Fantastyka · 48 min czytania
Bagna Zapomnienia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sam nie wiem co obudziło mnie najpierw, ten cholerny znowu powtarzający się kac czy telefon dzwoniący jak mi się wydawało przez całe wieki. -Halo-usłyszałem w słuchawce nieznajomy głos -Tak słucham-odpowiedziałem najmilej i najbardziej trzeźwo jak umiałem po pijackiej nieprzespanej nocy -Czy mówię z panem Marcellusem? Nie potrafiłem się uśmiechnąć kiedy o to zapytała, Marcellus był że tak powiem moim pseudonimem artystycznym -Tak oczywiście, w czym mogę pani pomóc? Nie wiem co robić, przeczytałam o panu w ogłoszeniu i chciałabym... zresztą to nie jest rozmowa na telefon. Czy mogłabym się z panem spotkać? -Tak, jeśli czytała pani ogłoszenie to zapewne wie pani gdzie i kiedy przyjmuję, a czy pani wie że jest godzina piąta rano? -Przepraszam, ale czy jest możliwe szybsze spotkanie, cena usługi naprawdę nie gra roli. W pierwszej chwili chciałem zbesztać tą babę. Dzwoniło do mnie codziennie mnóstwo kobiet z wydawałoby się "nagłym" przypadkiem, ale słowa o cenie która nie gra roli podziałało jak okład na moja biedna głowę. -Cóż, sądzę że da się coś zrobić. Przyjmuje od dziesiątej, wydaje mi się że ósma będzie najbardziej odpowiednia. Będę czekał w pracowni. -Przyjdę na pewno tylko, na boga niech pan tam będzie! Odłożyłem telefon i upadłem na łóżko jak zbity pies. Wiedziałem że jeśli teraz zasnę na pewno nie spotkam się z nią o ósmej. Poszedłem więc po kawałek lodu do łazienki, włożyłem go w wentylator i czekałem. Jakiś czas później spróbowałem nawet myśleć. "Hm - to pewnie jedna z tych nadzianych starych bab jeżdżących mercedesami z własnym kierowcą szukających rzeczy które nigdy nie były im pisane. Miłości, szczęścia, namiętności, a czasami prawdziwego życia. Ja robiłem to czego chciały. Byłem wróżbitą, astrologiem, jasnowidzem - wszystko według życzenia. Nie myślałem nawet że popyt na nadzieje jest aż tak duży. Przypomniałem sobie jak się to wszystko zaczęło. Otóż po ukończeniu wydziału historii starożytnej i opuszczeniu mojej "alma-mater" nie miałem pojęcia co ze sobą począć. W instytucie nikt mnie nie chciał, albowiem jak powiedział kiedyś dziekan wydziału, pojęcia nie ma jaki cud sprawił że po ośmiu latach studiowania udało mi się ukończyć uczelnię. W warszawskich szkołach wszystkie etaty były zajęte, przynajmniej w większości szkół które sprawdzałem. A na prowincjach zarobki były tak marne że nawet nie szukałem. Od wielu lat pasjonowały mnie kontrowersyjne dziedziny wiedzy z pogranicza nauki i mistyki. Była to chyba jedna z niewielu dziedzin o której coś wiedziałem. Było coś fascynującego w tych naukach od strony poznawczej. Jakaś nieprzeparta ciekawość, chęć poznania która nie pozwalała zasnąć. Podczas jednego z takich samotnych wieczorów kiedy moje finanse stały znacznie gorzej niż źle (pokój który wynajmowałem miałem opuścić w ciągu dwóch tygodni z powodu nie opłaconego komornego) przyszedł mi do głowy pomysł aby zostać wróżbitą. Za pożyczone pieniądze wynająłem lokal na peryferiach miasta z przeznaczeniem na działalność gospodarczą. Na bazarze staroci kupiłem szklaną kulę, karty tarota, oraz długi, stary jak świat i tak samo drogi płaszcz. Wyglądałem w nim głupio ale w związku ze specyfiką wykonywanej przeze mnie pracy musiałem go nosić. Tak wyposażony za resztę pieniędzy zamówiłem w firmie "M. Cynik i synowie" duży świecący szyld reklamowy