Komedia · 19 min czytania
Awangwardia - część pierwsza
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zygmuntowicz miał w życiu dwie pasje: wojsko i kino. Żołnierze maszerujący w zwartym szeregu zawsze potrafili przykuć jego uwagę. Jego ulubioną książką były „Przygody dobrego wojaka Szwejka” - cudowna książka w dwóch tomach, napisana przez znakomitego czeskiego pisarza, Jaroslava Haška. Zygmuntowicz przeczytał ją w swojej młodości kilkakrotnie. Kiedy przystępował do egzaminu maturalnego, to ta książka omal nie pokrzyżowała mu planów życiowych, bo, zamiast obłożyć się podręcznikami do arytmetyki lub biologii, szedł nad rzeczkę Rawkę w swoich rodzinnych Budach Grabskich i tam, wśród szumu wody i ptasich śpiewów, zanurzał się w tę historię prochem i chmielem pachnącą. Takie to było rendez – vous młodego Zygmuntowicza. Co do drugiej pasji, o której napisałem na początku – kina – trzeba powiedzieć, że było to zamiłowanie, któremu nasz bohater nie mógł się oddawać zbyt często. Nie zawsze stać go było na bilety, nie zawsze też obowiązki domowe pozwalały na to, żeby: „tak sobie siedzieć w cimnej sali i łoglondać, mój młody panie”. To ostatnie zdanie często słyszał z ust rodziców. Kiedy jednak nadchodził ten upragniony moment i Zymuntowicz, z wielką radością w sercu, stawał przed kasą kina w Skierniewicach, zawsze wybierał filmy o tematyce wojennej. Polskie czy zagraniczne, ale zawsze musiało tam był coś o wojsku, czołgach, samolotach itp. „Filmy w pełnym umundurowaniu” - jak je, na własny użytek nazywał Zygmuntowicz. Dodać tu muszę, że w przypadku Zygmuntowicza i jego rówieśników, nazwa „film zagraniczny” dotyczyła najczęściej produkcji radzieckich. Cóż, człowiek nie wybiera daty swojego przyjścia na świat. Te same filmy, oglądane w telewizji, nie cieszyły go już tak bardzo. Egzamin dojrzałości, pomimo „Szwejka”, projekcji kinowych, oraz mnóstwa innych rzeczy, które zaprzątały jego młodą głowę, został szczęśliwie zdany i od tego momentu Zygmuntowicz czekał już tylko na list wzywający go do wojska. Jego plany życiowe bowiem wiązały się ze studiowaniem na Wojskowej Akademii Technicznej. Zygmuntowicz marzył o studiach właśnie na tej uczelni. 1 października 1951 roku odbyła się inauguracja pierwszego roku akademickiego na WAT-cie, a dokładnie w tydzień później on sam przyszedł na świat. Dużo słyszał na temat tej uczelni z opowiadań kolegów i znajomych ojca, wiele też sam przeczytał. Na początku czekało go jednak odbycie zasadniczej służby wojskowej. W jednostce wojskowej w Jaworznie, Zygmuntowicz dość szybko znalazł swoje miejsce. To właśnie z jego inicjatywy powstał tu Wojskowy Klub Filmowy. Żołnierze dyskutowali w nim o najnowszych filmach wojennych, często odbywały się projekcje. Głównym „konikiem” Zygmuntowicza było jednak kręcenie filmów krótkometrażowych i wysyłanie ich na festiwale filmów żołnierskich. Filmy te nieraz zdobywały trofea i laury, co sprawiało, że Zygmuntowicz zyskał sobie sympatię przełożonych i kolegów. Cały wystrój i organizacja klubu filmowego należały do niego i jego pomysłowości – a tej ostatniej, absolutnie mu nie brakowało. Małe pomieszczenie kinooperatora z dwoma projektorami filmowymi, graniczące przez ścianę z salą projekcyjną. Na ścianach porozwieszane plakaty z filmów wojskowych, w większości produkcji radzieckiej. Tak, Zygmuntowicz był bardzo dumny ze swojego klubu i bardzo o niego dbał.
