Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 7 min czytania

Baba Jara

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

[Zamiast wstępu. Aby zrozumieć kim jest i skąd się wzięła Baba, sięgnij do tekstu pierwszego o Babie http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79176 Miłego spotkania z Babą!]

Wiosna? Ach, to ty?

Wróciłem późno i zmęczony. Zapaliłem lampkę i klapnąłem na fotel. Objął mnie czule. Zamknąłem oczy i oddałem się w zaufaniu jego przepastności.

— Nareszcie w domu — mruknąłem do siebie. — Nareszcie spokój i cisza.

Nie wybrzmiało mi w głowie jeszcze ostatnie słowo, gdy usłyszałem coś w rodzaju chlupania. Otworzyłem oczy i spojrzałem na regał. Wyostrzyłem zmysł właściwy i wyprostowałem się w fotelu na widok Baby, która właśnie zanurzała w filiżance… coś.

— Co robisz — jęknąłem czując, jak spokój umyka.

— O! Cześć. — Baba rzuciła głową zaskoczona. — Nie słyszałam, że wróciłeś.

— Zaczynasz mówić, jak wieloletnia żona — powiedziałem i ugryzłem się w język. Za późno.

Baba przyjrzała mi się uważnie, jakby znad okularów. Czułem te ostre złośliwe szpilki na twarzy.

— Żartowałem — zaskrzeczałem rozpaczliwie.

— Topię — odrzekła w końcu i zaczęła maczać to coś w herbacie.

Jedną ręką trzymała górny koniec tego czegoś składający się z dwóch zapałek, a drugą dzwoniła łyżką w spodek. Śpiewała przy tym coś cicho. Macza, śpiewa, dzwoni, macza, śpiewa, dzwoni, macza, śpiewa, dzwoni. Zza Mitologii Słowian wyszedł Satyr turlając świeczkę typu tealight. Za nim Budda toczył pomalowane jajko. Satyr ustawił świeczkę z dala od filiżanki. Budda zmierzał ku Babie. Potknął się nagle, zamachał krótkimi łapkami i wyłożył się jak krągły. Jajo poturlało się na brzeg półki. Baba zamarła. Satyr jęknął. Budda na brzuchu kołysał się w milczeniu. Zerwałem się i złapałem je tuż nad podłogą.

— Masz szczęście, Budka — powiedział Satyr. — Inaczej Baba ciebie by pomalowała.

Położyłem jajo na półce. Budda objął je czule, ucałował i doturlał do Baby. Przyjrzałem się temu czemuś, co baba tak namiętnie maczała w herbacie. Dziwne to to. Niby postać jaka, ale koślawa strasznie. Z zapałek korpus zrobiony, sukienką szarą obleczony, łeb z chusty uwity. Pod łbem coś a’ la korale dyndały. Głowa i usta mi się wykrzywiły, jak u Ja Klaudiusza.

— A to, co to? — gardłowo, niemal z japońską wymową i akcentem takowym mi się wyrwało.

— Atotakieotooooo — Satyr mnie przedrzeźnił bardzo po japońsku.

— Nienamotooooo — Budda się dołączył.

— A my kuku jej na muniuuuuuuu — dodała Baba i wszyscy palnęli śmiechem. Najsprawniej turlał się Budda. Baba z gracją trzymała rąbek sukienki. Satyr stukał kopytkami.

Skorzystałem z okazji i wyjąłem takieoto z herbaty.

— Kukła — wybąkałem ni to do siebie.

— Śmiercicha, gamoniu — powiedział bóg. Siedział na grzbiecie Dobrego omena i machał nogami.

Spojrzałem na niego zdziwiony. Dawno go nie było.

— A ty co tu robisz? – powiedziałem walcząc ze szczękościskiem. — Myślałem, żeś Babę opuścił.

— Przybyłem na to wiosenne świętowanie — odparł wzruszając ramionami. — Jest wiosna, jest impreza. — Uśmiechnął się do mnie i spojrzał mi w oczy czule. — Dobrze, że i ty wróciłeś. Martwiliśmy się o ciebie. — Poczułem ciepło w ciele. Roztkliwienie? — Siadaj sobie i patrz. To również dla ciebie.

— Tak, wróciłem.

— Zarrrazzzzz czasssss! — zasyczał Satyr.

— Ale

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%