Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 16 min czytania

Autostopowiczka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

No i zostałam sama.

No, może nie tak zupełnie sama, nie na zawsze. Rodzice wyjechali w delegację, brat się hajtnął z Zosieńką, a mi znów została jedynie wolna chata i pustka w sercu. Zaczynałam powoli mieć dość bezczynnego siedzenia i gapienia się w sufit, a i ciągłe strofowanie służby znużyło mnie w końcu.

Łaknęłam przygody!

Wszyscy znajomi gdzieś wyjechali. Wszyscy tylko nie ja. I to dlaczego? Z powodu bzdurnego szlabanu! Bo za późno wróciłam z imprezy! Starych niemal non stop nie ma w domu i jeszcze mają czelność dawać mi szlaban!

Miałam ich wszystkich głęboko w dupie. Postanowiłam sobie sama zrobić wakacje.

W końcu jestem już dorosła!

*

Mój sposób na niezapomnianą przygodę?

Autostop!

Marzyłam o tym, odkąd pamiętam i czułam, że właśnie teraz przyszła pora na to, aby tego spróbować. Po zdającej się nieskończenie długiej chwili wewnętrznej walki zdecydowałam się zostawić w pokoju krótki liścik odnośnie powodu mojej nieobecności. Następnie spakowałam do plecaka kilka, moim zdaniem, najpotrzebniejszych na taką wyprawę rzeczy (majtki, skarpetki, bluzę, dżinsy, trochę gotówki oraz, rzecz jasna, dokumenty i trochę żarcia w paczkach). Gdy wszystko było już gotowe, podeszłam do okna, otworzyłam je i spojrzałam w dół. A tam pionowa tafla ściany, ciągnąca się przez dwa piętra w stronę idealnie przystrzyżonego trawnika. Przełożyłam plecak na drugą stronę wąskiego parapetu i puściłam. Upadł z głuchym „puff” na ziemię. Następnie wyciągnęłam spod łóżka gruby zwój liny, przymocowałam jeden jego koniec przy metalowym haku pod jedną ze ścian (genialna robota jednego z moich dawnych kumpli z podstawówki) i wyrzuciłam linę przez okno. Mniej więcej co pół metra znajdowały się na niej grube supły, bardzo przydatne przy schodzeniu w dół. Za pierwszym razem, kilka miesięcy temu, próbowałam ześlizgnąć się na dół po samym sznurze i nie skończyło się to zbyt dobrze… To był mój pierwszy i ostatni raz bez supłów.

Oczywiście mogłam spróbować wyjść z domu głównym wejściem, ale byłam pewna, że by mi się to nie udało. Przy drzwiach siedział nasz wieloletni, cholernie upierdliwy ochroniarz, który obezwładniłby mnie w sekundę, nie pytając nawet, dokąd się wybieram. Dlatego wybrałam okno.

Naciągnęłam na ręce rękawiczki bez palców, wlazłam na parapet i przelazłam na drugą stronę. Już po kilku minutach byłam za bramą.

Przeszłam pieszo kilka przecznic i wsiadłam w pierwszy z brzegu autobus. Przejechałam na gapę kilka przystanków. Wyglądając przez przednią szybę, obserwując uważnie drogę, wypatrywałam tego szczególnego miejsca, które będzie początkiem mojej przygody.

*

I oto szłam teraz skrajem szosy, czując we włosach lekki wietrzyk, a na plecach prażące promienie południowego słońca. Miałam nadzieję, że w brązowych bojówkach, czerwonym podkoszulku i traperkach wzbudzę zaufanie na tyle, aby znaleźć jakąś dobrą podwózkę.

Wysiadłam wcześniej na skrzyżowaniu dróg, dając sobie tym samym większą możliwość wyboru. Za plecami miałam słaby zarys miasta, które właśnie opuściłam, autobus skręcił w prawo, gdzie widać było kolejne budynki. Pozostały mi do wyboru dwie drogi - północna i zachodnia, z których każda prowadziła w nieznane. Kompletnie nie wiedziałam, gdzie się obecnie znajduję, było mi więc właściwie obojętne, w którą pójdę stronę. Postanowiłam iść na zachód.

Nawet nie zauważyłam, kiedy zatrzymał się przy mnie czerwony, sportowy samochód.

- Witaj, maleńka. - Ciemnowłosy mężczyzna błysnął zębami w uśmiechu. - Dokąd się wybierasz?

- Prosto przed siebie! - odparłam ze śmiechem i wskoczyłam do jego lśniącego samochodu. Gdy ruszyliśmy z piskiem opon, rozpuściłam włosy i z przyjemnością pozwoliłam wiatrowi igrać w nich. Mój towarzysz okazał się naprawdę rewelacyjnym kompanem. I niezwykle rozmownym, a że ja również nie należałam do małomównych, znakomicie się ze sobą dogadywaliśmy. Podróż minęła nam w przyjaznej atmosferze, i trochę żałowałam, że już po pół godzinie musieliśmy się pożegnać, Makary miał jednak odebrać po drodze swoją narzeczoną i nie chciał, aby widziała go w towarzystwie innej dziewczyny. Nawet, a może i zwłaszcza, nieznajomej.