Teraz zaś, młody Zygmuntowicz siedział przy stole w pomieszczeniu kinooperatora i palił papierosa. Nie domyślał się nawet jakie niespodzianki przygotował dla niego dzisiejszy dzień. Dzień, który miał być pełen szczęścia i powodów do dumy, a stał się dniem fatalnym. Ale... nie uprzedzajmy faktów. Zygmuntowicz siedział i palił. Nagle drzwi otworzyły się. Zygmuntowicz natychmiast położył papierosa na popielniczce, stanął na baczność i zasalutował. Bo oto do siedziby klubu filmowego wszedł jego przełożony, sierżant Potakiewicz. - Spocznij! - wesoło krzyknął sierżant. Zygmuntowicz od razu zauważył, że jego przełożony ma dla niego jakąś radosną nowinę. - Tak, tak, starszy szeregowiec, oto nadszedł ten, długo przez nas oczekiwany, moment. Za chwilę swoją obecnością zaszczyci nas gość absolutnie wyjątkowy. Generał Kogutow! Siergiej Parowozowicz Kogutow! Spocznij, wolno palić! Znaczy się... kontynuować palenie. Obaj usiedli na krzesłach przy stole. Zygmuntowicz wyciągnął paczkę papierosów w stronę sierżanta, ten jednak odmówił. To, co miał do powiedzenia było zbyt ważne, żeby jeszcze samemu sobie przeszkadzać nieustannym zaciąganiem się. - To dla mnie zaszczyt tak ogromny, - mówił dalej Potakiewicz - że z trudem dobieram teraz słowa. Takie, bardziej wykwintne, rozumiecie? Trening czyni mistrza, a ja osobiście pragnę, aby przemowa, jaką zaraz wygłoszę na powitanie naszego gościa, była jak najpiękniejsza. No, jak to widzicie? - Ma się rozumieć obywatelu sierżancie, że jak najpiękniejsza. - uśmiechał się Zygmuntowicz. - Ja to bym pewnie w ogóle nie potrafił zachwycić tą… no, przemową. Ale obywatel sierżant, to, jak najbardziej! Nie ma co, powitanie będzie w dechę! - W jaką dechę?! Co wam jest?! - sierżant zdenerwował się w tym momencie. Lubił tego Zygmuntowicza, ale ten żołnierz miał wyjątkową zdolność do wpadania w tarapaty. Raz, na przykład, pomylił solniczkę z pieprzniczką na stołówce. Wszyscy mieli z tego niezły ubaw! Wszyscy – oprócz tego pechowego delikwenta. - Przepraszam, towarzyszu sierżancie – wyjąkał zawstydzony Zygmuntowicz. - Starszy szeregowiec, ja was upominam! - Potakiewicz zmarszczył brwi i przez moment wlepiał swój surowy wzrok w Zygmuntowicza. Widząc jednak jego zmartwioną minę, udobruchał się nad nim i przeszedł na weselsze tony. - Generał Kogutow – powrócił do tematu - to duma i chluba armii radzieckiej, a do tego - co was zapewne bardzo zainteresuje - wielbiciel kina. Już wkrótce go u nas zobaczymy! Kazałem chłopakom, żeby dali znać jak tylko pojazd z generałem pojawi się na horyzoncie. Jeden z szeregowców ma tu do nas przyjść i zameldować. Mam nadzieję, że zrobi to w porę. A czy widownia jest przygotowana? Potakiewicz popatrzył surowo na Zygmuntowicza, ten jednak wyprężył się dumnie. - Tak jest, obywatelu sierżancie. Wszystko zapięte na ostatni guzik. - Dobrze, zaraz sam to sprawdzę. – Potakiewicz podszedł do drewnianych drzwi pomalowanych na ciemny brąz, otworzył je szeroko i zajrzał do środka. W sali projekcyjnej rzeczywiście panował wzorowy porządek. Potakiewicz podszedł do z szerokim