z napisem "Mag Marcellus - tajniki wiedzy dawno zapomnianej. Przyszłość i przeszłość tylko dla ciebie". Było to tak banalne że aż robiło się niedobrze "ale przecież nie o to chodzi tym którzy tutaj przyjdą. Zastanawiałem się przez chwilę czy nazwisko szefa firmy nie będzie złym omenem dla mojego przedsiębiorstwa, lecz porównując ceny w innych zakładach pozbyłem się swoich zabobonnych przeczuć. Po dwóch tygodniach wszystko było gotowe. Czarny atłas na okrągłym stole lśnił tajemniczo w blasku świecy i szklanej kuli. Krzesła obite nowym czerwonym pluszem w tym świetle wydawały się nawet starsze niż mówił mi właściciel lombardu w którym je kupowałem. Indyjskie kadzidełka wypełniały lokal porządnym pachnącym dymem a ciszę mąciły jedynie dźwięki spokojnej elektronicznej muzyki brzmiącej rzeczywiście nie z tej ziemi. Na początku interes szedł marnie. Klientki -zwykle grubo po latach kiedy wyglądały jeszcze atrakcyjnie-przychodziły rozmawiać ze swoimi zmarłymi mężami zapytać ich o zgodę na ponowne zamążpójście. Pytały kiedy odejdą na "swoje" ich dzieci i temu podobne bzdury. Byłem niezły. Z pomocą szklanej kuli, kart tarota, pentagramów, talerzyków i oczywiście fusów z herbaty odpowiadałem na wszystkie pytania tak jak chciały bym odpowiadał. Po jakimś czasie oraz licznej reklamie w miejscowej prasie interes zaczynał się wcale nieźle rozkręcać, i gdyby nie myśl że będę musiał płacić za to podatki spałbym zupełnie spokojnie. Właśnie kiedy obudził mnie wspomniany wyżej telefon byłem po wykładach które dawałem przez całą noc Marioli, poznanej przygodnie w nocnym barze. Wykład był przepojony jej pasją poznania i zapachem drinków z wódką "Pani Twardowska". Przytrzymując lód na głowie odwróciłem się i spojrzałem na miejsce gdzie jeszcze wczoraj wieczorem leżała Mariola. Niestety zostały tylko koronkowe majtki i zapach perfum "caffe-pari". Spojrzałem na zegarek. Było dwadzieścia pięć po siódmej. Wstałem najszybciej jak mogłem, wziąłem zimny prysznic, zapakowałem się do mojego starego FSO 1500 i pognałem na przedmieścia "Ursusa" gdzie miałem swoją pracownię. Kiedy otwierałem pod zakład z piskiem opon podjechała czarna limuzyna, taka jakie widywałem tylko w amerykańskich filmach i to tych wysoko budżetowych. Z limuzyny wysiadł szofer w służbowym uniformie. Wyglądało to dość śmiesznie kiedy próbował biec do tylnych drzwi limuzyny w sposób spokojny i dystyngowany. Zza otwieranych drzwi limuzyny wysunęła się najpierw noga a potem cała postać kobiety. Przeszła szybko przez chodnik. Chciałem coś powiedzieć, ale to ona powiedziała pierwsza. -Niech pan otwiera w końcu te drzwi- prawie krzyknęła bezceremonialnie. Przez cały czas rozglądała się dookoła. Zdążyłem tylko powiedzieć "proszę" kiedy ona była już za drzwiami. Kiedy zdjęła płaszcz zatkało mnie. Spodziewałem się egzaltowanej starszej pani której przez tydzień co noc śniły się koszmary a zobaczyłem piękną młodą kobietę. Szczupła sylwetka, duże piersi i wyraźnie zarysowane biodra zdobiły biały kostium który miała na sobie. Nie byłem fachowcem od tych spraw ale dałbym sobie obciąć rękę że perły na jej szyi były prawdziwe, tak samo jak dyskretne diamentowe kolczyki i rubinowy pierścionek. Spokojnie ująłem ją za rękę. -Już dobrze, tutaj pani nic nie grozi, proszę się uspokoić i przejść do tamtego pokoju-wskazałem drzwi pracowni. W jej oczach czaił się strach. Usiedliśmy wygodnie przy stole. Szklana kula była