnej misji, która pomoże Wyzwolonym zniszczyć maszyny. Musisz udać się do Wrocławia. -A gdzie to do diabła jest??-Atlas naprawdę nie miał pojęcia, co to jest Wrocław -A ja wiem! Ale nie powiem! Ja voll!-Powiedział dziwny, pół-przeźroczysty facet z ulizaną grzywką i śmiesznym, małym wąsikiem. -Kto to był?-Zdziwienie Atlasa jeszcze się powiększyło -Nie wiem, nie ja piszę tą historyjkę. Ale wracając do Twego zadania. Wrocław jest w Polsce. Po drodze będziesz musiał stoczyć wiele walk ze złymi kanarami w autobusach. -A co z Agentami? -Ubezpieczeniowymi? -Nie, tymi z Matrixa. No wiesz, czarne garnitury, czarne okulary, brzydkie fryzury i unikanie kul. -A, o tych agentów ci chodzi. Będą Cię pewnie atakować, oni nie potrafią odpuścić. Ale będziesz uciekał. -Nic, tylko uciekamy. Czemu nigdy nie staniemy do walki z nimi? Morfeusz w ułamku sekundy wydobył z kieszeni paczkę "Familijnych" -Chcesz wafelka? -Nieważne... Co mam dalej zrobić jak dostanę się do Wrocławia? -Musisz udać się do centrum "Korona" i zakupić bilety na "Matrix Rewolucje". -A po co? -Ze względów szkoleniowych -A nie łatwiej znaleźć instruktorów? -Chcesz wafelka? -Nudzi mnie ta rozmowa. Chodźmy na piwo. No i poszli na piwo. Atlas jednak zamiast piwa zamówił sobie wiadro whisky. -Atlas, jesteś alkoholikiem! - Mądrze zauważył Morfeusz -Nie, ja po prostu lubię wypić. A to jeszcze nie alkoholizm. -Ale żeby zaraz wiadro whisky? -Jak zamówiłem wannę to nie przynieśli... -Skąd ty masz na to wszystko kasę? -A co za problem? Jesteśmy wyzwoleni, możemy wszystko. Po prostu podchodzę do losowo wybranego przechodnia, strzelam mu w tył głowy i zabieram portfel. -Ale czemu nie ścigają cię za to policjanci i wojsko? -Nie wiem, nie ja piszę tą historyjkę. Ale teraz zamknijmy się i napijmy się! Zamknęli się i napili się. Morfeusz puszkę piwa, a Atlas wiadro whisky. Dali mu nawet słomkę. Atlas jednak bardzo szybko się upijał, po trzecim wiadrze mówił już trochę niewyraźnie. -No to so s tym sadaniem... -Udaj się do Wrocławia i zdobądź 2 bilety na "Matrix Rewolucje". A potem do mnie wróć i razem pojedziemy obejrzeć. Pamiętaj tylko o miejscach w 5 rzędzie. -Dopra. Jutro pojadem, dziśśś jezdem niedyssponowany. -Lepiej się prześpij. -Mam lepsy pomyssł. Prześśpiem sssiem. Atlas dostał się jakoś do swojego skromnego domu. Wjechał luksusową windą na piętro 12, sypialniane. Po krótkim namyśle wrócił jednak na parter i zszedł ponurymi, kamiennymi schodami o piwnicy. A raczej się z nich stoczył. Przebił sobie drogę do schowka, w którym ktoś położył wiadro. Przypłacił to tylko jednym wybitym zębem i złamanym nosem. Droga powrotna była trudniejsza, Orki zmobilizowały siły i zagrodziły Atlasowi drogę. Jednak szczęśliwie przez klapę w podłodze wpadł Aragorn z kumplami i wybili Orków. Ale co z tego, za tydzień i tak tu znów będą. -Yo Atlas! Przyszliśmy po szlugi, kopsnij kilka. - Powiedział Aragorn. -Sssiema Alagoln. Massie całą pazzkę. -Big dzięx, Atlas! Równy z Ciebie ziom. Chłopaki, idziemy. Trza uratować Śródziemie! -Do ssobacenia. -Nara! - Pożegnał się Aragorn. Jak widać, był on obyty z młodzieżową kulturą. Atlas miał pewne problemy z wspięciem się na schody, ale jakimś cudem mu się udało. Wjechał windą z powrotem na 12 piętro i walnął się na łóżko. Z szafy wyszła skąpo odziana młoda dziewczyna. -Cześć Atlasiku... Masz ochotę na zabawę? - Zalotnie zagaiła rozmowę. -Sspadaj kobietoo... - Zgasił ją Atlas. Zawiedziona dziewczyna schowała się do szafy. Atlas chciał jeszcze poczytać przed snem. Wyciągnął z szafki nocnej "Mistrza i Małgorzatę" Michaiła Bułhakova. Otworzył ją przy końcu, i stwierdził, że literki wyglądają jakoś dziwnie. Obrócił książkę i zabrał się za czytanie wstępu do pierwszego rozdziału. Doczytał do drugiego zdania, gdy zadowolony z siebie odłożył książkę na półkę. -Miło jest łyknąć trochę kultury... - Powiedział