Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 10 min czytania

Autostop

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„AUTOSTOP”

Nasze dzieci o metodzie przemieszczania się z miejsca na miejsce „na stopa” będą mogły niedługo, prawdopodobnie już tylko poczytać gdzieś w encyklopedii, lub usłyszeć z ust ojców, dziadków, babć. A przecież samochodów wciąż przybywa i mogłoby się wydawać, że przy takim natężeniu ruchu to dobry i pewny sposób na podróż? Wystarczy tylko wyciągnąć kciuk w górę i z piskiem opon będą hamować „merole”, czy choćby „beemki”, kłócąc się kto był pierwszy... Niestety, w dzisiejszych, przesiąkniętych złem czasach, taka forma podróży to duże ryzyko dla obu stron. Nie wiadomo kto, ewentualnie, wsiada i kto, ewentualnie, będzie wiózł? Tyle się słyszy o tragicznych finałach takich przejażdżek, że lepiej nie ryzykować. Za czasów mojej młodości było zupełnie inaczej. Wprawdzie ruch na drogach był dużo mniejszy i nie jeździły takie „fury” jak dzisiaj, ale podróżowanie „na stopa” było bezpieczną i chętnie wybieraną metodą zwiedzania świata. A przede wszystkim tanią! Sam, w połowie lat osiemdziesiątych, tuż po maturze razem z kolegą i naszymi dziewczynami, zaplanowałem wyjazd na Mazury stopem. Dzisiejsza młodzież pewnie nawet o tym nie słyszała, ale wówczas można było podróżować tą metodą będąc zaopatrzonym w specjalne książeczki autostopowicza. Już nie pamiętam, czy nabywało się je bezpłatnie, czy za symboliczną sumę w biurze turystycznym PTTK. Miała ponumerowane kupony, które wyrywało się i, wysiadając z auta wręczało kierowcy, a ten mógł zbierać te kupony i brać po wakacjach udział w losowaniu atrakcyjnych nagród. Dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, by reaktywować taką formę podróży, choćby tylko w wakacje? Wiem, inne, niebezpieczne czasy itd. Ale przecież takie książeczki można by wydawać ze zdjęciem, danymi osobowymi, co dawałoby pewność kierowcy, że zabiera „zrzeszonego” autostopowicza. Nie wiem, może to nie jest dobry pomysł, ale coś mi mówi, że mógłby się sprawdzić. Sądzę wręcz, że firma, która zajęłaby się tym na poważnie, mogłaby nawet na tym nieźle zarobić.. Ale może się mylę ? Wróćmy może do mojego pomaturalnego „autostopowania”. Gdy już przeczytaliśmy listę osób, które zdały maturę, postanowiliśmy uczcić ten fakt wyjazdem na wakacje, pod namiot. Usiedliśmy z Krzyśkiem, moim kumplem, przed mapą, „na chybił trafił” wybraliśmy jezioro na Mazurach i ustaliliśmy, że bodaj 1-go lipca wyruszamy stopem w to miejsce. Ja i Anka z Żagania, a Krzysiek i Gośka z Dzierżoniowa. Mieliśmy się odszukać już na miejscu, jezioro nie wyglądało na duże, na pewno się znajdziemy na polu namiotowym... Pierwszego lipca o szóstej rano, razem z Anką, plecakiem i moją nieodłączną gitarą wyruszyliśmy. Oczywiście z książeczkami autostopowicza. Na okładce tejże książeczki widniał czerwony lizak, którym się machało zatrzymując kierowców, niczym policjant. To naprawdę działało! Serio! Wtedy, ponad dwadzieścia lat temu, na naszych drogach królowały Żuki, Nyski, Stary, Robury, Jelcze i różne inne, dziś już rzadko spotykane ciężarowe „okazy”, a także Wołgi, „duże Fiaty”, Wartburgi, Łady, Skody. Podróżowanie „na pace” było wówczas czymś zupełnie naturalnym, zwłaszcza z plecakiem i całym majdanem. Oczywiście z naszymi tobołami raczej nastawialiśmy się na te większe gabaryty, ale na krótko „załapaliśmy” się nawet na „Trampka”... Bez większych problemów i postojów dotarliśmy już na godzinę jedenastą do Poznania, co biorąc pod uwagę prędkości, z jakimi się te wehikuły poruszały, trzeba uznać za przyzwoity wynik. Kierowca, który wiózł nas, chyba Jelczem, w szoferce, (siedzieliśmy obok niego) był tak uprzejmy, że wywiózł nas aż za Poznań, na drogę na Bydgoszcz, choć jechał do centrum miasta. Do dzisiaj nie wiem, czy był zwyczajnie uprzejmy, czy chciał jak najdłużej być w „naszym” towarzystwie, bo trzeba przyznać, że około dziesiątej zrobiło się tak gorąco, zwłaszcza w szoferce, że Anka zdjęła bluzę i siedziała w krótkich spodenkach i obcisłej bluzeczce. Bluzeczka faktycznie była obcisła, a, że też miała co obciskać, to może kierowcy żal było się z „nami” rozstawać?.. Dalsza podróż przebiegała już wyłącznie na pace. Około piętnastej zrobiło się tak gorąco, że łapaliśmy stopa praktycznie rozebrani do strojów kąpielowych. Nie wiem, czy to zasługa moich owłosionych gir, czy jednak już opalonego w czerwcu ciała Anki, ale naprawdę nie mieliśmy kłopotów z łapaniem okazji. Ledwo wyrzucaliśmy na pobocze klamoty z auta, które właśnie skręcało, lub kończyło jazdę, już same samochody się zatrzymywały, nie musieliśmy nawet wyciągać książeczek autostopowicza. Jazda na pace to też już dzisiaj rzadko spotykana forma podróży, wręcz „wymarła”. Ale jaką dawała frajdę ! Wiatr czesał włosy, można się było wygodnie wyciągnąć na tobołach, grać na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%