uśmiechem do Zygmuntowicza. Poklepał go po ramieniu. - Wspaniale, Zygmuntowicz, nie zawiedliście mnie! Sami zobaczycie, jakie wielkie wrażenie zrobi na was generał Kogutow. To miłośnik kina, jak my wszyscy. - Jak my wszyscy, tak jest! - A no, właśnie! Wiem, iż ostatnio byliście pod dużym wrażeniem tego nowego filmu amerykańskiego. Tego, jak mu tam, „Mostu na rzece Kwai”. - Potakiewicz mówił te słowa szeptem, tak jakby się bał, że ktoś może ich podsłuchiwać. To wydało się Zygmuntowiczowi dziwne. „Przecież tutaj nie ma nikogo oprócz nas.” - pomyślał. Sierżantowi zaś odpowiedział: - Och, tak, to wspaniały film. Kolorowy, panoramiczny. Widziałem go w kinie, w naszym miasteczku. Wiecie… - Dobrze, dobrze. O tym nie trzeba głośno. - Sierżant lekko ofuknął Zygmuntowicza. -A już na pewno, nie przy naszym gościu! Zygmuntowicz stał przez chwilę zakłopotany. Sierżant zmienił ton rozmowy na łagodniejszy. - Słuchajcie, ja wiem, że takie obrazy mogą się podobać. Wyprodukowany został z wielkim rozmachem. Tak - kolorowy! Tak - szerokoekranowy! Ale jest to produkcja amerykańska, a więc niewłaściwa i w gruncie rzeczy ideowo nam obca. - Tak jest obywatelu sierżancie, ma obywatel sierżant całkowitą słuszność. - Mam do was prośbę, nie wspominajcie nikomu z naszych gości o tym, że byliście na tym filmie. Po co psuć serdeczną atmosferę braterstwa? - Obywatelu sierżancie, możecie na mnie liczyć. Ani pary z pyska! Nie potrzeba nam żadnych kłopotów! - Cieszę się, starszy szeregowy, że się rozumiemy. Gdyby ideologia marksistowska pozwalała i nauczała o istnieniu jakiegokolwiek komunistycznego czy socjalistycznego bożka, Potakiewicz zapewne modlił by się teraz do niego w ciszy, aby ten ciemięga, Zygmuntowicz nie spaprał niczego podczas wizyty dostojnego gościa. Ponieważ jednak, jak doskonale wiemy, taka możliwość nie mogła być w ogóle brana pod uwagę, Potakiewiczowi pozostawało jedynie mieć nadzieję, że wizyta przebiegać będzie bez zakłóceń. Sierżant milczał więc krótką chwilę. - Aha, byłbym zapomniał. - odezwał się nagle. - Generał Kogutow oprócz części oficjalnej, czyli przemówienia przygotował dla nas atrakcję szczególną. Będzie nią projekcja wybitnego dzieła kinematografii radzieckiej. Wspaniałe dzieło, „Pancernik Potiomkin” Sergieja Eisensteina. My zaś, w dowód wdzięczności, zaprezentujemy generałowi i jego kompanom skromne filmowe dokonanie naszego Wojskowego Klubu Filmowego. - Znaczy się, nasz film instruktażowy?! - ucieszył się Zygmuntowicz. - Tak jest. Nasz film, doceniony przez jurorów Festiwalu Wojskowych Klubów Filmowych z całego kraju i nagrodzony Srebrną Lufą. Na pewno im się spodoba. Nagle ktoś zapukał do drzwi. - Wejść! – wrzasnął sierżant Potakiewicz. Do środka wszedł młody szeregowiec. W rękach trzymał dwa pudełka na szpule z filmem. - Szeregowiec Malinowski, melduje się! - Spocznij. No, jak tam?! Są już blisko?! - Tak jest, obywatelu sierżancie! Według naszych obliczeń, za sześć minut wjadą na dziedziniec. - rzucił krótko szeregowy. - Wyśmienicie! - Potakiewicz zatarł ręce z uciechy. - Zygmuntowicz, weźcie te…