Wysadził mnie w jakimś zupełnie obcym mieście, ale nie przejmowałam się tym. Właśnie tak ma być! Kilka kolejnych kilometrów przeszłam pieszo, aż w końcu całkiem opadłam z sił. Kilka razy unosiłam w górę kciuk na widok przejeżdżających samochodów, ale żaden się nie zatrzymał, co trochę mnie zniechęciło, ale nie całkiem. Czekając na kolejną podwózkę, zjadłam lekki lunch. Okolica była bardzo piękna i spokojna. Wszędzie wokół znajdowały się pola i łąki, na których dojrzewała pszenica, a pośród niej pyszniły się czerwone maki i niebieskie chabry. W oddali dostrzegłam kilka domów, pewnie jakieś miasteczko, albo nawet większe miasto. I nagle dopadło mnie zmęczenie. Pełen żołądek, ciepło, chwila odpoczynku i byłam załatwiona. Ponownie spojrzałam na dachy w oddali. Może by tak poszukać tam noclegu?

Pokrzepiona tą myślą, stanęłam przy drodze i zapatrzyłam się w daleki horyzont. Pech chciał, że tą drogą jeździło jakoś wyjątkowo mało samochodów. Czekałam i czekałam... I w końcu... Jest!

Przyoblekłam twarz w przyjazny uśmiech i zamachałam ręką. Srebrny volkswagen zatrzymał się koło mnie niemal bezszelestnie. Podbiegłam do drzwi od strony kierowcy i ujrzałam brunetkę w dżinsach i granatowym podkoszulku. Dość niedbały strój jak na tak elegancki samochód, ale to już nie moja sprawa. Oczy kobiety skryte były za ogromnymi okularami przeciwsłonecznymi, więc nie byłam w stanie dostrzec ich koloru.

- Dzień dobry - powiedziałam przyjaźnie. - Podrzuci mnie pani do tamtego miasteczka za wzgórzem? - Wskazałam palcem czubki domów widoczne w oddali.

Nieznajoma jakby dopiero teraz ocknęła się z odrętwienia. Spojrzała na mnie, potem na moją rękę i podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku. Mimo mocnej opalenizny, nie dało się nie zauważyć, że zbladła lekko.

- Tam? Chcesz jechać… tam? – wydukała i zanim zdążyłam się skapnąć, co zamierza, dodała gazu i ruszyła z piskiem opon. Już po kilku sekundach pozostała jedynie maleńką kropeczką na w oddali. Tupnęłam nogą ze złości. Byłam wprost niewiarygodnie zmęczona. Dopiero teraz poczułam, jakie wszystko mam obolałe. Nogi, ramiona, kark. I jeszcze w dodatku natknęłam się na jakąś przewrażliwioną babę, która uciekła stąd, jakby się paliło! Okej, no ale spokojnie. Nie wyobrażałaś sobie chyba, Justynko, że każdy przejezdny powita cię z otwartymi ramionami?

Odetchnęłam głęboko i ruszyłam przed siebie w żółwim tempie, ale już po kilku krokach zatrzymałam się i odwróciłam na dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Zmrużyłam oczy w zachodzącym słońcu i resztkami sił machnęłam ręką. Samochód zatrzymał się łagodnie tuż obok.

Tym razem był to zwykły granatowy polonez i oba miejsca z przodu miał zajęte. Za kierownicą siedział starszy facet, cały pomarszczony, z cienką blizną na policzku i małymi oczkami skrytymi za równie malutkimi okularkami w rogowych oprawkach. Nawet nie odwrócił głowy w moją stronę, tylko zerkał na mnie z ukosa. Jakby nie chciał rozdrażnić osoby siedzącej obok.

A była to drobnej budowy i niezwykle szczupła, na oko może trzynastoletnia dziewczynka o dużych brązowych oczach i jasnych lokach. Ubrana była w długą do kolan, koronkową sukienkę i kapelusik do kompletu. W ręce ściskała kremowego pluszowego misia. I nijak nie pasowała do tego rozsypującego się, brudnego poloneza.

Mimo niespodziewanego impulsu, który kazał mi zwiewać daleko stąd, obeszłam auto dookoła i nachyliłam się w stronę staruszka.

- Dzień dobry! - przywitałam się. - Jadą państwo może w stronę tamtego miasta? - zapytałam.

Widziałam wyraźnie, że staruszek już otwiera usta, aby coś powiedzieć, lecz uprzedziła go…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Autostopowiczka — czytnik · opowiadania