Akcja · 23 min czytania
Aura bestii - wersja pełna, dłuższa.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-John! John! Wstawaj na śniadanie! - usłyszał z dołu wołanie mamy. Nie spał już od jakiegoś czasu, jednak nie miał jeszcze ochoty na zejście na dól i zmierzenie się z kolejnym dniem, szczególnie że ten miał być wyjątkowy. Nie musiał dziś iść do szkoły – i to była dobra wiadomość, bowiem choć nie miał problemów z nauką, nie przepadał za czasem spędzonym w szkolnych murach, gorzej było z przyczyną usprawiedliwiającą jego absencję. Przyszedł wynik badania tomograficznego mózgu, a właściwie to nie przyszedł... Ale może od początku – John, prawie zwyczajny nastolatek, niedawno obchodził 18-tkę i cieszył się z uzyskania pełnoletności, z tej okazji dostał swój pierwszy samochód, wysłużonego grata mającego prawie tyle lat co on i licznik mil, który przekręcił się niejeden raz – to wszystko jednak na co stać było jego matkę, a jemu dało możliwość przemieszczania się, potocznie zwaną – wolnością. W szkole szło mu przeciętnie, może nieco lepiej – choć był zdolny to wolał chodzić własnymi ścieżkami, co niekoniecznie zdobywało uznanie w oczach nauczycieli – nie mogąc jednak go uziemić całkowicie obniżali oceny. Chodzenie własnymi ścieżkami nie zjednywało też kolegów – w ledwie kilkutysięcznym miasteczku unikanie ludzi nie stanowiło jednak problemu, choć i nie czyniło duszą towarzystwa. Ot, gość prawie jak wszyscy. Prawie, była bowiem przyczyna takiego stanu rzeczy – John bowiem widział. Na początku, a było to w wieku około lat sześciu – nie wiedział nawet, co widzi – wokół ciał innych ludzi zaczął dostrzegać świetliste obwódki, jakby promienie. Początkowo nie przywiązywał do tego faktu żadnej wagi, z dziecięcą ufnością przyjmując ten fakt za normalny, w miarę upływu lat otoczki wokół ludzi stawały się dla niego coraz bardziej wyraziste, niosły też coraz więcej informacji – mówiły o charakterze i nastroju posiadacza. Kiedy nauczył się czytać i zaczął sam szukać wiedzy odkrył, że inni nazywają to aurą. Dowiedział się też, że nie wszyscy widzą aury, a właściwie to w jego miasteczku nie spotkał nikogo, kto również by je widział – co gorsza wspominanie o nich nie przysparza mu popularności, a przynajmniej nie w pozytywnym znaczeniu – koledzy zaczęli uważać go za dziwaka, wygadującego niestworzone rzeczy i czytającego dziwne książki. Książki nie przyniosły zbyt wiele wiedzy, co z tego, że niektóre opisywały aury skoro sam wiedział – i widział je – nic nie mówiły jednak o wykorzystaniu czy kontrolowaniu tego zjawiska. Przekopując kolejne ich stosy nie dowiedział się wiele więcej, np. taki mesmeryzm mówi o istnieniu w człowieku pewnych sił magnetycznych, uzdrawiających lub szkodzących – ale nauczyć się więcej z nich nie szło, szybko zamieniały opisy w nawiedzony bełkot o gwiazdach, czakramach, obcych i tym podobnych rzeczach. Z czasem specjalny zmysł Johna, który sam nazywał mało wyszukanie „widzeniem” wyostrzył się, a ćwiczenie go przyniosło kolejne rezultaty – oprócz nastroju mógł widzieć także i charakter danego człowieka, a jeśli przeżycia związane z jakimś faktem lub przeżyciem były wystarczająco silne – czasem wręcz zobaczyć obrazy. Przechodząc koło konduktu pogrzebowego widział żałobników otoczonych czarnymi nitkami aury – bo im