szczęśliwy Atlas. Potem zasnął. Śniło mu się, że jest pijany, a białe myszki i niebieskie pieski próbują zjeść go żywcem. Jednak on zaciekle się bronił. Dopiero eksplozja bomby atomowej zniechęciła intruzów. Poszli sobie. Atlas zebrał się do kupy (dosłownie!). Nagle stało się coś strasznego. Zadzwonił budzik. A jak wiadomo, budzik jest naturalnym wrogiem człowieka. Atlas wydobył spod poduszki maleńki pistolecik i wystrzelił w budzik. Z szafki nocnej i wszystkiego w promieniu 2 metrów niewiele zostało. Ale budzik wytrzymał. I nadal dzwonił. Atlas postanowił się podnieść. Przywalił w budzik z siłą zdolną zniszczyć porządny, ceglany mur. Złamał sobie dłoń w czterech miejscach. Po krótkim namyśle (1,5 godziny) uznał, że najlepszym sposobem uciszenia budzika jest naciśnięcie klawisza "Wyłącz". Jak postanowił, tak zrobił. Wskazówkowy potwór w końcu się uciszył. Ale wredny uśmiech nie zniknął z jego cyferblatu. Po udanej akcji uciszenia natrętnego budzika Atlas ocenił swój stan. Po chwili odebrał od mózgu raport o uszkodzeniach. Potworny ból głowy, niechęć do zrobienia czegokolwiek. To wskazywało na kaca. Kaca giganta. Atlas bardzo się starał, jednak nie udało mu się zapomnieć o zadaniu od Morfeusza. Wyruszył w drogę, prosto do Wrocławia. Jednak na ulicy zrozumiał, że zapomniał się ubrać. Odgonił od siebie stado kobiet i wrócił do domku. Otworzył szafę, w której wisiały w równym rządku sutanny. Wybrał jedną z nich i wysunął szufladę na dole szafy. Wyciągnął z niej zaaarąbiste różowe glany. Pomyślał jednak, że Arxel może mieć na nie patent, a on nie miał kasy na płacenie kar. Ubrał zaaarąbiste trampki (made in Vietnam, bought in bazar [5,50zł]). Tak przygotowany poszedł w kierunku drzwi. Po drodze gładkim, iście matrixowym ruchem zabrał z półki zaaarąbiste czarne okulary. Widowiskowo je założył i trochę mniej widowiskowo przyrąbał w futrynę. Zdenerwowany wyrzucił okulary przez okno. Znów poszedł w kierunku drzwi, jednak w połowie drogi został trafiony niekierowanymi okularami typu ziemia-ziemia. Za oknem fruwał Superman z pięknym siniakiem po uderzeniu spadającymi okularami. -No, tylko żeby mi to było ostatni raz. - Powiedział superbohater głębokim barytonem (takim, jaki podoba się kobietom), po czym się odwrócił. Atlas wykonał gest znany w każdym zakątku świata. Ważnym elementem tego gestu był wystawiony środkowy palec. Mimo tych wszystkich trudności dotarł w końcu do drzwi. Wyszedł do przedpokoju, który udało mu się pokonać bez przeszkód. Zjechał luksusową windą na parter. Tam czekała na niego cała banda uzbrojonych po zęby policjantów. Dowódca przemówił do Atlasa. -Ktoś ty? -Atlas, a co? I po co ta cała banda policjantów. -Atlas?! Czy to jest budynek Reinhimora Street 285? -Nie... Policjant popatrzył na rozłożoną przed sobą mapę jak na zdrajcę. Obrócił ją. -Chłopaki, to na drugim końcu miasta!! - Te słowa zadziałały jak zaklęcie, po minucie po policjantach nie było ani śladu. Nie licząc śmietnika na podłodze. Atlas wyszedł na ulicę. Ciągle jednak miał przeczucie, że to jest jego pechowy dzień. Cały czas czuł się zagrożony. Nagle dostał w łeb spadającą cegłówką. Po powstaniu (styczniowym) Atlas ze zdziwieniem stwierdził, że niebo nad nim jest zupełnie puste. Gdy tylko spuścił głowę, oberwał spadającym młotkiem. Po kolejnym powstaniu i uważnym zbadaniu wszystkiego, co znajdowało się nad nim stwierdził, że nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. I wtedy na głowę spadło mu wiadro. Atlas naprawdę się wku... zdenerwował. Gdy tylko powstał zaczął wyzywać Bogów, gdyż tylko oni są bezpośrednio nad nim. Ludzie w promieniu 20 kilometrów mogli zobaczyć, jak z bezchmurnego nieba uderza w ziemię piorun. Piorun ten jednak nie uderzył ziemię, tylko w Atlasa. Sponiewierany bohater ruszył w dalszą drogę, nie mogąc się spodziewać, co go dalej czeka.