przykryta, zasłony w oknach odsłonięte. -Słucham panią Trochę się uspokoiła, przynajmniej na tyle by mogła już rzeczowo porozmawiać. -Proszę pana, Przyjechałam do Warszawy z Wadowic. To taka mała miejscowość niedaleko Szczytna. Kiedy skończyły się rządy komunistyczne odzyskaliśmy z rodziną nasze ziemie rodowe. Ojciec uparł się żebyśmy przyjechali do Polski. Mówiłam mu że nie warto, ale nie chciał mnie słuchać. Rozpłakała się. Nie bardzo wiedziałem co robić. Podsunąłem jej chusteczkę pod nos i położyłem rękę na ramieniu. Cała była rozpalona. Zresztą poczułem jeszcze coś, coś czego jeszcze nigdy nie czułem. To ciepło przechodziło na mnie, było mi jakoś błogo jakby ta dziewczyna była źródłem jakiejś energii. Ale w chwili kiedy to pomyślałem uspokoiła się i spojrzała na mnie znacząco. -Chyba nie jest pan taki jak wszyscy. Ona myśli że chcę ją poderwać. Zabrałem dłoń, nie miałem pojęcia o jakich wszystkich mówiła ale wyraziła się dość jasno. Usiadłem naprzeciwko. -Jak już mówiłam przyjechaliśmy do Polski ze Stanów-pan wie tam wśród Polskich arystokratów tradycje rodzinne kultywowane są bardzo długo. Mój ojciec, był fabrykantem, połowa farb i lakierów sprzedawana w Ameryce pochodzi z naszych fabryk. Pradziad ojca wyemigrował stąd jeszcze za czasów rozbiorów, kiedy straciliśmy wschodnie granice. Przed wyjazdem jednak zdołał ukryć dużą część rodzinnych kosztowności "Karkowskich", bo tak się nazywam w jednym z okolicznych jezior. Po przyjeździe żyliśmy normalnie, wybudowaliśmy dom a ojciec z bratem rozkręcili interes w Polsce. Przy kominku ojciec wpadał w sentymentalny nastrój i opowiadał stare legendy o tych okolicach. Historie te przechodziły w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Znaliśmy je na pamięć od czasu kiedy byliśmy dziećmi. Ale żeby nie urazić ojca nie sprzeciwialiśmy się tym jego opowiadaniom i wytrzymywaliśmy ile się dało. Ale pewnego wieczoru ojciec opowiedział prawdziwą historię o rodzinnym skarbie. Nie były nam potrzebne pieniądze...- wyobrażam sobie pomyślałem-ale mój brat zapalił się do przygody i uparł się aby go odszukać. Pewnego dnia poszli razem nad jezioro i nigdy stamtąd nie wrócili. Mówiąc to wyciągnęła z torebki małą szkatułkę i położyła ją na stole. -Czy zawiadomiła pani policję-ta sprawa wydaje się bardziej zainteresuje ich niż mnie. Oczywiście współczuję pani ale widzi pani ja się zajmuje... -Wiem czym się pan zajmuje, dlatego myślałam że choć pan nie będzie mnie uważał za idiotkę jak wiele innych osób. Policja w ciągu pięciu miesięcy nic nie znalazła. Nic, rozumie pan? Żadnego najdrobniejszego śladu że był tam także ktoś inny niż oni. Z samochodu nie skradziono nawet radia a portfele całkiem przemoczone ale pełne drobnych i kart kredytowych znalazła policja kiedy ich wyłowili. Ja boję się spać w domu. Słyszę szurania i buczenia. Nie wiadomo dlaczego same odkręcają się krany i płynie z nich jakaś czerwonobrunatna maź. Przez okno widzę kobiety spacerujące poprzez ogród w kilkunastostopniowym mrozie tylko w przezroczystych nocnych koszulach. Kiedy przyjeżdża policja wszystko wraca do normy. Służba prawie cała mi wymówiła. Choć chciałam im znacznie podnieść pensje. Oni po prostu uciekli. W ogromnym domu została mi tylko jedna guwernantka, kucharka która prawie zwariowała i szofer. Policyjny psycholog stwierdził że to zbiorowa psychoza i zalecił wyjazd stąd, przynajmniej na jakiś czas. -Dlaczego pani nie wyjechała? -Ojciec kochał tą ziemię. Ktoś tutaj musi prowadzić interesy. W Stanach została moja siostra i ona zajmuje się tamtym biznesem. Zresztą ona zawsze była bardziej praktyczna. Po pogrzebie wrócili tam z mężem. Zresztą chyba zdążyłam polubić tę okolicę i ludzi. Chciałabym tutaj zostać i nie jestem wariatką. Wziąłem w dłonie szkatułkę. -Co to jest?