smutniejszy nastrój tym ciemniejszy kolor – i widział przez chwilę obrazy, jakie snuli żałobnicy – Fred, mój kochany Fred, taki był żywy i kochany... - wspominała matka i John widział Freda, jak wpada do domu z podwórka, by ukraść ze stołu bułkę i wrócić do zabawy. Pstryk – i następny obraz, jak jedzie na rowerze. Pstryk – on i ktoś jeszcze odpoczywa nad wodą, rowery leżą z boku. Pstryk – woda zamyka się nad nim, jakieś ręce próbują mu pomóc, niestety... Wkrótce nieco pożałował posiadania swego daru – raz, że przebywanie z ludźmi oznaczało dla niego kakofonię atakujących informacji, dwa – że przekonał się, iż ludzkie charaktery kryją w sobie sporo rzeczy, których wolałby nie wiedzieć. Gdy szedł przez tłum było to jakby każdy odwrócił się do niego i krzyknął coś lub pokazał zdjęcie: Te małe kotki, wsadziłem je do worka i siup do jeziora, nie były potrzebne, już po kłopocie; Lody, lody, na pewno pójdziemy na lody, powiem tacie, by kupił mi waniliowe Nie oddam mu tej kasy, nie interesuje mnie, że nie ma za co zapłacić czynszu, niech go wywalą jeśli znów mnie złapią to dostanę dwa lata jak nic, ale muszę mieć na działkę bo głód mnie wykończy... Na szczęście tam gdzie mieszkał – jak już wiemy w kilkutysięcznym miasteczku okazji do przebywania w tłumie nie było za wiele, unikając jednak ludzi zyskał opinię odludka i dziwaka - cóż poradzić. W każdym razie jakoś dawał sobie radę, a przebywając wśród tych samych ludzi często przestawał zwracać uwagę na nich – w końcu ile razy może nas uderzyć fakt, że rzeźnik sprzedaje nieświeże mięso a policjant bierze łapówki? Nie obnosił się więc ze swym darem, świadom faktu że i tak jest uważany za wystarczająco dziwnego. Sielanka choć umiarkowana trwała latami i może trwałaby i dalej, ale coś oczywiście musiało pójść nie tak. Wraz z „widzeniem” pojawiły się bóle głowy, początkowo niewielkie i krótkotrwałe, później bywało z tym gorzej, aż raz stracił przytomność. Lekarz z mieściny próbował środków przeciwbólowych, kiedy to nie pomogło stwierdził, że niewiele może zrobić – i skierował na badanie tomograficzne do większego miasta. Chcąc nie chcąc John pojechał tam – badanie nie było nawet nieprzyjemne, wsadzili go do białej tuby, potrzymali i wyciągnęli. Technik wykonujący badanie stwierdził, że nie do niego należy interpretacja wyników, a w ogóle to - Proszę się nie ruszać, już, proszę wstać, ubrać się i wyjść, wyniki przyjdą pocztą, dziękuję, następny! Dwa dni temu pocztą jednak nie przyszedł wynik badania, a jedynie lakoniczne pismo stwierdzające, że takowy wynik jest już gotowy i proszą stawić się osobiście z osobą opiekująca w szpitalu. Od tamtej pory John bez przerwy myślał, co to może oznaczać – i po dwóch prawie bezsennych nocach myślał, że już wie. Widocznie jego „widzenie” powoduje jakieś anomalie w budowie mózgu, badanie je wykryło i teraz zamkną go gdzieś w tajnym ośrodku i będą robić na nim doświadczenia, aż umrze lub jeszcze gorzej... Przynajmniej tak podpowiadała mu lektura książek o mutantach i kilka filmów o tej tematyce, które obejrzał. Rozważał myśl o ucieczce i ukryciu się, nie bardzo miał jednak pomysł dokąd, poza tym jedna myśl ciągnęła go jednak ku możliwej zgubie – może spotka tam innych takich jak on i razem wywalczą sobie drogę na wolność... To też widział w jednym z filmów.