Tymczasem, w samolocie przelatującym wysoko nad Los Angeles, stewardessa przyprowadziła do kabiny pilotów jakiegoś łysego dzieciaka. -Mamy go, to on siedział w ładowni i rzucał materiałami budowlanymi przez okna. -Ładownia nie istnieje, materiały nie istnieją! - zaczął bełkotać młodzieniec. -Wyrzuć go przez okno, mamy dość kłopotów i bez niego. - Wydał wyrok pierwszy pilot. Wróćmy jednak do Los Angeles i przygód naszego ulubionego Atlasa. Wspomniany wyżej Wyzwolony przysiadł na ławce w parku, żeby pomyśleć, co dalej zrobić. Rozmyślania przerwał mu jednak widok łysego dzieciaka, który zleciał z nieba i upadł zaraz obok Atlasa. Po chwili wstał, otrzepał się i poszedł. Atlas już naprawdę nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi... Postanowił jednak wrócić do rozmyślań. Stwierdził, że najlepiej jest udać się na lotnisko i sprawdzić, jak może dostać się do tej Polski.
Na teren lotniska wszedł bez żadnych komplikacji. Udał się do "pani z okienka" i spytał, kiedy są loty do Polski. Dowiedział się, że samolot do Polski odlatuje za 3 godziny, ale nie ma już biletów. Atlas rozejrzał się dookoła. Znalazł to, czego szukał. Podszedł do murzyna stojącego obok kas i zagaił -Yo ziom! Kopsnij no mi bilecik do Polski dla niepalących, lot za 3 godziny. -Chyba pomylił pan osoby, proszę pana - powiedział Murzyn z nienagannym brytyjskim akcentem. Atlas jednak zauważył, że kiwa do niego murzyn z sąsiedniej kasy. Tym razem jednak wolał powiedzieć to bardziej dyplomatycznie. -Dzień dobry. Chciałbym od pana nabyć bilet dla niepalących do Polski, lot za 3 godziny. Czy byłby pan łaskaw? -No problemo, ziom. Łap wejściówkę i grzej do konserwy, bo ci zwieje. Atlas zgodnie z radą grzał do konserwy, bo jeszcze mu zwieje. Problemy zaczęły się dopiero przy wykrywaczu metalu. Gdy Atlas pod nim przechodził, ten wrednie zapipczał. -Proszę położyć na tacę wszystkie metalowe przedmioty. Atlas położył na tacę następujące przedmioty: sygnet, sztuczne zęby, pudełeczko gwoździ, Jedyny Pierścień, ćwieki z majtek, płytkę z głowy, śrubę z łokcia, podkowę, komplet sztućców, klamkę do drzwi łazienkowych typu "Dominator", pęk kluczy o wadze 20 kg, kowadło, znak-drogowy-który-się-nawinął-po-drodze, wiadro-które-zleciało, kilka zabawek z sex-shopu, monetę 1,5 złotową... -Dobra, niech pan przechodzi. Kolejka nam się robi, wierzę, że nie ma pan żadnej broni. Atlas wolał się nie sprzeczać. Zabrał cały ten złom i wszedł do samolotu. Zajął wygodne miejsce przy oknie i czekał na odlot. Patrząc przez okno zauważył, jak grupka brodatych ludzi w turbanach wsiada na pokład sąsiedniego samolotu. Zaraz po tym ów samolot wystartował, po czym zakręcił i poleciał w stronę drapacza chmur Atlasa. Ludzie stojący w pobliżu budynku Atlasa mogli zauważyć, jak Boeing 707 zbliżał się do ściany budynku, po czym został doszczętnie zniszczony przez działa, które się wysunęły z owej ściany. Atlas nie lubił przybyszy ze wschodu. Minęła godzina i samolot w końcu wystartował. Gdy znalazł się wysoko nad ziemią, połowa pasażerów założyła na twarz czarne kominiarki i ustawili się w kolejce do kabiny pilotów. Jednak zamachowcy na pewno nie spodziewali się, że z kabiny wyskoczy Andrzej Lepper uzbrojony w AK 47 i biało-czerwony krawat. Po chwili wszyscy zamachowcy leżeli martwi na ziemi. Lepper powiedział "Do…