-spytałem -Ta szkatułka była w domu zawsze, ojciec mówił że od pokoleń. Wyglądało na to że jest ze szczerego złota. Były na niej wyrzeźbione drzewa, krzewy i zwierzęta leśne. Każdą stronę szkatułki zdobił kabalistyczny znak. Przyjrzałem mu się ale z niczym nie mogłem go skojarzyć. Spojrzałem na kobietę która przede mną stała. Rzeczywiście nie była szalona. Te oczy nie były oczyma patrzącymi poprzez obłęd. Historia którą opowiedziała była jasna i logiczna, przynajmniej z mojego punktu widzenia. -Rzeczywiście zainteresowała mnie pani, szczególnie historia ta szkatułka. Od kiedy mogę zacząć? -Mój dom i ja jesteśmy do pana dyspozycji. Może pan zacząć nawet od zaraz. -Proszę dać mi kilka godzin czasu. -Ile panu potrzeba? -Sądzę że około dwóch godzin powinno wystarczyć na przygotowania. -Czekam więc w hotelu "Holiday Inn" za dwie godziny panie Marcellus. -Proszę mówić mi Adam-uśmiechnąłem się Marcellus to zbyt oficjalne jeśli mamy próbować rozwikłać tę sprawę razem Skinęła głową na znak że zrozumiała.-typowy arystokratyczny gest "suka"- przemknęło mi przez myśl. Pakując rzeczy w swoim pokoju nie miałem pojęcia co z tym wszystkim zrobić. Przed oczyma miałem wszystkie scenariusze, od rozchwianej psychiki mieszkańców domu do przekonania o prawdziwości zdarzeń co było dla mnie najgorszą myślą dzisiejszego dnia. Podróż nie trwała długo. Rozpędzony "Lincoln" płynął po czarnym asfalcie drogi z szybkością stu czterdziestu mil na godzinę zwalniając tylko na krętych odcinkach drogi. W czasie podróży starałem się unikać tematu dziwnych wydarzeń w domu mojej pracodawczyni. Kierowca zatrzymał płynnie samochód. Otworzyłem drzwi i ujrzałem posiadłość. Może spodziewałem się starego zapadłego dworku szlacheckiego którego kazamaty dziadów skrywały więźniów i trupy? Może szarej pogody i wiatru? A może... W każdym razie niczego takiego nie zobaczyłem. Dom przede mną był żywcem wyjęty z seriali o wielkich fortunach Ameryki. I tylko czekałem kiedy usłyszę zapraszający głos Rokefelera. Słońce radośnie przygrzewało jakby kpiło sobie z pory roku. Śnieżny roziskrzony tysiącami słonecznych odblasków krajobraz był jak wyjęty z bajki o królowej śniegu, a sama pani domu na jego tle wyglądała jak mała piękna Greta, zagubiona i przestraszona. Przed drzwi domu wyszła pokojówka. Była to mała zgrabna osóbka do której tak pasował fartuszek iż wydawałoby się że nosiła go zawsze. -Marysia pokaże panu pokój. Proszę się rozgościć-usłyszałem z ust pani domu. Wyglądała jakby za chwilę miała wejść do domu ale nie wchodziła. Jedno spojrzenie na nią wystarczyło. Ona się po prostu bała, chciała żebym wszedł pierwszy. Co musiało się dziać w tym domu że tak realnie patrząca na świat osoba bała się do niego wejść? Kierowca samochodu stał jak zaklęty przy jego drzwiach rzucając mi od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia Wszedłem do wnętrza domu. I wtedy to się stało. Uczucie było okropne. Zimno, tak jakby w dom był nie ogrzewany, ale było jeszcze coś, jakieś uczucie. Nie potrafiłem tego sprecyzować, ale nie było to przyjemne. Starałem się nie