polityka · 8 min czytania
AUTO-DESTRUKCJA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
AUTO - DESTRUKCJA
Dojrzewanie to chyba najniebezpieczniejszy okres w życiu człowieka. Ci, którym uda się przebrnąć przez niego bez szwanku na ciele i duszy mogą już z ulgą i bez żadnej dumy uznać się za szczęśliwców, bo sposobności do autodestrukcji jest w tym czasie ponad miarę. Nastolatki całego świata o buzujących od dorosłych pomysłów głowach, otrzymują upragniony oręż w postaci w pełni rozwiniętych, męskich i kobiecych ciał i niezwłocznie rozpoczynają dziecięcą jeszcze realizację wcześniej powziętych zamierzeń. Wyruszają na ulice naładowani chęciami i umiejętnościami. Każdy z nich jest dobry, ma swój indywidualny smak. Wszyscy razem, jak składniki najsmaczniejszego na świecie drinka zawracają w głowie oryginalną barwą, niepowtarzalnie pieszczą kubki smakowe i upajają niewyczuwalnym alkoholem. Próbowaliście kiedyś dolać coli do shakera? - Iker!? - Co? - Idziesz dziś na uczelnię? - Idę. Czemu pytasz? - Odbierzesz mnie z siłowni. Kończę o szesnastej, a sama trochę się boję iść. - Nie mogę. Jestem dziś umówiony. - Z kim? Ostatnio ciągle gdzieś znikasz. Przyznaj się! Zdradzasz mnie? – skrzywiła się i lekko uniosła brwi Bahija, po czym dostrzegłszy w lustrze odbicie swojej dziwacznej miny parsknęła śmiechem. Nie trwało długo, a śmiali się już razem. - Nie zdradzam cię głupolu. Jestem po prostu umówiony i to z mężczyznami, a chyba nie podejrzewasz mnie o zamiłowanie do samczej analizy. – dodał rozmasowując zbolałe od śmiechu policzki, by po swoich słowach dalej śmiać się w głos. - Kto cię tam wie? Pamiętasz jak obudziłeś się wtulony w Juana? Mówił, że wydawało mu się, że zacząłeś go rozbierać. Nie wiem czy wciąż ci wierzyć w sen o włochatym psie. - Byłem tak pijany, że cieszę się, że to był on. Jego prababka spała przecież w pokoju na górze. - Skończ świntuchu. – wymierzyła mu kuksańca w ramię i wstała. - Na pewno mnie nie odbierzesz? - Nie mogę kochanie. Uwierz mi, że naprawdę nie mogę. Dziewczyna chwyciła z krzesła chustę i owinęła nią sobie twarz. - Muszę już iść. Do zobaczenia wieczorem. - Nie lubię jak nosisz tą chustę. Boję się, że kiedyś ktoś zrobi ci krzywdę. - Słyszysz sam siebie? Tylko dlatego, że kiedyś…ktoś…może…miałabym jej nie nosić. Od kiedy stałeś się taki bojaźliwy? - Nie wiem. Może się starzeję. – uśmiechnął się do niej najbardziej życzliwie jak tylko potrafił. - Po prostu uważaj na siebie. - Będę. Nie bój się o to. Nie zapominaj, że ludzie, których krew płynie w moich żyłach rozgromili wasze wojska i bez problemu zajęli wasz kraj. Co mi zrobi jeden słaby Hiszpan. - Nie mój kraj! – spojrzał na nią srogo. - Tak, tak. Zapomniałam. Do zobaczenia. Drzwi za Bahiją nie zdążyły się jeszcze zamknąć, kiedy chłopak wstał z kanapy i narzuciwszy tylko bluzę na ramiona wyszedł zaraz za nią, bacząc jednak, by go nie spostrzegła. Ulice Madrytu były tego dnia bardzo zatłoczone, a lejący się z nieba żar zdążył już nagrzać do czerwoności kabinę ciężarówki i powoli dobierał się do twarzy Ikera pokrywając ją gęstą siecią strużek potu. Z każdym kilometrem zbliżającym chłopaka do celu jego zęby coraz mocniej zaciskały się na niewinnej, pozbawionej już smaku i właściwej konsystencji, gumie do żucia. Z radia dolatywały popołudniowe wiadomości. Od kiedy sprawdził, że budynek szkoły, którą miał dziś wizytować premier, jest wystarczająco oddalony od siłowni, do której niedawno zapisała się Bahija, wyzbył się ostatnich wątpliwości. Mknął najszybciej, jak tylko załadowana po brzegi ciężarówka, pędzić może. Na ulicy przed szkołą zastał kolumnę czarnych limuzyn rządowych otoczoną szczelnie policyjnym kordonem. Nie zwalniając nawet na moment, docisnął mocno pedał gazu, zamknął oczy i odszedł w ciszę, której zazdrościła mu w tym momencie Calle de Valencia. Wybuch był tak silny, że w jednej sekundzie pogrzebał pod gruzami szkołę, jej uczniów i odwiedzających ich gości. Opadający powolnie kurz odsłaniał kolejne zniszczenia –