Zszedł na dół, zjadł śniadanie, pożegnał się z mamą i wsiadł do swego krążownika szos, jak żartobliwie nazywał tego starego gruchota i pognał w stronę miasta. Zaparkował przy szpitalu i wszedł do recepcji. Rozejrzał się. Nigdzie nie było widać uzbrojonych strażników, pewnie jednak czekają na piętrze. W recepcji dowiedział się o numer gabinetu i wsiadł do windy. Korytarz był prawie pusty – może czekają w środku? Tam jednak był tylko doktor, który poprosił go, by usiadł, co John skwapliwie uczynił. -Miał pan przyjechać z opiekunem, tak było na wezwaniu... -Matka nie mogła się zwolnić z pracy, poza tym jestem już dorosły, o co chodzi? -No tak... Ale wie pan... - doktor wyraźnie się zmieszał i speszył. Popatrzył na datę urodzenia i przez chwilę zastanawiał się nad czymś. -Woleliśmy by był pan z kimś, bo wiadomość, jaką mam dla pana nie jest wesoła – zaczął doktor, a zimne ciarki przebiegły plecy Johna – stwierdziliśmy pewne zmiany w pana mózgu...- urwał, jakby znów niepewny czy kontynuować -I? - wydobył jedynie z siebie John. -Hmm... No cóż...To tętniak, stadium nieoperacyjne... Johna jakby piorun strzelił, nie takiej wiadomości się spodziewał. -Co teraz? - spytał. -No więc wie pan, my... - zaczął znów niepewnie doktor. -Ile mi zostało, doktorze? - w międzyczasie John nieco poskładał myśli i wygłosił kwestię, którą znał z filmów i nie sądził, że przyjdzie mu wygłaszać kiedykolwiek Obecnie stan medycyny nie pozwala nam... - doktor próbował uniknąć odpowiedzi, w tej samej chwili John zobaczył jednak obraz dwóch kart kalendarza – dwa miesiące zatem, pomyślał. -Dziękuję, panie doktorze, pozwoli pan, że wyjdę na chwilę, ochłonę – poprosił -Oczywiście, gdyby pan coś... - ale John był już przy drzwiach. Kilka minut później był już w swoim aucie, myśląc o tym co się wydarzyło. Dwa miesiące, może nawet nie i koniec, po wszystkim. Ma tak odejść, ot tak...? Jednego dnia będzie, drugiego już nie – i nawet nikt o nim nie wspomni, nic po sobie nie zostawi, nie zrobi w swym życiu nic dobrego...Nie, nie tak to sobie wyobrażał, to nie może się tak skończyć. Nagle wpadł na pomysł. Nie mając wiele do przeżycia nie miał też i wiele do stracenia. Odpalił silnik i ruszył.
-Może ten będzie dobry? - sprzedawca wskazał na drugi w rzędzie rewolwerów wystawionych w gablocie. Nie, ten, ten duży na końcu. -John nigdy nie strzelał z broni, jedyne co o niej wiedział, to że rewolwery się nie zacinają, w przeciwieństwie do pistoletów. No i dobrze, by był duży, to daje więcej szans... szans na co dokładnie nie wiedział, ale duży rewolwer dawał więcej pewności, był też zaskakująco ciężki i John ledwo mógł z niego wycelować. Magnum 44, taaa, niezły wybór... masz na niego pozwolenie? Ups, o tym akurat nie pomyślał, jak ma kupić rewolwer bez pozwolenia? No wie pan, ja... - zaczął niepewnie. Taa, wiem, słuchaj, sprzedam ci ten mały, a jak chcesz postrzelać do wiewiórek to nacinasz końce naboju na krzyż a te małe tałatajstwa rozbryzgują się po okolicy hehehh – dźwięku, który wydał sprzedawca trudno było nazwać śmiechem. Naprawdę mógłbym? Przymknę oko, ale będzie cię to kosztowało stówę ekstra, no i oczywiście nie znamy się. Tak oto stał się uboższy o oszczędności swego życia, za to bogatszy o rewolwer i paczkę naboi. Nożem naciął ich czubki, dum-dum tak się nazywały, znał to z jakiegoś reportażu o wojnie w Afryce, dają dużo odłamków i są tak zabójcze, że zakazane praktycznie wszędzie w cywilizowanym świecie. On jednak miał inne zadanie i inną zwierzynę. Otóż była jeszcze jedna przyczyna jego niechęci do szkoły oraz paru innych miejsc. Ludzie o aurze tak ciemnej, że aż czarnej, dotyk których umysłu przerażał go i brzydził, sam nie wiedział co bardziej. Właściwie nie byli to ludzie, to były Bestie, jak ich sam nazywał, Bestie bez których świat byłby na pewno lepszy.
Tak rozmyślając kierował swe kroki w kierunku gabinetu dyrektora szkoły. Dyrektor – szanowana w miasteczku persona – wychowywał z małżonką bliźniaczki. O tym, co im robił wiedział tylko on i one – tak było aż do czasu, gdy John po raz pierwszy wszedł do gabinetu dyrektora, wysłany przez wychowawcę z powodu kilku spóźnień na lekcje. To, co zobaczył patrząc w aurę dyrektora sprawiło, że zwymiotował na dywan, czym oczywiście cała szkoła żyła później przez cały miesiąc. Oczywiście nie mógł nikomu się tą wiedzą pochwalić, nie znajdował też rozwiązania tej sytuacji, co strasznie mu ciążyło. Aż do dziś. Korytarz szkolny był pusty, trwały lekcje, nikt więc nie przeszkodził mu w drodze do celu. Zatrzymał się przed wejściem do sekretariatu i patrząc na trzymany w…