dać po sobie poznać uczucia chłodu które było wszechobecne ale ona wiedziała. Nie powiedziała jednak ani słowa. -Pójdę się przebrać i rozpakować-wycharczałem przez suche jak pieprz gardło -Tak proszę ... Jeszcze jedno, będzie pan spał w pokoju obok mojego. I proszę mi mówić Sara. -Dziękuję Saro-odwróciłem się na pięcie. -Obiad o czternastej-rzuciła krótko i wyszła do ogrodu. W pokoju zacząłem się rozpakowywać. Oprócz dwóch par koszul i bielizny miałem przy sobie większość atrybutów które pozwalały ludziom wierzyć że byłem tym za kogo się podawałem. Czyli płaszcz, szklana kula, tabliczki z runicznymi znakami, znalazła się nawet królicza łapka którą uważałem za śmieszną i dawno powinienem był ją wyrzucić. Były jeszcze książki. Jedyne co tak naprawdę mogło mi się przydać. Ale nie w instrumentach i gadżetach tkwił problem. Ja po prostu w to wszystko nie wierzyłem. Wiedziałem że umysł człowieka posiada ogromny potencjał. Przecież telekineza i jej odmiany były faktem w świecie naukowym. Ale nie mogłem sobie wyobrazić kogoś kto potrafiłby pozbawić ciepła cały dom kiedy wszystkie kaloryfery parzyły w palce. Być może stałem na progu ogromnego odkrycia? Jeśli nawet ktoś taki by istniał (co z góry wykluczałem), to jaki potężny musiałby być ten umysł. Podniosłem jedną z książek. Było to stare przedwojenne wydawnictwo "Świt" wydające książki o wiedzy tajemnej na długo przed moim urodzeniem. "Tajemnice czarnej i białej magii"-w myślach powtórzyłem tytuł. Czytałem ją kilkakrotnie aby przybliżyć sobie terminologie i słownictwo mojego fachu, ale nigdy nie używałem formuł i zaklęć tam zawartych. Może teraz będę musiał? Z tych rozmyślań wyrwało mnie nieśmiałe pukanie. -Proszę pana obiad podano. -Już schodzę dziękuję.-Kroki za drzwiami powoli się oddalały. Sala jadalna była jasna i przestronna. Wyglądała jak relikt arystokracji, stół jadalny bardziej był podobny do pasa startowego niż do stołu na którym przyzwyczaiłem się jeść szybkie gotowe chińskie potrawy, albo hamburgery. Pokryty białym obrusem ze stojącymi kandelabrami na świece wyglądał imponująco. Całości obrazu dopełniały ściany wyłożone machoniem oraz pozłacane kinkiety na ścianach. Usiadłem na drugim końcu stołu. Trochę śmieszyło mnie to wszystko. Przez ozdobne świeczniki prawie nie widziałem jej twarzy nie mówiąc o szansach na jakąkolwiek rozmowę. Zresztą w tym domu prawdopodobnie nie rozmawiało się przy obiedzie. A może w ogóle się nie rozmawiało? Zresztą nie chciało mi się rozmawiać. Ogarniało mnie coraz większe zwątpienie. A jeśli ona mnie przerośnie? Zegar stojący w dalekim kącie pokoju wybił drugą. To wyrwało mnie z rozmyślań. Zresztą o czym ja myślę do cholery. A może ktoś chciał żebym tak myślał? Nie dokończyłem obiadu. Odsunąłem swój talerz i przeszedłem na drugi koniec stołu. Sara nawet nie tknęła jedzenia. Siedziała ze wzrokiem wlepionym w kryształ świecznika stojącego przed nią jakby była zahipnotyzowana. Potrząsnąłem ją za ramię-"Saro słyszysz mnie?" Odwróciła się i spojrzała na mnie. W pierwszej chwili przestraszyłem się. Oczy miała półprzymknięte i nie było w nich źrenic. Białka oczu patrzyły na mnie niewidzącymi oczyma. -Odejdź. Pakuj się i jedź stąd jak najprędzej. -powiedziała. Ale jej głos nie był jej głosem. To był jakiś zupełnie obcy ostry głos. Głos przepojony nienawiścią i żalem. Nie wiedziałem co powiedzieć. Otworzyłem usta z których wydobyło się tylko głupie -Aale dlaczego przecież ... -Oojciec każe-wysyczała. Patrząc na nią poczułem ciche fale szumu w uszach. Hipnotyzowała mnie. Dopuki jeszcze mogłem rzuciłem się na nią z całych sił. Wysokie oparcie krzesła ochroniło jej głowę przed rozbiciem, a mi podarło koszulę. Z podartej koszuli wypadł mi talizman i upadł jej na twarz. Otworzyła usta z których wydobył się dziki zwierzęcy krzyk. W pokoju drżały szyby i pękały żarówki elektrycznych kinkietów. W miejscu gdzie mój talizman dotknął jej policzka poczułem dym i zapach spalenizny. A srebro paliło skórę twarzy niczym rozgrzana stal. Myślałem że bębenki mi popękają. W tym samym momencie Sara albo to co w niej było zaczęło się śmiać przeraźliwie, chorobliwie śmiać śmiechem zza grobu. Szydercze Ha ha ha .. oddalało się coraz bardziej aby po chwili zupełnie umilknąć. Sara leżała obok mnie nieprzytomna. Pokój wyglądał tak jakby przeszedł przez niego huragan. Szofer wpadł do sali jadalnej. -Dzwoń po lekarza-zdołałem wykrztusić przez zaciśnięte gardło. Widząc pokój i nas rozrzuconych na podłodze skinął tylko głową i wybiegł. Spojrzałem na twarz Sary. Była spokojna i jasna. Po wypalonym miejscu na skórze nie było śladu. Kiedy czekałem pod drzwiami sypialni u Sary był lekarz. Wychodząc spojrzał na mnie. -Jest pan członkiem rodziny? -Nie ale ... Jestem przyjacielem domu. Byłem świadkiem tego co się stało. -Usiądźmy panie, przepraszam jak pana godność? -Zawadzki, Adam Zawadzki panie doktorze. -Dr Wiśniewski-bardzo mi miło. -Mnie również, ale czy moglibyśmy przejść do tematu? Usiadł, zapalił papierosa i podrapał się po głowie. -Właściwie-zaczął raczej nieśmiało-bez dodatkowych badań nie mogę stwierdzić co jej jest. Być może chciał coś jeszcze powiedzieć ale chyba zrezygnował, patrzył tylko na unoszący się dym z papierosa który ulatywał gdzieś pod sufit pokoju. -Doprowadzał mnie do szewskiej pasji. -Jak to nie wie pan co jej jest do ciężkiej cholery, a kto ja mam wiedzieć?! Ja jestem historykiem a nie lekarzem. -Proszę się uspokoić. Nie zagraża jej żadne niebezpieczeństwo. Nie ma żadnych obrażeń wewnętrznych ani zewnętrznych. Nie jest też nieprzytomna. -tu zrobił dłuższą przerwę.- Widzi pan ona po prostu śpi ale to jest jakiś dziwny sen. Może psychiatra potrafiłby to dokładniej wyjaśnić. Jakaś część jej świadomości uciekła z tego świata, ze świata realnego. Wygląda to tak jakby mózg pozostawił dla ciała tylko te funkcje które zapewniają przetrwanie, jak oddychanie, praca serca i organów wewnętrznych. Nic więcej. -Jak długo będzie spała? -Trudno powiedzieć bez przeprowadzenia dokładnych badań. Mówiłem panu. -A jeśli jej stan się nie zmieni jak długo będzie mogła tak trwać. -Cóż, do czasu kiedy skończą się zapasy organizmu, a jeśli będziemy ją podtrzymywać sztucznie nawet całymi latami. -A więc to śpiączka? -Nie nazwałbym tak tego ale to dość podobny stan. Patrzyłem przez okno jak sanitariusze wynoszą Sarę i wsuwają do karetki. Jan podszedł do mnie. Wyglądał mizernie. Na niego również źle wpływała atmosfera tego domu ale wyćwiczona przez lata pracy wyprostowana postawa i nienaganne maniery tworzyły wizerunek trzeźwego i opanowanego człowieka. Cieszyłem się że to właśnie on jest szoferem Sary. -Proszę pana -spytał bardzo oficjalnie-rozmawiał pan z lekarzem czy panience coś grozi? -Nie sądzę, przynajmniej nie bezpośrednio, na jakiś czas chyba uciekła od tego wszystkiego. -Czy mógłbym dla pana coś zrobić. -Nie na razie dziękuję. Odszedł. Podszedłem