Inne · 8 min czytania
Autobus
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Autobus
Zapętlone myśli z wolna kreśliły koła wewnątrz jego ciężkiego czerepu. Niczym chaotycznie rozrzucony szary pył formujący się wokół gasnącej gwiazdy krążyły wraz z nią wokół odległego słońca. Miarowa praca głośnego silnika działała na jego zmysły mocniej niż głęboki wdech eteru. Z tyłu starego przegubowego autobusu, tuż za warczącym motorem, nieznośnie cuchnęło ciężkimi oparami spalin, aczkolwiek przynajmniej było ciepło. Pojazd był długi, mknął dziurawymi ulicami miasta płynnie niczym wąż metodycznie tropiący swoją ofiarę. Zginał się w połowie, to w prawo, to w lewo, podskakiwał na wybojach, skrzypiał, zgrzytał i tłukł się niemiłosiernie, a jednak wydawał się, mimo tych swoich bez mała trzydziestu, może aż nawet czterdziestu lat, młodzieniaszkiem, który dopiero co opuścił fabrykę. Zresztą w tym smutnym mieście, w niedzielny jesienny poranek, nawet mijany przez nich pijaczyna chwiejnie podtrzymujący latarnię, zdawał się być egzemplifikacją apoteozy życia zesłaną przez bogów ku pokrzepieniu zmęczonego ducha ludzkości. Bezbarwne budynki, za mokrymi, brudnymi szybami pojazdu, zlewały się w jakiś makabryczny w swej istocie, bezbarwny bohomaz.
Powieki ciążyły nieznośnie, łeb pękał. Dźwięk otwieranych z hukiem drzwi automatycznych przyprawiał o mdłości. Przystanek pierwszy, drugi, trzeci... Kolejna wiata tonąca w zimnym deszczu i bezładnym morzu niedopałków. Kolejny pusty przystanek z zamalowanym sprayem rozkładem. Drzwi się otwierają, zamykają, otwierają, zamykają. Straszne miasto przemyka przed oczyma niczym surrealistyczne majaki wariata. Jedynie chmury wiszą martwo nad tą niemą nekropolią. Gęsto stłoczone, czarno-szare, przypatrują się z obrzydzeniem betonowemu tworowi pochowanych gdzieś wstrętnych z natury istot. Las trupiobladych wieżowców, chylących się pod własnym ciężarem kamienic, nagich krzaków gdzieniegdzie rosnących obok nierównych płyt chodnikowych. Psie odchody po bokach zardzewiałych koszy na śmieci, ludzkie wymiociny pod wyblakłymi znakami drogowymi. Ecce homo. Wytwór jego schizofrenicznej wyobraźni. Zimna klatka ciała i świadomości.
Podniósł głowę. Rząd brązowych siedzeń po jego obu stronach, niczym na jakiejś łajbie, kołysał się hipnotycznie w obie strony. Gdzieś tam daleko w przedzie siedział kierowca. Smutny człowiek w smutnym mieście. A może pojazd jechał sam? Może był tylko na wpół przezroczystym widmem, krótkim snem nieprzytomnego alkoholika, który zaraz zbudzi się z kacem w bramie jakiejś obdrapanej kamienicy? Nie, to było zbyt realne by mogło się śnić. Przejściem, na tył autobusu, zaczęła powoli spływać cienka stróżka brudnej wody. Z początku pomyślał, że to krew. Potem, że jakiś płyn. Hydrauliczny, czy coś. Nie, to z pewnością woda. Z czyichś butów. Ktoś jeszcze był w autobusie. Wytężył wzrok. Tak, kilka siedzeń przed nim siedział ktoś niewielkiego wzrostu. Czyjaś głowa ledwo wystawała ponad poziom krzesełka, w górze kończącego się grubą jak kciuk metalową barierką. Któż to mógł być? Ta małą kępka wystających włosów wydawała się być siwa. Człowiek był bez wątpienia niewielki. Chrząknął. Po chwili odkaszlał. Męski, suchy kaszel. Emanujący zmęczeniem. Staruszek.
W autobusie był jeszcze staruszek. Jakiś starszy pan, który wsiadł nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy. Siedział sobie tak spokojnie… Kim był gdy był młodszy? Jak wyglądało jego życie? Może był kombatantem? Może bronił kiedyś tego miasta przed inwazją obcych sił? Ryzykował życie za kraj oraz naród? Kto wie czy z Bogiem i honorem na ustach nie podnosił się znad barykady…