Kultura · 10 min czytania
Bajeczka na dobranoc o cholernej samotności
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Lubiła doprowadzać się do szału. Czasem rozwalała szklanki i nietłukące się naczynia. Potem z odłamków robiła jakiś obrazek, przylepiała odłamki na plastelinie, od humoru zależało czy czarnej czy białej. Zazwyczaj czarnej- wtedy już była rozwścieczona. Uwielbiała udowadniać, że tłukące się nie stłucze a nietłukące się stłucze. Wiedziała, że niebezpiecznie jest ją zostawiać samą, wiedziała, że jest niebezpieczna dla siebie i dla wszystkich kiedy jest sama. Dlatego, jak w jakiejś marnej kwiaciarni, można spotkać dużo sztucznych kwiatów, atrap, niewiadomo po co, żeby tylko przypominały swoją niedoskonałość. U niej tak można było spotkać ludzi, podobnych do tych wszystkich sztucznych stworzonek. Ludzie-atrapy, zastępujący jej przyjaciół, dyżurujący, żeby tylko nie zostać sam na sam z zegarkiem w ręku, z czasomierzem i gwiazdami, żeby tylko sobie nie zdać sprawy, jak bardzo nie jest sobą w swoim ciele, ile lat można tak przeczekać siedząc, żeby tylko nie zaczęła się kiwać na białym stołku w tył i w przód, daleko odlatując za okno, za świat i horyzont. Mimo wszystko była osobą popularną. Była dość idealna, bardzo piękna, stać ją było na wszystkie zabiegi kosmetyczne, na wszystkie manikiury i farbowanie włosów. Sztuczność, u niej, lekka nie wykraczała poza granice brzydoty. Maksymalnie inteligenta, w szkole, na studiach, zawsze najlepsza, dowcipna, cierpka w swoich żartach, śmiejące oczy i dołeczek w policzku. Zawsze dobijała ją swoja idealność, kiedy patrzyła się z przerażeniem w lustro, dziwiło ją tylko, czemu nikt się nią nie interesuje. Atrapy ludzi, jej przyjaźni i miłość, wierzyli, że są prawdziwi, dla takiego ideału, cieszyło ich to. A ją cieszyło, że wreszcie, nareszcie nie jest sama. Te godziny- pamięta, tylko kilka tych godzin, wystarczyło żeby zdać sobie sprawę, już zawsze muszę mieć kogoś koło siebie. Natrafiła na jakieś pamiątki po starym życiu, po tym, że ktoś tam kiedyś ją kochał. I kochała, naprawdę, zdał sobie sprawę, jakie cudo stoi koło niego, jak jest dla niego za dobra i postanowił o nią walczyć, mimo, że to była walka od początku myśli, przerwana i przegrana. On wiedział dziwnie, spostrzegł, że warta jest dużo więcej niż to co znaczy. Ha, ha. Czary mary, znowu znalazła się gdzieś daleko, wtedy kiedy ktoś się nią interesował. Jak to było odległe od tego co jest teraz. Naprawdę nie chciała nikogo zranić. Nikogo. I stanęło na tym, że ktoś szarpnął ją bardzo mocno, tak, że aż przygryzła wargę i stanęła jakby cała naga przed lustrem w swojej sypialni, licząc straty, licząc siniaki. Los, który ją tak okaleczył idealnością, zastanawiał się pilnie, o co tej kobiecie chodzi. Postanowił zostawi ją w spokoju, jeśli sama nie wie czego chce, to on jej nie da tego, czego nie wie. No i, to wcale nie jest tak, jeśli przestaniesz myśleć o kłopocie, on po prostu zniknie. To bzdura, wiedziała o tym. Dlatego przez miesiąc była szczęśliwa, bo dostała coś gratis. A właściwie ten gratis sam na nią spadł, jak paczuszka z nieba od Aniołka, w którego wierzyła usilnie. Przez ten miesiąc do którego właśnie wróciła pamiątkami, wspomnieniami, skrawkami i papierkami. Była niewątpliwie szczęśliwa jak osa. Jak osa, miała wszystko, wyglądała jeszcze piękniej, zdaje się, gdy ktoś wreszcie to zauważył. Miała prawdziwe przyjaciółki, miała paczkę, miała idealność, podobną do niej. Miała Jego. Znaczył wiele tam gdzie się znajdowała, a ona znaczyła dla niego wiele, tam gdzie się znajdowała. Był od niej uzależniony. Uwielbiała podziwiać swoją sprawiedliwość, jak to, ona znaczy dla niego wszystko, ale nie ukłuje go, nie będzie wodziła go za nos, po prostu nie, tak się nie robi, koleżanko. Znikł
Pewnego dnia znikł z niej. To znaczy nie, z niej nigdy nie zniknie. Odszedł daleko, dalej niż daleko, dalej niż dalej niż daleko.
Zastanawiała się przez te kilka samotnych godzin, kiedy zaczęła sobie zdawać sprawę, że już nigdy nie pozwoli zostawić się sama. Nigdy, nigdy. Miał dużo różnych możliwość. Mógł zobaczyć kogoś zwykłego i pomyśleć, o lepsza. Albo mógł zapomnieć. Mógł zapomnieć, przestać. Nie przestawaj, pomyślała, ale już przecież było za późno.
Wyrywała swoje ufarbowane idealne włosy, dzwoniła do swoich przyjaciółek, mierzyła czas siedzenia, czas wstawania. Nikt nie pisał. Cisza, nikt nie dzwonił. Siedział sobie teraz nad jakąś rzeką, nie znam dokładnie nazwy, może Wisła, może Potok, albo Mały Potok. Zastanawiał się czy ma go za idiotę, i co teraz robi. Nie robiła kompletnie nic. Cierpieć? Jak można cierpieć. Jak można po mnie rozpaczać, pytał sam siebie, widząc w czarodziejskiej kuli, jak obznajamia się z kuchennym nożem przy śniadaniu. Eh, dziwny jestem, mógłbym może jej coś powiedzieć. Może mógłbym jej powiedzieć, cześć, albo dzień dobry, albo przyjechać i ją…