do okna i patrzyłem za odjeżdżającą karetka pogotowia dopóki nie zniknęła mi z oczu. Byłem cały odrętwiały, nie wiedziałem co robić. Poczucie winy przygniatało mnie. To nie były już żarty z podstarzałych starszych pań. Ta dziewczyna wieżyła mi. Wierzyła że ją obronię a potrafiłem tylko udawać pajaca, zresztą tak jak w całym swoim dotychczasowym życiu. Ściskałem pięści aż do bólu-"to się zmieni Saro, zmieni się"-pomyślałem. W tej chwili coś we mnie pękło, jakby ktoś stłukł szybę przez którą wszystko było widać, jednak ani odrobina powietrza nie przedostawała się do na zewnątrz. Wiedziałem że od tej chwili nic już nie będzie takie samo. Wieczorem leżąc w swoim pokoju czytałem i oglądałem talizman. Była to chyba jedyna rzecz jaką w życiu ukradłem. Jeszcze na studiach prowadziliśmy badania na Dolnym Śląsku. Znaleźliśmy tam ślady dawnej kultury celtyckiej. Jakieś wielkie dzbany, nakrycia głowy z podobiznami niedźwiedzia i konia oraz wiele innych rzeczy. Ja wykopałem ten talizman. Potem zabrałem go ze sobą. Prawdę mówiąc do tej pory nie wiem co mi się stało. Zwykle wszystko oddawałem do muzeum ale jego jakoś nie potrafiłem. Wiele razy go oglądałem i za każdym razem wydawał się być inny. Ale dziwne runiczne znaki stawały się to mniejsze to większe, był raz ciepły raz zimny i to niezależnie od pogody. Jak gdyby w jakiś paradoksalny sposób żył własnym życiem. Być może teraz uratował życie Sarze? Przecież widziałem jego działanie Do pokoju zapukał Jan. -Kolację podać panu do pokoju czy zje pan w jadalni? -Zjem tutaj, dziękuję. Janie!-zawołałem kiedy już zbierał się do odejścia.-czy mógłbyś spocząć chciałbym porozmawiać. -Mam wrażenie że wiesz więcej niż chcesz powiedzieć Janie. Jeśli kiedykolwiek czegokolwiek się dowiedziałeś, powiedz to teraz. Lepszej okazji nigdy nie będziesz miał. -Nie wiem. Sam nie wierzę w to co się dzieje. Uważałem ojca Sary za dziwaka. Mówił ciągle o klątwach, czarach magii. Mówił że musiał dokończyć sprawę tutaj w Polsce. Że musiał zasłużyć na zbawienie. -A teraz co myślisz? -Teraz boję się. Tam na bagnach nie było żadnego morderstwa, przynajmniej takiego jakie sobie wyobrażamy. Policja nic nie znalazła bo tam po prostu nie było żadnych innych ludzi. -Czy panienka Sara nie była chora? Nie miewała nigdy buli głowy lub tym podobnych? -Znam ją od dziecka. Zawsze była okazem zdrowia fizycznego i psychicznego, zresztą sam pan widział. Proszę szczerze odpowiedzieć, pomoże jej pan? -Nie wiem ale spróbuję, a próbował będę do skutku. Jan wyszedł. Po kilku godzinach czytania postanowiłem wyjść do salonu i nalać sobie szkockiej. Już sięgałem po butelkę kiedy mój wzrok spoczął na złotej szkatułce. wziąłem ją do rąk. Byłem pewien że ma z tym wszystkim coś wspólnego. Musiałem tylko dowiedzieć się co. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Było już dość późno i padał śnieg. Kto to może być o tej porze. Chciałem podejść do drzwi i otworzyć ale Jan był szybszy. Przed drzwiami stała kobieta w czarnym płaszczu z lisów i czarnym damskim kapeluszu z delikatną woalką. Jan odsunął się robiąc jej przejście. Chciał zabrać jej płaszcz ale zaprzeczyła gestem dłoni. Wraz z nią zawiał w holu powiew mroźnego powietrza. Prawie zadrżałem z zimna. Jan pośpiesznie zamknął drzwi ale nie zrobiło się cieplej. Kobieta była jakby oneśmielona. Kiedy weszła dotykała opuszkami palców mebli i sprzętów. -Dobry wieczór, co panią sprowadza w taką…